Edward Jakiel / KOCHANIA BURZLIWE ODSŁONY

Kronika wypadków miłosnych Tadeusza Konwickiego, reżyseria Jarosław Tumidajski, Teatr Wybrzeże w Gdańsku.

Rzecz dotyczy inscenizacji powieści Tadeusza Konwickiego Kronika wypadków miłosnych, a więc dialogu scenicznego z literacką podstawą powieściową. Reżyserii podjął się dla Teatru Wybrzeże Jarosław Tumidajski, który odpowiadał też za adaptację oraz artystyczną koncepcję całości przedstawienia.

Nie widzę uzasadnienia dla podejmowania dyskusji z Tumidajskim na temat dokonanego przez niego wyboru materii powieściowej dla scenicznych dialogów i monologów. Mając pełną świadomość ograniczeń odmiennego niż powieść języka dramatu i warunków oraz możliwości sceny sopockiej, reżyser ten wybrał, co uznał za istotne, stąd też nie ma niektórych scen, jak i obrazów, by wspomnieć choćby ulicę wileńską z widokiem Ostrej Bramy z wizerunkiem Madonny. Nie wydaje mi się też, by dokonana redukcja fabularnych wątków miała jakiś istotny wpływ na główną treść utworu i tym samym jego scenicznej adaptacji. Jedno jest za to pewne: przenosząc tę powieść na deski teatru, zgubiono gdzieś „po drodze” kilka wartości dzieła Konwickiego. Przede wszystkim w sopockiej Kronice umknął liryzm, który raz po raz pojawia się na kartach powieści (mniejsza o to, jakiej on jest proweniencji). Trudno zresztą winić za to Tumidajskiego. Są wszak rzeczy nieprzekładalne, ale…

W omawianej realizacji dokonano pewnych redukcji i przesunięć semantycznych, szczególnie uwidaczniających się w sferze symbolicznej powieści i jej scenicznej re-konstrukcji. Myślę tu o nasyceniu Kroniki przeczuciem śmierci. Konwicki rzecz ujmuje w kategoriach śmierci jako konsekwencji bezwzględności historii, a konkretnie wojny, przerywającej brutalnie młodość i jej świat. Nasyca to ujęcie pojawiającym się głosem dzwonu. Tego właśnie, jako swoistego wykładnika nadchodzącego tremendum, zapowiedzi nieznanego, przypomnienia transcendentnego kontekstu, w spektaklu zabrakło. Ten symboliczny motyw został bowiem zastąpiony wyciem syren przeciwlotniczych.

W nie do końca przekonującym kierunku poszła adaptacja postaci Biskupa. W tkance powieściowej Biskup (czy też arcybiskup) ma swoje znaczenie, tu jednak został wyrażony w innej konwencji estetycznej. W powieści jest on jednym z podróżujących pociągiem. I jako w pełni realistyczna postać nabiera symbolicznego znaczenia z powodu czasu, w którym się pojawia. Tu jest odwrotnie, z niekoniecznie dobrym skutkiem. Oto postać ta, pozornie tylko wpisana w wątek podróży pociągiem, została osobliwie wyeksponowana: w kapie, z monstrualnie wielką mitrą i w oświetleniu – imituje jakby Boga. Do tego w jego usta włożono fragment wypowiedzi (modyfikując istotnie jej kontekst) poniekąd właśnie symbolicznej postaci-narratora-boga z powieści Konwickiego: „Nigdy nie załomocze mi gwałtownie serce na widok dziewczyny, nigdy nie zatęsknię do niej pośrodku nocy, nigdy nie skoczę w przepaść z miłości do niej. Bo nigdy nikogo nie będę kochał”. Czemu takie właśnie słowa postać ta wypowiada i dlaczego jako pierwsze słowa tej adaptacji one rozbrzmiewają?

W ogóle należy się zastanowić nad podjętymi przez zespół przygotowujący to przedstawienie rozstrzygnięciami dotyczącymi uobecnień tego, co realistyczne, i tego, co symboliczne. Z jednej strony scenografia Kaczmarka osadza rzeczywistość przedstawianą w realistycznej przestrzeni, nadając jej jednakże symboliczne niekiedy znaczenie. Taką właśnie rolę spełnia scenograficznie bardzo ciekawie przedstawiona rzeka, stanowiąca poniekąd granicę dwóch światów. Wszechobecna zieleń też daje dużo do myślenia, ale atrapa psa, z której wydobywa się szczekanie – to, najoględniej mówiąc, porażka. Poza tym z jednej strony ujawnia się w tym spektaklu przesadną dbałość o szczegóły, a z drugiej bezwiednie z tego, co szczegółem nie jest, rezygnuje. Niektóre sceny przedstawia się realistycznie, inne zostały ujęte dość niefortunnie. Mam na myśli szczególnie jeden z ostatnich fragmentów, kiedy po próbie samobójczej Wicio pyta, co się stało z Aliną, a jednocześnie na scenie jest przy niej, dotyka jej, a do tego nie dzieje się to gdzieś w innej przestrzeni, a właśnie w nurtach rzeki. Osobliwość to trudna do przyjęcia i zrozumienia.

Tumidajski do pewnego stopnia odtwarza powieść Konwickiego, skupiając się na burzliwych dziejach miłosnych. Prowadzą one, jak w powieści, do dramatycznych czasem wyborów bohaterów. Widoczne to jest w powieściowo-scenicznej biografii Wicia, którego miłość do Aliny stała się przyczyną jego porażki, a niezdana matura zatrzasnęła drzwi do studiów i planowanej kariery. Zresztą te różne powieściowe sploty i zawirowania, kręte ścieżki i manowce miłosnych zdarzeń odtworzone zostały z dość dużą dbałością. Czy równie mocno wybrzmiał tragizm „rozkochanej młodości”, której bytu nie zatrze upływający czas, lecz tragicznie i nagle przerwie śmierć na wojnie? Trudno na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale dzieje się tu tak, jak w powieści, o czym pisze w programie Janusz Majcherek: „Maturzyści i pensjonarki jeszcze dobrze nie zaznali życia, a już pada na nich cień śmierci – tej z miłości, co w ich wieku naturalne; i tej, która już czyha za rogatką historii – co absurdalne”. Do tego wplecione zostaną różne „warianty” miłosnej kroniki Wilna i okolic, przytoczone za powieścią Konwickiego, a zaczerpnięte z prasy lokalnej. Nie wszystkie jednak doniesienia prasowe się znalazły, jak choćby to, bardzo wzruszające, o ptaku siadającym na balkonie nieżyjącego już jego człowieczego „przyjaciela”.

Ważny w tych zawirowaniach miłosnych okazuje się monolog przywołanej tu już postaci niewątpliwie symbolicznej – Nieznajomego, w którego wcielił się Piotr Łukawski. Dość dobrze radząc sobie z tą dramatyczną rolą, wniósł do scenicznej akcji moment refleksyjnego intermezza, jak się zresztą dzieje w powieści. Szkoda tylko, że nie cały jego monolog został wykorzystany w sopockiej inscenizacji Kroniki. Zabrakło też równie ważnych elementów, dotyczących roli człowieka – kreatora czy raczej uzurpatora kreacji świata. Ale to już osobny temat.

Ciekawie przedstawia się reżyseria światła, dokonana przez Katarzynę Łuszczyk. Można stwierdzić, że operując nim, autorka wydobywa pewną hierarchię scen i postaci, stymuluje sferą subiektywnych odczuć, wpływa tym samym na emocjonalną, ale też racjonalną recepcję tej scenicznej realizacji. Czegoś podobnego nie sposób powiedzieć o sferze muzycznej. W zasadzie nie ma tu jakiejś czytelnej kompozycji muzycznej, a jedynie akompaniament muzyczny. Owszem, Dobrawa Czocher stara się nim w jakimś zakresie stymulować nastrój, ale nic ponadto. Tam nie ma muzyki – chciało by się rzec – są dźwięki jedynie. Czasami one ujmują, wprowadzając jako tło muzyczne piosenkę z okresu dwudziestolecia albo wydobywając improwizację na jeden z instrumentów smyczkowych, ale to wciąż za mało. Muzyka zbyt skromnie współtowarzyszy akcji scenicznej, w której – w odróżnieniu od niej – wiele i dynamicznie się dzieje.

fot. Natalia Kabanow

Istotne znaczenie odgrywają oczywiście aktorzy. Uważam, że świetnie ze swego zadania wywiązała się Anna Kociarz jako matka Wicia i Krzysztof Matuszewski w podwójnej roli – Dziadka i Biskupa. Szkoda tylko wielka, że zamiast utrzymać postać Dziadka w okowach realizmu powieściowego, czyni się z niego ochoczo sięgającego po cygarety i raźno rozprawiającego staruszka, ale może i takiego daje się wyczytać z powieści Konwickiego. Dość dobrze też wypada (przynajmniej w większość scen) kreacja Grety, którą gra Magdalena Gorzelańczyk. Aktorka dobrze oddała gestem, mimiką i intonacją głosu tragizm tej niefortunnie zakochanej dziewczyny.

Główną postacią jest – jak wiadomo – Wicia. Gra go Adam Turczyk, który stworzył postać egzaltowaną i nadmiernie teatralizowaną. Wrzeszczy, krzyczy, gestykuluje, imitując wielkie kreacje dramatyczne. W efekcie niektóre sceny z jego i młodszej części zespołu aktorskiego udziałem przypominają przedstawienia dyplomowe ze szkół teatralnych. Zauważalna jest w nich maniera, która może wielu widzów irytować. Chodzi o rodzaj kinetyki scenicznej. Sprowadza się ona do tego, że aktorzy nagle wybiegają zza kulis lub przemieszczają się po scenie, by gwałtownie zatrzymać się, przyjąć jakąś nienaturalną, dziwną pozę i wygłaszać swoja kwestię, nierzadko kierując swe słowa nie do partnera lub partnerki dialogu, ale do publiczności .

Cóż więc, gwoli podsumowania, można o tej sopockiej realizacji rzec? Może to, że jest przeciętna, a artyzm ujawnia się w niej rzadko, chociaż nie jest w niej nieobecny.

Kronika wypadków miłosnych Autor: Tadeusz Konwicki; adaptacja i reżyseria: Jarosław Tumidajski; scenografia: Mirek Kaczmarek; kostiumy: Krystian Szymczak; światło Katarzyna Łuszczyk; muzyka: Dobrawa Czocher. Teatr Wybrzeże w Gdańsku (Scena Kameralna w Sopocie), premiera 12 maja 2023.