Marta Żelazowska / PODRÓŻ DO WNĘTRZA

Fot. Tomasz Urbanek / East News

Kilka dziewczyn jest błyskotliwą opowieścią o hipokryzji w relacjach damsko-męskich; egotyzmie powodującym rozdźwięk między wyznawanymi zasadami, a zachowaniem; o świecie współczesnym, w którym drugi człowiek przestaje się liczyć, a wartości takie jak: miłość, wierność, szacunek, szczerość zostały zdewaluowane. * Dramat Neila LaBute’a znany stołecznej publiczności z inscenizacji Wojciecha Stefaniaka (premiera: 10 października 2008, Projekt Teatr Warszawa) dziesięć lat później wystawia Bożena Suchocka. W Narodowym tworzy spektakl kameralny, niezwykle subtelny i refleksyjny. Minimalistyczna scenografia Agnieszki Zawadowskiej, ograniczona do stolika wmontowanego w ścianę, ozdobnego obramowania drzwi oraz mebli (krzesła, pufy, szezlonga, kanapy) stopniowo wnoszonych na scenę i ustawianych w różnych konfiguracjach, doskonale oddaje klimat ujednoliconych estetycznie hotelowych wnętrz – miejsca kojarzącego się z anonimowością i tymczasowością. Efekt wizualny dopełnia delikatne oświetlenie. Pada ono z góry. Imituje światło słoneczne, przenikając dyskretnie przez draperie firan. Rozbłyska błękitem z podłużnych LED-owych lamp. Wydobywa bohaterów z mroku zakamarków nie tylko pokoju, ale i niedopowiedzianej przeszłości. Doskonała muzyka (Agnieszka Szczepaniak) rozbrzmiewa w przerwach między scenami, zamyka, puentuje spektakl.

Fabuła przedstawienia jest prosta. Trzydziestokilkuletni Mężczyzna (Grzegorz Małecki), zanim zawrze związek małżeński, postanawia spotkać się z byłymi partnerkami. Pragnie usprawiedliwić rozstanie, zniwelować dawne urazy, a co za tym idzie, uwolnić się z poczucia winy. Z dość obszernej, jak mniemam, listy wybiera pięć pań. Jedna wizyta nie dochodzi do skutku, wiemy to z relacji protagonisty, kobieta zatrzaskuje mu drzwi przed nosem. Pozostałe eks odwiedzają Mężczyznę. Każda z nich jest inna. Sam (Anna Grycewicz) – licealna miłość, dziewczyna, chciałoby się rzec, bez właściwości, na wskroś przewidywalna. Tyler (Justyna Kowalska) – artystyczna dusza, eksperymentatorka, namiętna i niepohamowana. Lindsay (Beata Ścibakówna) – kobieta z klasą, dojrzała, doświadczona, wykształcona. Bobbi (Patrycja Soliman) – dziewczyna z pasją, wrażliwa i prostolinijna. Charakter bohaterek Suchocka odzwierciedla kostiumem, na przykład: Sam jest w jasnej sukience za kolano i czarnym krótkim swetrze, na ramiona zarzucony ma granatowy płaszcz, włosy upięte w luźny kok; wytatuowana Tyler ubrana jest na czarno, w uszach ma kolczyki własnego projektu, włosy zaplecione w finezyjny warkocz, kusi Mężczyznę, kokieteryjnie zdejmując czerwony biustonosz.

Kobiety pozornie spotykają się z ex-partnerem ze zwykłej ciekawości. Wydają się zdystansowane do tego, co minione, nie chowają urazy za niewyjaśnione porzucenie, lekceważenie, jednak w trakcie rozmowy na jaw wychodzi głęboko skrywany żal, ból, poczucie krzywdy i upokorzenia. Panie okazują się być emocjonalne uzależnione od protagonisty, przedziwnie, irracjonalnie zniewolone. „Przeprosiny” byłego kochanka i chęć zadośćuczynienia wbrew pozorom są im obojętne. Oczyszczenie bowiem przychodzi wraz z uzewnętrznieniem tego, co przez lata było tajone. Zgodnie z intencją autora opowieść należy do Mężczyzny. On jest panem sytuacji. Zaprasza „byłe”, by osiągnąć określony cel – usprawiedliwić występki, wyciągnąć wnioski, a co za tym idzie w nowy związek wejść z „czystą kartą”. Prawda okazuje się zgoła inna. Zależy mu przede wszystkim na zachowaniu dobrego samopoczucia i potwierdzeniu wyidealizowanej samooceny. Kobiety mają w tym pomóc, a właściwie zostać do tego użyte, tak jak dawniej posłużyły do zaspokojenia potrzeb. One go definiują, pozwalają odkryć prawdę, której nie chce przyjąć. Nawet gdy Lindsay udowadnia protagoniście, że jest w stanie zdradzić narzeczoną, a Bobby przyłapuje go na nagrywaniu prywatnej rozmowy, którą bez zgody rozmówcy planuje wykorzystać w kolejnej powieści – on bagatelizuje problem. Nie poddaje się autorefleksji, nie zmienia stosunku do drugiego człowieka, światopoglądu. Zafiksowany jest na realizacji skrupulatnie wyznaczanych celów, nie licząc się z nikim i niczym. Kobiety traktuje instrumentalnie: wykorzystuje i porzuca. Mężczyzna jest zepsutym do szpiku kości egoistą i tchórzem (ucieka, gdy mąż kochanki dowiaduje się o zdradzie). Grzegorz Małecki jest w tej roli doskonały. Ujmuje autentycznością, gdy wije się w kłamstwach, uśmiechając się przy tym znacząco, by za chwilę zaskoczyć widzów rozbrajająco szczerym wyznaniem. Ale to wykonawcy wszystkich ról złożyli się na sukces spektaklu. Zachwycają techniką. Doskonale rozgrywają kolejne sceny – starcia: mimiką, gestem, spojrzeniem, intonacją. Są świadomi każdego wypowiadanego słowa, myśli, intencji, przeżywanej w danym momencie emocji. Widać, że Suchocka z niezwykłą skrupulatnością rozczytała tekst, kładąc nacisk na precyzyjną konstrukcję wewnętrzną postaci. Przedstawienie wciąga od pierwszej sceny.

Kilka dziewczyn w interpretacji Suchockiej jest analizą współczesnego bezrefleksyjnego, egocentrycznego społeczeństwa; krytyką populacji „jednorazówek”, dla której liczy się jedynie pogoń za nowością, tymczasowością, a komfort i dobre samopoczucie znaczą więcej niż drugi człowiek. Reżyserka odsłania świat, w którym ludzie przestali ze sobą szczerze rozmawiać i słuchać się nawzajem. Tworzy przerażające studium człowieka zorientowanego na wyimaginowane, niepodlegające dyskusji, idealne JA.

Neil LaBute Kilka dziewczyn, przekład: Jacek Kaduczak, reżyseria: Bożena Suchocka, scenografia: Agnieszka Zawadowska, muzyka: Agnieszka Szczepaniak. Występują: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Patrycja Soliman, Beata Ścibakówna, Grzegorz Małecki. Teatr Narodowy, scena Studio, premiera: 24 listopada 2018.

Ilość wpisów archiwalnych: 135