Jarosław Cymerman / ŻERTWA

Ten monodram Mateusza Nowaka utkany jest z niejednoznaczności. Sam tytuł – dawne słowiańskie określenie ofiary składanej bogom, także uczty spożywanej podczas tego rodzaju obrzędów – wywołuje rozmaite skojarzenia z rytualnymi korzeniami teatru, z „teatrem okrucieństwa” Artauda, z ideami Reduty czy z „aktem całkowitym” Grotowskiego. Z kolei fabuła oparta na wspomnieniach Piotra Woźniaka (żołnierza AK – który w 1949 roku skazany przez komunistyczny sąd na śmierć spędził kilka lat w stalinowskich więzieniach w oczekiwaniu na wykonanie – ostatecznie uchylonego – wyroku) odsyła gdzieś w stronę teatru, który ma na celu przypomnienie cierpień, złożenie hołdu, etc. Wszystkie te asocjacje – choć warto o nich pamiętać oglądając spektakl – nie powinny jednak przysłonić subtelnej gry, którą podejmuje z widzem Nowak.

Wyreżyserowane przez Stanisława Miedziewskiego przedstawienie miało swoją premierę niemal dwa lata temu w Słupsku. Specyficzny obieg – charakterystyczny dla teatru jednego aktora – pozwala, mimo wszystko, uznać je za stosunkowo świeże. Nowak – na co dzień związany z lubelskim Dzielnicowym Domem Kultury „Węglin” prezentował do tej pory ten spektakl – poza macierzystą placówką – przede wszystkim podczas przeglądów monodramów w Polsce i na świecie. Jednak jesienią tego roku doszło do niezwykłej prezentacji Żertwy w jednej z cel zachowanych w dawnym areszcie gestapo i bezpieki w Lublinie, w którym od 1979 roku działa Muzeum Martyrologii „Pod Zegarem”.

Ten dość oczywisty pomysł pozwolił na wydobycie i doświadczenie przez widzów tego, co w tradycyjnej sali teatralnej wymaga szczególnego skupienia i wrażliwości. Nieliczna publiczność (spektakl mogło oglądać zaledwie ok. 30 osób) wchodziła w niemal absolutnej ciemności do ciasnej celi, w której słychać było odtwarzany z nagrania fragment mało znanego wiersza Adama Mickiewicza Śniła się zima. Ten tekst to – jak zanotował sam poeta – zapis „ciemnego” i „niezrozumianego” snu, jaki miał 23 marca 1832 roku w Dreźnie. Rozlegające się w ciemności w zatłoczonym pomieszczeniu słowa o tajemniczej procesji niosącej w dół obrócone świece i kwiaty, jaskółce, która miała rozmawiać z jego martwymi przyjaciółmi, stanowiły wprowadzenie do historii bohatera monodramu, a jednocześnie przenosiły opowiadaną historię w inną przestrzeń, już na wejściu burząc potencjalną dokumentalność przedstawienia. Zresztą w jego trakcie nie padały w zasadzie żadne konkretne daty, miejsca, nazwiska – poza informacją o śmierci Stalina.

Po rozświetleniu widzowie mogli zobaczyć stojącego wśród nich aktora – z nogami w kopczyku białego proszku, okrytego jakimś ciężkim materiałem. Nowak zaczął wówczas opowieść o aresztowaniu, pobycie w celi, śledztwie. Wszystko to działo się w bezpośrednim kontakcie z odbiorcą. Aktor skupiał się na uświadomieniu fizycznego aspektu cierpień – tortur, ciasnoty cel, panującego w nich duchoty i smrodu. „Pod Zegarem” szczególnie łatwo można było sobie uzmysłowić, co oznacza upchnięcie trzydziestu osób na powierzchni 10 metrów.

Ten niełatwy ze względu na problematykę monodram ogląda się dobrze – duża w tym zasługa dwóch fragmentów z Pana Tadeusza wplecionych w tok opowieści. Pierwszy to petersburska anegdota Telimeny o jej psie bolończyku, zagryzionym przez psa jej sąsiada. Ów sąsiad – jak pamiętamy – zostaje ukarany przez wielkiego łowczego dworu – Kozodusina za zagryzienie nie pieska, lecz łani. Gdy biedny czynownik próbuje prostować – wysoki urzędnik go ruga i zmusza do przyznania się do niepopełnionej winy. Ta historia pojawia się w momencie, gdy opisywane są przesłuchania więźniów – i znakomicie – choć z dystansem – oddaje naturę rosyjskiej i sowieckiej „sprawiedliwości” opartej na przemocy. Nowak mówi tekst Mickiewicza lekko, ze swadą, wachlując się przy tym wyciągniętym z kieszeni kawałkiem materiału.

Kolejny fragment z Mickiewicza – słynny opis koncertu Wojskiego poprzedzony jest złamaniem przez aktora na moment scenicznej iluzji. Nowak przerywa opowiadanie o mordowaniu więźniów, szuka po kieszeniach papierosów, wyjaśnia, że powinien właśnie zapalić, tłumaczy, że stoi w mące, dlatego że w ten sposób reżyser chciał przypomnieć torturę zwaną stójką. Po czym rozkłada na bok ręce, by widzowie mogli zobaczyć ukrytą po wewnętrznej stronie kostiumu nieco kiczowatą makatkę z jeleniami na rykowisku. Po tym swego rodzaju interludium wraca do toku opowieści.

Nowak unika jak ognia patosu – opowiadając o losach więźniów zamiast przypominać ich emocje, mniej lub bardziej heroiczne postawy, skupia się na tym, czego doświadczały ich ciała. W finale bohater wyprowadzony z celi – przekonany, że idzie na śmierć – słyszy, że jego kara została złagodzona, a zapytany, czy czegoś mu potrzeba, odpowiada zaskoczony, że wyszła mu słoma z siennika. Kilkukrotnie powtórzone słowa „wyszła słoma”, zamykające spektakl, zdają się stanowić swego rodzaju diagnozę tego, co się wydarzyło się z nim przez kilka lat pobytu w celi śmierci. Można odnieść wrażenie, jakby Nowak i Miedziewski chcieli zasugerować, że szczytne hasła, hieratyczne gesty, wielkie idee w gruncie rzeczy bardziej fałszują niż odkrywają rzeczywistość niemieckich i komunistycznych więzień lat 40-tych i 50-tych minionego wieku. Wydaje się, że ich zdaniem lepszą drogą do zrozumienia tej rzeczywistości jest podzielenie się cielesnym doświadczeniem – jako jedynym wspólnym wszystkim ludziom – bez względu na czas i okoliczności, w jakich żyją.

Żertwa, reżyseria: Stanisław Miedziewski, scenariusz: Stanisław Miedziewski i Mateusz Nowak, wykonanie: Mateusz Nowak.
Na podstawie i z wykorzystaniem fragmentów tekstów: Dziennik bez samogłosek Aleksandra Watta, Pan Tadeusz i Śniła się zima Adama Mickiewicza, Zapluty karzeł reakcji Piotra Woźniaka.

Ilość wpisów archiwalnych: 67