
„Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku…” – stwierdza prorok Jeremiasz (Jr 17,5a). Wychodząc od tych słów, chcę zaznaczyć, że Marek Modzelewski – chociaż pewne Księgą Jeremiasza się nie inspirował, gdy pisał Inteligentów– z właściwą sobie przenikliwością ukazuje klęskę człowieka. Wedle Autora współczesny człowiek zbytnio zaufał sobie samemu, sam bowiem stał się dla siebie prawodawcą i to on wie najlepiej, co jest, a co nie jest dobre. W efekcie ten świat wybiórczo zestawionych wartości okazał się jednak przyczyną moralnej właśnie klęski człowieka. Klęska ta dotyka jego samego i jego najbliższych, niszczy jego rodzinę i tym samym dekonstruuje społeczeństwo. W Inteligentach istotą odkrycia Autora nie jest tylko rozpad relacji rodzinnych i brak komunikacji międzyludzkiej. Modzelewski zdiagnozował – i to celująco – coś więcej: mit poprawności. Poprawność ta oznacza bezwzględne przestrzeganie zachowań i postaw w określonej grupie – i to ma już wystarczyć, by wieść spokojne życie. Nieważne, czy drugim człowiekiem się gardzi, czy nie – ważne, żeby zachowywać nowy kanon praw.
Niespiesznie, krok po kroku, rozpoznajemy w Inteligentach jak zbudowany został ten mit poprawności przez współczesnego humanistę, bądź co bądź – człowieka inteligentnego, wykształconego, zdawać by się mogło, że też i mądrego. Ów człowiek stworzył iluzoryczny świat i się w nim zabarykadował, a wyzbywszy się wiary w Boga, traktuje religijność jako skansen obyczajowy, w którym z różnych powodów czasami trzeba być, odwiedzić go, albo pozwolić sobie zapłacić za bytność w nim (taka sytuacja ma miejsce w Inteligentach, gdzie babcia przekupiła wnuczka, by przystąpił do pierwszej komunii świętej). Świat ów, nazwany przez starszego syna małżonków ze sztuki Modzelewskiego jako Matrix – świat nieprawdziwy, skleił sobie inteligent z tych wartości, jakie jeszcze w postchrześcijańskiej kulturze się tlą, ale które zdają się tracić swą tożsamość i pierwotne znaczenie. Są nimi np.: prawda, poszanowanie odmienności, szeroko pojęta tolerancja. Te, jakby się zdawało, imponderabilia, pozostają jednakże tylko w sferze deklaracji, nie wynikają bowiem z autentycznej miłości i szacunku bliźniego, ale są tylko formą skostniałej poprawności i kurtuazji. Modzelewski uświadamia, że nowy dekalog takiego człowieka, nawet zapisany na ścianie w domu, tak naprawdę nie wynika z niczego, jest substytutem, nieudolnie imitującym rzeczywisty świat wartości. Co więcej, Autor dostrzega, że ten mit poprawności wcale nie ma żadnej wartości formacyjnej. Łukasz (Adam Turczyk), syn Anny (Sylwia Góra-Weber) i Szczepana (Marek Tynda) , jest tego przykładem. Jego ksenofobiczne poglądy, tak odmienne od postawy matki, hołdującej szeroko pojętemu liberalizmowi, zrodził właśnie tolerancyjny model wychowania syna, który – jak zdaje się sugerować zakończenie – dokonał najgorszego.
Ten mit tolerancji Łukasz obnaża. W czasie kłótni z rodzicami wykrzyczy, jak bezsensowny jest ten świat, jaki stworzyli i w jakim umościli się jego rodzice. Wykrzyczy kłamstwa, na jakich zbudowali swoją prawdę o świecie, wykrzyczy wreszcie, jak obojętnymi byli i są rodzicami. Bo to właśnie obojętność, a nie domniemywane wartości, tak naprawdę stanowią istotę upośledzonej relacji rodziców z dorastającym synem. I tu, świetnie panując nad kinetyką aktorów, Karolina Rentflejsz wyprowadza Łukasza z przestrzeni scenicznej. Jego bardzo mocny, dla wielu trudny do zaakceptowania głos, zostaje skierowany już nie tylko do Anny i Szczepana, czyli scenicznych rodziców Łukasza, ale przede wszystkim do publiczności. Ta pełna emocji wypowiedź nie jest już w tym przedstawieniu tylko częścią dialogu aktorskiego, reżyser bowiem wydobył ten fragment z Inteligentów Modzelewskiego jako główne przesłanie dzieła – demaskatorskie, obnażające miałkość mitu poprawności, ujawniające gorzką prawdę o tym, jak żałosny jest świat iluzji sporej grupy współczesnej inteligencji (nie tylko polskiej zresztą). Krzyk Łukasza jednak wysłuchany nie będzie.
Wcielający się w jego rolę Adam Turczyk świetnie sobie z tym zadaniem poradził, a jego gra, panowanie nad gestami i ruchem oraz inne techniczne walory warsztatowe warte są podkreślenia, podobnie zresztą jak gra pozostałych aktorów. Każdy z nich doskonale zbudował swoją postać, nadając jej kolorytu i stwarzając wyrazistą kreację. Niezawodnie widać w tym dbałość reżyserską i dobrą współpracę całego zespołu realizującego to przedstawienie.
Inteligenci Modzelewskiego to sztuka dynamiczna i odważna. Autor najwyraźniej jest człowiekiem nieszukającym sensacji, nie obnaża prymitywnych instynktów, o których wrzeszczą tabloidy, ale ma odwagę powiedzieć, że „król jest nagi”. To ciekawe, mądre i świetnie zrealizowane na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże przedstawienie niesie mocne przesłanie, a jego artystyczny poziom, podobnie zresztą jak i samo dzieło Modzelewskiego, zasługuje na uznanie. Doskonała reżyseria (na wszystkich jej poziomach), świetna scenografia, kompozycja muzyczna, no i bardzo dobra gra aktorska składają się na sukces sopockiej inscenizacji Inteligentów Marka Modzelewskiego.
Inteligenci Marka Modzelewskiego, reżyser: Radosław B. Maciąg; scenografia: Dominika Nikiel; reżyseria świateł i media: Tomasz Schaefer; kompozycje muzyczne: Katarzyna Krzewińska; ruch sceniczny: Karolina Rentflejsz. Teatr Wybrzeże. Scena Kameralna w Sopocie. Premiera: 16 lutego 2020.
Ilość odsłon archiwalnych: 61