Artur Duda / CZY PIŁAT MÓGŁBY ZABIĆ PSA BANGĘ?

Chciałbym móc napisać, że przeczytałem książkę Tomasza Kubikowskiego Zjadanie psów jednym tchem, od deski do deski. Tak jak czytałem swego czasu powieści Juliusza Verne’a, Alfreda Szklarskiego, Karola Maya, Jacka Londona i Jamesa Fenimore’a Coopera, tracąc na długie godziny kontakt z rzeczywistością. Książka Kubikowskiego, świetnie napisana, wciągająca, sytuująca się na styku różnych gatunków, nade wszystko znakomity przykład literatury faktu, nie pozwala się czytać tak łatwo, gdyż wraz z bohaterami arktycznych wypraw czytelnik grzęźnie raz po raz w nudzie iteracji, to znaczy jałowych powtórzeń czynności codziennych towarzyszących polarnikom na białej pustyni – z lodu, śniegu i wody. Kubikowski sięga do jednego z najważniejszych fantazmatów XIX wieku: idei zdobycia bieguna północnego, przy czym biegun przeistacza się w efekcie daremnych usiłowań żeglarzy i podróżników w emblemat absolutu, miejsca nie do zdobycia, które uruchamia siłę pragnień całej ludzkości:

„Warto jednak próbować ją pojąć – pisze autor – skoro podsycało ją tyle sfer i warstw ludzkiego istnienia – polityczne interesy mocarstw i najintymniejsze samosprawdzenia jednostek, faustowski pęd do poznania i postępy inżynierii materiałowej, praktyki ascetyczne i testy systemów rozrywki mechanicznej, pionierskie taktyki zarządzania kryzysem, osiągnięcia dietetyki i technologii konserwacji żywności, i pytania ostateczne o sens ludzkich starań.” (s. 13)

Jednym z głównych tematów książki staje się performans czysty – wyprawa na białą pustynię, swoistą carte blanche, którą sami zdobywcy i także zdystansowani obserwatorzy, czytelnicy podróżniczych relacji i gazetowych doniesień, mogą dowolnie zapełniać własnymi wyobrażeniami, reagując na doświadczenie – ekstremalne, umożliwiające wyjście poza ramy dotychczasowego świata, poza to, co przedstawione i w ogóle przedstawialne.

Przy czym dla tych, którzy znają Tomasza Kubikowskiego jako krytyka, teatrologa i performatyka, ogromnym zaskoczeniem będzie zapewne wyprawa w przestrzeń maksymalnie oddaloną od teatru, do granic ludzkiego doświadczenia, gdzie autor warstwa po warstwie odkrywa (jednak) różne wymiary teatru i performansu. Znajduje takie drobiazgi jak przedstawienia teatralne organizowane dla marynarzy na wmarzniętym w lody Arktyki statku po to, aby zabić nudę albo – jak pisze obrazowo – dać lekarstwo na „szkorbut duszy”. Ten teatr amatorski i bynajmniej nie artystyczny staje się medium terapeutycznym par excellence. Blednie jednak – jako ciekawostka z życia marynarskiego – przy obrazach Theatrum Naturae, które odsłaniają się oczom podróżujących na daleką Północ. Theatrum Arktyki przyćmiewa wszystkie ludzkie koncepty teatru ogromnego czy monumentalnego. Podobnie jak wyprawy na biegun, zarówno te nieudane, jak i zakończone powodzeniem, przyćmiewają skalą swoich wyzwań i ryzyka graniczącego z szaleństwem jakiekolwiek wyprawy organizowane przez praktyków teatru antropologicznego czy Teatru Źródeł. Arktyka w XIX-wiecznych relacjach naocznych świadków jawi się jako theatrum maximum, wyprawy jako performanse najwyższego ryzyka – nawet jeśli nieudane, przynoszące cenne doświadczenia. Jak refren powraca w tych opisach fraza „Wmarzli w lody”, co sprawia, że czyta się książkę Kubikowskiego momentami jak Lód Jacka Dukaja. Bohaterowie są tak barwni, że wydają się fikcyjni, a przecież pisze Kubikowski o realnych zdobywcach i nie-zdobywcach bieguna północnego. Zdumionych widokiem czerwonego śniegu, którego złudzenie wytwarzają „osobliwe karmazynowe plamy na zboczach, zakwity zimnolubnego glonu Chlamydomonas nivalis.” (s. 45)

Zjadanie psów można by z lubością cytować całymi obszernymi fragmentami. Każdy czytelnik znajdzie tu dla siebie ulubione sceny, np. opowieść o tajemniczej chorobie bosmanmata Scotta, którego rzekomy szkorbut (leczony świeżo upolowanym ptactwem, tak!) okazał się chorobą alkoholową zakończoną delirium i w końcu śmiercią (s. 85). Albo też układającą się w hollywoodzki scenariusz filmowy opowieść o kryzysie zaufania, w ramach której mieści się bezsenna noc w namiocie, chwilowe odprężenie (rano „zjedli na śniadanie gotowany kaftan Hooda i wyruszyli w drogę”, s. 98). W końcu krwawe rozliczenie z Irokezem Michelem, uznanym za zagrożenie, po tym, jak wspomniany Hood popełnił samobójstwo. Kubikowski rozpisuje tę historię daremnej wyprawy niczym wzorcowy thriller, prowadzi śledztwo jak wytrawny reżyser-detektyw, myląc tropy – czy samobójstwo nie było zabójstwem? Czy mięso wilka nie było mięsem ludzkim? Kto zjadł kogo? Czy cała sprawa to starcie rywalizujących partii kanibali? Autor ma przy tym pełną świadomość autotematyczną – świadomość ustanawiania historii poprzez kształtowanie narracji:

„Nasza akcja toczy się na krańcu świata – a ów kraniec można pojąć szerzej, bez mała symbolicznie: każdy dramat rozgrywa się bowiem na krańcu czyjegoś świata. Mój świat w dramacie zderza się z niepojętym światem innej ludzkiej jednostki i ani moje, ani jej słowa tego nie zamkną. Dramat jest właśnie tam, gdzie go nie mogę opisać.” (s. 21)

Momentami wyobraźnia czytelnika wprawiana jest w galop skojarzeń – przez kraje, epoki, sztuki czy media, tak jak w opowieści o zaginionej wyprawie Johna Franklina:

„Balladę Lament Lady Franklin śpiewano po tawernach już w połowie XIX wieku, jej ostatnią sławną wersję nagrał Bob Dylan. „This is the end” – żałobny dzwon Śmierci Johna Franklina Algernona Swinburne’a wraca sto lat później w pieśni Jima Morrisona i z nią – w pierwszej scenie Czasu Apokalipsy Coppoli.” (s. 107)

Gwoli ścisłości balladę Boba Dylana zatytułowaną bezpretensjonalnie Bob Dylan’s Dream łączy z Lamentem Lady Franklin właściwie tylko ścieżka muzyczna tradycyjnej irlandzkiej pieśni Cailín Óg a Stór. Zdobywca Nagrody Nobla napisał do niej zupełnie nowe słowa. Niezwiązane już z dzielnym zaginionym żeglarzem. Ot, i Lady Franklin i Dylan mieli sen…

Zaginiona Wyprawa Franklina stanowi dla Kubikowskiego także przykład performansu pozbawionego (re)interpretującej go opowieści, mimo wysiłków żony Franklina długo nie udawało się odnaleźć jakichkolwiek szczątków. Kiedy je odkryto, okazało się, że załoga pod koniec życia powszechnie oddawała się kanibalizmowi (s. 135). Każdy ma swoją Arktykę – pisze Kubikowski. Pisarze, malarze, dziennikarze, twórcy dioram i panoram, którzy góry lodowe odtwarzają pieczołowicie z płótna i papier mache. Zarazem Arktyka przeistacza się z wyprawy na wyprawę w panoptikum z ludzkimi zwłokami jako punktami orientacyjnymi, w archiwum zwłok, „miejsce nieśmierci, bo umierając w Arktyce, zostaje się całym, mumią – jak to mumie – do końca nieumarłą. Tamtejszy klimat konserwuje zwłoki. Zamarzają i po stu, dwustu latach wyglądają, jak gdyby zgon nastąpił niedawno.” (s. 163) Z jednej strony panuje tu „nużąca iteracja”, „reiteracja zawsze do siebie podobnej codziennej nudy” (s. 125), daremne, monotonne performanse, które nie prowadzą donikąd. Bohaterowie zanurzają się w nurcie życia codziennego:

„Owym rytmem-nurtem płyną same konkrety, codzienne, banalne, ale tworzące ślady pamięciowe, obiektywne korelaty uczuć, okoliczności założone, wabiki emocji – to wszystko, na co na scenie kazał zwracać uwagę Stanisławski, a w poezji Eliot. Pisali oni zgodnie, iż żadnej rzeczywistości nie da się przeżyć ani przedstawić „w ogóle”, że drogi poprzez przestrzeń emblematyczną szuka się, skupiając jedynie na szczegółach, że właśnie tylko ich gęsty strumień może nas przenieść w miejsca rzeczywiste, a dotąd nierozpoznane.” (s. 129)

Z drugiej strony z nudy wyrywają – i samych bohaterów, i czytelnika – zdarzenia okrutne (dzielny Ross własnoręcznie amputuje koledze palaczowi połamaną rękę, s. 114-115) i nadzwyczajne (tenże Ross odkrywa biegun północny – „I dotarł tam: znalazł się na obszarze, gdzie igła kompasu zwracała się pionowo w dół. Biegun magnetyczny, jak wiadomo, wędruje, przed dwustu laty znajdował się właśnie na czubku Półwyspu Boothii.”, s. 129).

Głęboki sens serii fascynujących opowieści Tomasza Kubikowskiego o eksploratorach Arktyki odkrywa się w rozdziale książki poświęconym odkryciu kart przez autora-filozofa – swoistej szczeliny autorefleksyjnej w całych pokładach opowieści o podbijaniu krainy lodu. Wtedy to wychodzi na jaw fakt, że książka Zjadanie psów stanowi kolejną przygodę fenomenologiczną dla autora, odsyłającą do kilku jego poprzednich dzieł, nade wszystko zaś do źródła filozoficzno-performatycznej refleksji, jakim była Reguła Nibelunga. Teatr w świetle nowych badań świadomości (Warszawa 2004). W tej – moim zdaniem, wciąż niedocenionej należycie rozprawie z pogranicza performatyki i neurokognitywistyki – Kubikowski przedstawił własną, acz opartą na najnowszych odkryciach badaczy ludzkiego mózgu i świadomości, koncepcję ludzkiego bycia-w-świecie. Z żelaznymi regułami uczenia się poprzez selekcję, metodą prób i błędów, i poprzez tworzenie performansów jako odpowiedzi na wyzwania środowiska biologicznego. Dla Kubikowskiego performans stanowi modus operandi istot świadomych, narzędzie pozwalające dostosować się do okoliczności zewnętrznych:

„Performans jest – najkrócej mówiąc – zderzeniem inicjowanych przez nas procesów instrukcji z obiektywnymi procesami selekcji, którym podlegamy. Jest naszym podstawowym sposobem na przetrwanie.” (s. 168)

Nowa w porównaniu z Regułą Nibelunga wydaje się wyeksponowana w Zjadaniu psów płaszczyzna narracji kulturowych, np. traktowanie relacji podróżników na Północ jako maszyn fantazmatycznych, które produkują pożywkę dla wyobraźni (s. 165). Performanse arktyczne prowadzą bowiem do opowieści, dzięki którym to, co niewysławialne, a przeżyte i nieobjęte przez świadomość zostaje ujęte w kategorie – skonceptualizowane i zwerbalizowane:

„Doświadczenie arktyczne XIX wieku było performansem par excellence. Powtórzę za pierwszym rozdziałem: Arktyka stała się właściwie wielką performansu alegorią. Tam namacalnie zapuszczano się poza granice znanej rzeczywistości w „ciemności zewnętrzne” i przywożono z nich nowe kategorie, instrukcje – słowa, pojęcia i zachowania – które następnie znów tam wypróbowywano.” (s. 170)

Książka Zjadanie psów, jak już wspomniałem, odsyła do źródła myśli autora (arche), którą ustanowiła rozprawa Reguła Nibelunga. Kolejne książki Kubikowskiego zgodnie z jego sugestią wolno odczytywać jako powtarzane akty perswadowania czytelnikowi (performatywy!), aby z powodu Goethego, Stanisławskiego czy arktycznych podróżników sięgnął do źródłowej opowieści o performatywnej naturze ludzkiego umysłu i ludzkiego bycia-w-świecie jako dialektyki instrukcji i selekcji. Performans taki jak wyprawa na biegun dał ludziom nowe, nieznane doświadczenia, ale uruchamiał także łańcuchy opowieści (emblematów, mitów, fantazmatów) rozrywkowych i artystycznych, propagandowych i zabijających czas (jak rozrywkowy teatr atrakcji – od latarni magicznej po panoramy) pozwalających ludzkości przed-stawić sobie to, co nieprzedstawialne. Energie ludzkiej wyobraźni i wtedy w XIX wieku, i dziś, uruchamiają m.in. pisma polarników rozumiane jako maszyny fantazmatyczne.

Muszę przyznać, że książka Tomasza Kubikowskiego także została napisana z intencją uruchomienia nowej maszyny fantazmatycznej. Dla uczonych teatrologów i performatyków winna się stać przypomnieniem o misji naukowca – nie tylko zobowiązaniu do akrybicznego opracowania postawionego sobie problemu, ale także wychodzenia poza ramy iterowalnej nudy, podejmowania ryzyka, wyzwań na granicy nazywalności – tak jak uczynił to choćby Konstanty Stanisławski, bohater książki Przeżyć na scenie. W najnowszej książce Kubikowskiego jest moc performatywna, która każe cofnąć się do dzieciństwa. Może powiem tak, że w mojej młodzieńczej wyobraźni figury przywoływane przez autora: Fridtjof Nansen, Kapitan Nemo, Frankenstein, Old Shatterhand, Roald Amundsen długo stały w jednym rzędzie superbohaterów – bez rozróżniania na figury fikcyjne i historyczne. Zaspokajając pragnienie odkrywania, docierania w nieznane, bycia naukowcem i eksploratorem. Tak jak napisałem wcześniej, talent pisarski Kubikowskiego czyni z niejednej postaci historycznej personę (jak zapewne nazwałby tę przemianę żywego człowieka w ikonę wyobraźni zbiorowej Krystian Lupa). W Zjadaniu psów Fridtjof Nansen, z wykształcenia neurobiolog, antropolog amator, życzliwie opisujący zwyczaje Inuitów, zwolennik ekologizmu, który na statku „Fram”, a potem tylko z jednym towarzyszem na saniach ciągniętych z początku przez 28 psów, próbuje zdobyć biegun północny bezskutecznie, doświadcza takiej właśnie przemiany z człowieka z krwi i kości w Pomnik, Personę. Kubikowski idealizuje Nansena – częściowo zgodnie z jego szlachetną biografią z czasów rewolucji w Rosji Radzieckiej, reputacją podróżnika i naukowca, ale także zgodnie z duchem XIX-wiecznej naiwnej wiary w postęp i humanistyczne ideały ludzkości. Momentami można mieć wrażenie, że Nansen to prefiguracja aktora świętego, „ogołoconego” według Jerzego Grotowskiego, słynnego Performera (pisanego z wielkiej litery):

„Zakwestionował własne środowisko, środowisko kategorialne przede wszystkim. Musiał się więc i z niego odrzeć; wyzbyć się urzędowej wiary, wyrzec się w ogóle wiary, obnażyć się wobec świata i pod tym względem. Stał się – do czego zawsze miał skłonności – anachoretą (porzucającym chora, czyli ludzką społeczność), eremitą (idącym na eremos, pustynię): musiał opuścić wspólnotę, żeby nago, tylko we własnej sprawności ostatecznie skonfrontować się ze światem.” (s. 244-45).

W tej idealizacji nie przeszkadzają farsowo-mieszczańskie opisy życia codziennego na dryfującym statku, gdzie Nansen zdobywca wiedzie leniwe życie mieszczucha raczącego się delikatesami z przepełnionych ładowni. Listy smakowitych potraw należą do najlepszych fragmentów książki Kubikowskiego, a kryzys wokół „naprawdę” ostatniej butelki skandynawskiego koźlaka – do najkomiczniejszych scen całości. Kubikowski skrupulatnie opisuje długie miesiące wędrówki Nansena z towarzyszem, na saniach ciągniętych przez psy – ku biegunowi, na kolejnym etapie ogołocenia i swoistego oddania się we władzę naturze. Autor wymienia imiona wszystkich dwudziestu ośmiu psów, które różnie będą znosić wędrówkę przez krainę lodu, bite, zarzynane na pokarm dla ludzi i innych psów. Dla mnie kulminacją ich wędrówki nie staje się szczęśliwe dotarcie do chaty zaprzyjaźnionych podróżników, czyli cudowne ocalenie i potwierdzenie fotografiami wiktorii zuchwałych zdobywców nad naturą. Owszem nie zdobyli bieguna, ale wracają do kraju jako zwycięzcy. Dla mnie kulminację całej książki i w ogóle projektu zdobycia Bieguna Północnego za pieniądze admiralicji czy prywatnych przedsiębiorców (czytaj kompleksu wojskowo-przemysłowego) stanowi scena, kiedy dwa ostatnie psy Suggen i Kaifas zostają zgodnie z planem zastrzelone, gdyż nie przewidziano dla nich wariantu szczęśliwej ewakuacji. Jest to scena o tyle wstrząsająca, że dla wiernych towarzyszy mają nasi polarnicy dwa akty wyższego zrozumienia – żaden z nich nie chce zabić psa, który ciągnął jego sanie, pozwalają też zginąć im nie od noża (jak poprzednicy), tylko od kuli. „Honorowe” rozwiązanie. Głaszczę głowę psa, który leży obok mnie, kiedy piszę te słowa. Przypomina mi się scenka z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, gdy prokurator Judei Poncjusz Piłat słyszy od Jeszui Ha-Nocri następujące słowa: „Marzysz tylko o tym, żeby przyszedł twój pies, zapewne jedyne stworzenie, do którego jesteś przywiązany”. Jedyny bliski. Świetnie tę relację człowiek-pies ujęła Patti Smith, przyjaciółka Boba Dylana, która w występie podczas uroczystości wręczenia Nagrody Nobla (nieobecnemu osobiście) bardowi w 2016 roku pomyliła słowa jego piosenki, wnosząc do dusznego, sztywnego ceremoniału prawdziwie ludzki element – performans chybiony, akt słabości. We własnej piosence pt. Banga Patti Smith śpiewa: „Loyalty rests in the heart of dog”. Jak można zabić istotę bliską i imienną?

Zgadzam się w pełni z Tomaszem Kubikowskim, który uznaje Nansena za superbohatera, wzorzec osobowy, właśnie dlatego, że nie udało mu się bieguna zdobyć. Jednak przy całym niezaprzeczalnym sukcesie ludzkiej jednostki ocalałej w skrajnie nieprzychylnych warunkach jedno jest pewne: zabicie psów przemieniło czysty performans Nansena w spektakl (nieswoją) krwią płacony – w klęskę całego humanistycznego projektu ludzkości. Nie jestem wegetarianinem, rozumiem konieczność zjadania istot żywych przez wszystkożerną ludzkość, ale podczas wyprawy Nansena w miejsce znanych górnolotnych wartości weszły tylko dwie: Utylitarność i Recykling (wszystko się może przydać). Efektów tej klęski ludzkość doświadczy już wkrótce, w dwóch wojnach, w których zjadanie psów będzie przypominało niewinne igraszki dzieci.

Ostatnie zdanie tej recenzji wydaje się zbędne, ale na wszelki wypadek je dodam: znakomita książka Tomasza Kubikowskiego Zjadanie psów powinna się stać lekturą obowiązkową teatrologów (o performatykach nie wspomnę).

Tomasz Kubikowski, Zjadanie psów, wyd. Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego i Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza, Warszawa 2019

Ilość archiwalnych odsłon: 58