Edward Jakiel / KORDIAN CZYLI SEKS & PRZEMOC

mat. teatru

Po lekturze momentami grandilokwentnie udrapowanych wyjaśnień dramaturga, Radosława Paczochy, czym jest inscenizacja pod tytułem Kordian w oczach jej twórców (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/285050,druk.html), ogarnąć może pusty śmiech, zirytować zaś potok pytań, zamieszczonych na stronie Teatru Wybrzeże (https://www.teatrwybrzeze.pl/spektakle/kordian), sugerujących problemy, które to przedstawienie rzekomo podejmuje. I jedno, i drugie nijak się ma do tego, co na scenie rzeczywiście widać i słychać.

Wbrew zapewnieniom twórców, w przedstawianej na deskach Teatru Wybrzeże inscenizacji Kordiana, temat naszej narodowej „postromantyczności” w żaden sposób nie odnosi się do współczesności. Młoda publiczność, która stanowi zdecydowaną większość widowni, nie odnajdzie tu własnych problemów, nie doszuka się prób zrozumienia siebie i swojej rzeczywistości, swego „tu i teraz”. Kordian gdański pozostaje w oparach romantycznego szaleństwa i eksponuje głównie tzw. „chorobę” bohatera na ojczyznę. W chorobie tej rodzą się urojone pomysły na to, jak ją wyzwolić, ale jednocześnie podtrzymuje się niepamięć o tym, co do tej niewoli doprowadziło.

Dalece naciągana wydaje się przedstawiona tu teza, że kontynuacją i realizacją Kordianowej idei carobójstwa było w historii Polski zabójstwo prezydenta Narutowicza, którego dokonał Eligiusz Niewiadomski. To domniemane kontinuum romantyczne tym bardziej nijak się ma do teraźniejszości, do której odniesienie deklarują przecież realizatorzy. Chyba żeby odczytywać tę interpretację Kordiana przede wszystkim jako polityczną aluzję. Omawianie jednakże w takiej perspektywie tej realizacji oznaczałoby, że mamy do czynienia z plugastwem politycznych insynuacji, karykaturą sztuki, a nie dziełem teatralnym – choćby najbardziej zaangażowanym w sprawę narodową – inspirującym do dyskusji o nas samych i naszym „zbiorowym obowiązku”.

Przemoc i erotyzm – to od Śmierci białej pończochy, której premiera miała miejsce na wiosnę 2018 roku – nowy język Adama Orzechowskiego. Jednak pomysły. wywiedzione z tej ulubionej ostatnio przez reżysera estetyki brutalistycznej, zastosowane w Kordianie, wydają się nieco kontrowersyjne.Nie wdając się w szczegółowe analizy wszystkich osobliwych rozwiązań scenicznych, wspomnę tylko o kilku. Reżyser okrasił nimi swoją inscenizację (zwłaszcza na początku), nie przydając jednak tymi zabiegami sztuce większej wartości.

Wśród pomysłów reżyserskich już na samym początku widz otrzymuje scenę, w której Archanioł (Magdalena Gorzelańczyk, w podobnej stylizacji jak w roli Jadwigi) rozbiera Kordiana, a raczej postać, która ma się nim stać. Kładzie go do wanny i maże krwią, deklamując tekst Słowackiego jak zaklęcie. Kordian dopiero zostanie „ubrany” w kostium swej historycznej roli. W późniejszej scenie ten sam aktor leży w wannie jako zamordowany prezydent. Czy ten gest złożenia w wannie zabitego ciała jest próbą symbolicznego powiązania tej sceny z obrazem Jacquesa Louisa Davida Śmierć Marata? Gdyby tak było, to wówczas Kordian Słowackiego byłby jednym z wcieleń terroru rewolucyjnego. Nie wiem jednak, czy połączenie postaci i idei, jakie reprezentuje bohater Słowackiego, z okrucieństwem Marata, jest wiarygodne. Owszem – to efektowna, intrygująca sugestia więzi ideowej, ale czy uzasadniona? Czy nie nazbyt łatwo reżyser łączy coś, co może i ma jakiś ze sobą związek, ale czy tonie jest postępowanie nazbyt swobodne? W naukach filologicznych mówi się o kardynalnym „grzechu”, jaki można łatwo popełnić, wskazując na treści, których tekst nie zawiera. Na takie właśnie ryzyko naraża się ktoś, kto ze zbytnią łatwością dostrzega analogie tam, gdzie one przybierają tylko pozorny charakter, a w rezultacie z takiego myślenia i działania rodzą się nadużycia interpretacyjne.

Przetwarzając dzieło Słowackiego, w miejsce sceny, w której szatani wydobywają z kotła polityczne monstra, Orzechowski przedstawia akt zbiorowego gwałtu. Szatani gwałcą anielską postać – ale po co ? Scena ta znowu przypomina Śmierć białej pończochy. W tamtej inscenizacji bestialstwo oraz obsceniczne zachowania postaci wyrażały okrucieństwo rzeczywistości, którą przedstawiały. Ale owo „głośno, szybko, mocno, radykalnie”, które miało swój sens i podobało się w Śmierci białej pończochy, w przypadku projektu Kordian może już tylko razić. Przede wszystkim takie brutalne i erotyczne elementy nie wnoszą żadnych odkrywczych treści, nie tworzą nowego, lepiej wyrażającego kolejne pokłady znaczeniowe języka, nie prowokują do myślenia, a raczej zniesmaczają. Powiem więcej, tego rodzaju zabiegi w Kordianie skutecznie zacierają granicę między prowokacją artystyczną a insynuacją. W rezultacie mamy tu do czynienia z urzeczywistnieniem zasady – jakże inteligentnie wyśmianej przez Juliusza Machulskiego w Superprodukcji – wedle której o sukcesie projektu artystycznego decyduje połączenie powszechnie znanego dzieła literackiego, najlepiej szkolnej lektury, z perwersją seksualną.

Kolejna „osobliwość” reżyserskiej kreacji Orzechowskiego to postać Papieża. O ile pomysł na rozpisanie Kordiana na kilku aktorów jest niezmiernie ciekawy, i nader w tym przedstawieniu udany, o tyle Papież, grany w tej inscenizacji przez dwóch artystów, wydaje się zbędnym tworem scenicznym. Z oddali widzimy długi, gejowski pocałunek, a chwilę później ta całująca się para okazuje się być papieżem w dwóch osobach. Znamienne, że jeden ma mitrę założoną zgodnie z liturgicznym wskazaniem, a drugi nie – ale co oznaczać by to miało? Nie wiem. Takie rozwiązanie razi sztucznie i niepotrzebnie umiejscowioną w dramacie Słowackiego polisemantycznością, posiadającą znamiona nadinterpretacji. Można przypuszczać, że przez układ mitry zostają wskazane z pozoru różne postawy papiestwa (a może Kościoła lub lokalnych struktur eklezjalnych) wobec powstańczych działań Polaków, które jednak łączy ten sam, posiadający sekretny charakter, stosunek do ich rewolty. O implikacjach tej sceny, wynikających z obecnej sytuacji, gdy mamy dwóch żyjących Papieży, nawet nie chcę myśleć.

Ciekawa jest muzyka Marcina Nenki. Momentami niepokojąca, jest jakby inną ścieżką dźwiękową Kordiana, dobrze komponuje się z przebiegiem brutalnych i drastycznych scen. Nietrafione wydają się jednak dwa rozwiązania: porażanie widowni zbyt głośnymi efektami akustycznymi(nie tylko ja zatykałem uszy!) i jednoczesne śpiewanie Boże coś Polskę z hymnem narodowym.

W omawianej realizacji wyróżnia się wkład Magdaleny Gajewskiej. Operowanie światłem, kostiumy i scenografia zdecydowanie należą do najlepszych elementów gdańskiego Kordiana. Chociaż razi nadmiar krwi, to jednak pomysł na jej wybijające źródło zdaje się oryginalny i ciekawy. Lawa, po której stąpają wcielenia Kordiana, przywołuje Mickiewiczowskie Dziady i nasyca inscenizację romantycznym kodami, zaś kontury budowli z krzyżem sugerują salę obrad Sejmu RP, a poniekąd też bryłę Sądu Najwyższego.

Gdański Kordian, zbrutalizowany i nasączony erotyzmem, pokazuje jak mechaniczne stosowanie określonej, modnej (uwaga – już coraz mniej!) stylistyki nie daje jeszcze głębokiego, scenicznego dzieła.
Kordian Juliusza Słowackiego, Teatr Wybrzeże, Duża Scena, reżyseria: Adam Orzechowski, dramaturg: Radosław Paczocha, scenografia, kostiumy, światło: Magdalena Gajewska, muzyka: Marcin Nenko. Występują: Magdalena Gorzelańczyk, Michał Jaros, Robert Ninkiewicz, Paweł Pogorzałek, Piotr Biedroń, Marcin Miodek, Grzegorz Otrębski, premiera 10 stycznia 2020.

Ilość odsłon archiwalnych: 62