Rafał Węgrzyniak / BALICKA W ROLI WINNIE

12 marca zmarła aktorka Danuta Balicka. Urodziła się w roku 1932 na Podolu w Kałuszu pod Stanisławowem. Występować na scenie zaczęła już w 1948, jako kilkunastoletnia dziewczyna zostawszy w Krakowie adeptką w Teatrze Lalki i Aktora Groteska prowadzonym przez Zofię i Władysława Jaremów. W 1954 mając dwadzieścia dwa lata uzyskała status zawodowej aktorki po zdaniu egzaminu eksternistycznego.

Po raz pierwszy ujrzałem ją na początku lutego 1977 na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu grającą Winnie w Radosnych dniach Samuela Becketta wyreżyserowanych przez plastyka Franciszka Starowieyskiego. W pierwszym akcie Balicka jako Winnie była zanurzona w ziemi po pas, ale w akcie drugim na ogromnej scenie widoczna była już tylko ledwo wystająca ponad powierzchnię ziemi jej łysa głowa. Poruszył mnie nie tylko dramat Becketta obrazujący postępujący nieubłaganie proces codziennego umierania. Podziwiałem też ekspresyjną i zarazem przejmującą grę Balickiej, szczególnie jej rozbiegane oczy w końcówce spektaklu. Pomimo demonstrowanej dystynkcji była w niej bowiem delikatność czy wręcz bezbronność.

Balicka pojawiła się we Wrocławiu z racji objęcia dyrekcji tamtejszej opery przez jej męża, dyrygenta Roberta Satanowskiego. Poznali się zapewne pomiędzy 1954 a 1960 w Bydgoszczy, gdzie ona była aktorką Teatru Ziemi Pomorskiej, a on dyrektorem filharmonii. Od roku 1961 mieszkali w Poznaniu, gdyż Satanowski do końca 1969 kierował Operą im. Stanisława Moniuszki. Wraz z Satanowskim w latach 1970-1973 przebywała w Republice Federalnej Niemiec, gdzie był on równocześnie dyrektorem aż dwóch teatrów muzycznych działających w sąsiednich miastach. Satanowski wywodził się z rodziny żydowskich fabrykantów z Łodzi. Po agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki został dowódcą oddziału wojskowego na Wołyniu w randze pułkownika. Współdziałał zarówno z Armią Krajową, jak i z Czerwoną. Latał na negocjacje do Moskwy i ukończył sowiecką szkołę oficerską. Po odejściu z wojska pozostał działaczem partii komunistycznej. A przy tym był najwybitniejszym dyrektorem oper w PRL po Bohdanie Wodiczce, u którego zresztą terminował jako dyrygent. Dość, że pod okiem Satanowskiego w 1978 zadebiutował w Operze Wrocławskiej Ryszard Peryt reżyserując Katię Kabanową Leoša Janáčka.

Kolejny raz zachwyciła mnie Balicka – już za dyrekcji Jerzego Grzegorzewskiego – grając w roku 1978 ukrywającą słabość pod maską silnej kobiety Królową Małgorzatę w Iwonie księżniczce Burgunda Witolda Gombrowicza w reżyserii Witolda Zatorskiego. Zatorski docenił talent komediowy Balickiej, bo potem powierzył jej rolę Szambelanowej w „Panu Jowialskim” Aleksandra Fredry toczącym się w ziemiańskim dworku na Podolu. Jednak Grzegorzewski bynajmniej Balickiej nie obsadzał w swoich przedstawieniach. Dopiero w 1980 został zmuszony do poproszenia ją o przygotowanie nagłego zastępstwa w Ameryce Franza Kafki za ściągniętą do roli Bruneldy z Krakowa aktorkę i reżyserkę, która została odsunięta od grania. I Balicka była nadzwyczaj sugestywna jako obsługiwana nie tylko przez Karla Rossmanna aktorka Brunelda. Mimo, iż pozostawała praktycznie niewidoczna dla widzów ulokowana w pantografie w głębi sceny. Grała zmęczenie i rozdrażnienie dojrzałej kobiety czerpiącej satysfakcję z dręczenia młodych mężczyzn przede wszystkim swym głosem wysokim i rozedrganym. Gdy traciła cierpliwość przywoływała Rossamanna nie tylko wrzeszcząc, lecz jeszcze uruchamiając dzwonek. Wzbudzała przerażenie jako postać z koszmaru.

Na podobnej redukcji oparta była drobna, lecz wyrazista rola filmowa Balickiej w przedostatniej sekwencji Bez znieczulenia Andrzeja Wajdy z 1978 rozgrywającej się na korytarzu sądu. Niemal wyłącznie z offu dobiega jej głos jako Sędziny w sposób mechaniczny prowadzącej rozprawę rozwodową, zadającej pytania stronom i dyktującej zapisy protokolantce. Chociaż też w Samotnej kobiecie, nakręconej przez Agnieszkę Holland we Wrocławiu w 1981 w czasach „Solidarności”, z którą Balicka się identyfikowała, trudno przeoczyć jej epizodyczną postać bezwzględnej kuzynki przejmującej mieszkanie po zmarłej ciotce listonoszki.

W Warszawie więc nie mogłem wyjść ze zdumienia, gdy Balicka po objęciu dyrekcji Teatru Polskiego przez Kazimierza Dejmka, wystąpiła w październiku 1981 w prapremierowej realizacji Ambasadora Sławomira Mrożka, jako Żona zachodniego dyplomaty w Moskwie, i poniosła porażkę. Rola Żony opuszczającej Ambasadora w momencie zagrożenia, jak niemal wszystkie kobiece w sztukach Mrożka, została źle napisana. Ale też Balicka była spięta i niewiarygodna na scenie, jak się później dowiedziałem, z powodu ordynarnych uwag Dejmka, które ją sparaliżowały.

Balicka na dodatek przeszła załamanie po rozstaniu z Satanowskim, który w stanie wojennym objął dyrekcję Teatru Wielkiego w Warszawie i związał się z operową chórzystką. Wróciła więc do Wrocławia. W Teatrze Polskim pod dyrekcją Jacka Bunscha pomiędzy 1982 a 1986 Balicka wcielała się w aż trzy groteskowe arystokratki w jego inscenizacjach dramatów Witkacego. Była księżną Iriną Wsiewołodowną Zbereźnicką-Podberezką w Szewcach, hrabiną Spiką Tremendosą w Onych granych we foyer na pierwszym piętrze i kniazinią Elzą Fizdejkową w Janulce, córce Fizdejki. Pod okiem Bunscha w 1988 zagrała też wstrząsająco Matkę ofiar Josifa Stalina, a w istocie sowieckiego komunizmu, w adaptacji Dzieci Arbatu Anatolija Rybakowa. Za dyrekcji Jacka Wekslera była jeszcze w 1990 podziwiana w tytułowej roli w adaptacji Biesiady u hrabiny Kotłubaj Gombrowicza wyreżyserowanej także przez Bunscha. Ale nie pojawiła się w żadnym z głośnych przedstawień Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy, a nawet Grzegorzewskiego, który w Złowionym zaproponował jej zaledwie udział w scenach zbiorowych.

Spotkałem się bezpośrednio z Balicką na początku roku 2002 w trakcie prób Wesela w Teatrze Polskim. Mikołaj Grabowski obsadził Ją jako chłopkę Kliminę, chociaż była oczywiście predestynowana do roli Radczyni, którą miała grać aktorka młodsza od niej i mająca raczej plebejskie emploi. Kiedyś zostaliśmy sami w teatralnym bufecie i Balicka postanowiła mi zwrócić uwagę jako dramaturgowi na owe skandaliczne pomyłki obsadowe, ale rozmowa szybko przerodziła się w lament starej aktorki, której dokonań nikt już nie pamięta. Przywołała wtedy swe największe osiągnięcia w Teatrze Polskim w Poznaniu: Bazylissę Teofanu z prapremiery W mrokach złotego pałacu Tadeusza Micińskiego i Charlotte Corday z Marata/Sade’a Petera Weissa w reżyserii Henryka Tomaszewskiego. Akurat nieco orientowałem się w dorobku Balickiej i mogłem ją pocieszyć. Przypomniałem, że jako jedyna miała prawo zagrać w Onych Spikę, która wygłasza kwestię: „Grałam Teofanu sto trzydzieści sześć razy przed zidiociałym tłumem, który nie wiedział nic. Ja wiedziałam wszystko. Wiedziałam wiele o tej chwili, w której ona, Pani Wszechświata, gwałcicielka arabskiego króla, morderczyni cnoty niezwyciężonego Nikefora, szła w trędowatym habicie do klasztoru”. Z kolei w Męczeństwie i śmierci Jean Paul Marata, również powstałym w roku 1967, jak podkreślała redaktorka „Teatru”, odznaczała się Balicka „urodą i somnambulicznym wdziękiem”. „W kremowożółtej, powłóczystej szacie” wydawała się cała „senna, słaniająca się w objęciach sióstr zakonnych” doglądających jej w szpitalu i nawet epizody „rewolucyjnego uniesienia i mordu” w przedstawieniu Sade’a wykonywała „jak gdyby we śnie”.

Po spotkaniu z Balicką podjąłem rozmowę o zmianie obsady z reżyserem, ale było już za późno, aby jej dokonać. Doszło do paru kłótni w trakcie próbowania dialogów pomiędzy Radczynią a Kliminą, przy czym oponentka Balickiej była silniejsza i demonstrowała swą przewagę. Właśnie Klimina okazała się ostatnią rolą jaką Balicka stworzyła na scenie Teatru Polskiego, chociaż dopiero po siedmiu latach, bo w roku 2009, odeszła z Polskiego na emeryturę. Wyprowadziła się też wtedy z Wrocławia i zamieszkała w Polanicy Zdroju.

Moja recenzja Radosnych dni z Balicką w roli Winnie doczekała się wyróżnienia w konkursie dla młodych teatromanów i została opublikowana w roczniku Teatru Polskiego zawierającym dokumentację sezonu 1976/77. Był to pierwszy krok na drodze, która doprowadziła mnie do zostania krytykiem i historykiem teatru – dlatego uznałem, że powinienem pożegnać Danutę Balicką przynajmniej spisując związane z nią wspomnienia.

Danuta Balicka

Ilość archiwalnych odsłon: 87