
Wszystko przyspieszyło. Kieślowski w 1987 roku potrzebował osiemdziesiąt sześć minut, a ten film ma tylko czternaście sekund. A jednak porusza bardziej. Wywołuje niepokój.
Może dlatego, że nie wszystko jest tam powiedziane. Ani pokazane. Właściwie nie widać prawie nic. Większość rzeczy trzeba sobie wymyślić, wyobrazić.
Obejrzałem go parę miesięcy temu, w połowie kwietnia, ale ciągle o nim myślę. Nie umiem go zinterpretować.
Film jest drastyczny, choć nie ma tam detali. Wręcz przeciwnie. Ale ta forma. Można tu mówić o pewnej estetyzacji, naturalnie w ramach realistycznej konwencji.
Na tym tle piąty odcinek Dekalogu Kieślowskiego jest pornografią. Zarówno scena mordu na taksówkarzu, która w całości trwa ponad siedem minut, jak i scena egzekucji sprawcy, trwająca mniej niż minutę. Obejrzałem to teraz ponownie, żeby sobie ten film przypomnieć, bo minęło bardzo dużo czasu, odkąd widziałem go po raz pierwszy, w latach osiemdziesiątych. Najbardziej pamiętałem szczękę taksówkarza, którą napastnik wgniata w błoto, a ona się z tego błota wysuwa, walczy o życie, jak jej właściciel.
Takie rzeczy mogą się przyśnić.
Kieślowski chciał pokazać sprawcę zabójstwa jako ofiarę, wywołać współczucie. Jacek grany przez Mirosława Bakę jest ofiarą przeznaczenia. Pił z traktorzystą, swoim kolegą, który potem przejechał jego dwunastoletnią siostrę. Gdyby Marysia żyła, Jacek zostałby w swojej wsi, nie szedłby do OHP. Może taksówkarz by żył.
To entymemat: perswazyjne wnioskowanie, w którym pomija się przesłankę najmniej oczywistą, by uwierzyć w konieczność konkluzji. Większość przyjmuje to na wiarę, tylko uważny odbiorca rozpoznaje ten zabieg i zaczyna mieć wątpliwości. Czy faktycznie wyrzuty sumienia zmusiły Jacka do zabicia niewinnego człowieka? Niby jak?
Tak czy inaczej motyw ukochanej młodszej siostry sprzyja temu, aby współczuć zabójcy, i w końcowej scenie egzekucji uznać go też za ofiarę morderstwa, może równie brutalnego jak jego czyn, bo dokonanego na zimno, z rozmysłem, w majestacie prawa. Wzruszenie ma wywołać scena, w której niedługo przed zabójstwem Jacek oddaje w punkcie fotograficznym zdjęcie siostry z komunii do powiększenia (zniszczone, powyginane na brzegach, bo stale nosił je ze sobą). Na sam koniec, chwilę przed swoją egzekucją, prosi adwokata, który go nieskutecznie bronił, by odebrał odbitkę, której sam nie zdążył odebrać, i oddał ją matce.
Cierpienia rodziny taksówkarza nie są w filmie eksponowane, a on sam jest ukazany jako ktoś raczej niesympatyczny. Złośliwie nie zabiera czekającej na zimnie na podwózkę pary, granej przez Jandę i Łukaszewicza. W scenie karmienia psa kanapką od żony jest postacią dwuznaczną. Kiedy ucieka z postoju, by nie zabrać pijaków, niby go rozumiemy, jednak niekoniecznie lubimy. W scenie mordu jego walka o życie jest dramatyczna, ale nie wzbudza sympatii, patrzymy na niego oczami zabójcy, podświadomie chcemy, by wyzionął ducha, by to się już wreszcie skończyło. To Jacek, szamocący się z więziennymi strażnikami chwilę przed egzekucją, wywołuje w widzu chęć pomocy. Jest jeszcze taki młody! Miałby życie przed sobą.
Tyle o Kieślowskim.
Ten drugi, znacznie krótszy film, z powodów oczywistych pomija cały, istotny dla oceny kontekst, który dobrze znamy. Napaść Rosji, bombardowania miast, zabijanie ludności cywilnej, w tym dzieci. I oczywiście ukraińskich żołnierzy, często w trakcie brutalnych tortur. Gwałty na kobietach i dzieciach. Obcinanie kończyn, w tym głów, kastrowanie jeńców – jedno i drugie nagrywane i pokazywane w sieci, żeby się pochwalić i żeby przestraszyć ofiary, złamać ducha oporu. Masowa skala przemocy wobec wojskowych i cywilów: obozy filtracyjne. Doły pełne zwłok, czasem nadpalonych. Zamęczone miasta i wsie. Bucza, Irpień. Dziesiątki innych.
To wszystko prawdopodobnie wie każdy lub prawie każdy, kto widział ten filmik, opublikowany w ramach doniesień wojennych (bo nie w kinie przecież). Przemoc rosyjskiego wojska wobec Ukraińców powinna skutecznie leczyć z jakiejkolwiek empatii wobec rosyjskich żołnierzy, orków Putina.
Kieślowski chciał, aby współczuć zbrodniarzowi, który zarazem, na końcu, także staje się ofiarą zbrodni. Natomiast ten krótki filmik z wojny chce, aby nie współczuć ofierze, przeciwnie, odczuwać satysfakcję, a może nawet wesołość z powodu jej zgonu. Trudno się temu oprzeć.
Czy jednak można cieszyć się z czyjejś śmierci? Czy powinno się? Ale też czy wypada się nie cieszyć?
Cały efekt robią: muzyka, sposób kadrowania i fabuła.
Muzyka to pompatyczne i zarazem liryczne takty z Gwiezdnych wojen, ilustrujące triumf rycerzy Jedi. Dobro zwyciężyło nad złem, Moc jest górą, hurra!
Sposób kadrowania tworzy nową estetykę, charakterystyczną dla filmów z tej wojny. Kamery umieszczone na dronach pokazują wszystko z góry: rosyjscy żołnierze, a nawet ich czołgi są jak mrówki, maleńkie zabawki. Kiedy uciekają i giną, wywołują raczej rozbawienie niż współczucie. Nie ma zbliżeń, nie widać twarzy, emocji, dramatycznych gestów. Nie słychać krzyków przerażenia, rozpaczy ani bólu. Egzekucji dokonują latające maszyny, elektroniczni mściciele. Zwłoki ofiar mają na ekranie kilka czy kilkanaście pikseli, właściwie są jak większe kropki, nie widać ich.
Kiedy byłem w ósmej klasie podstawówki prowadzano nas do różnych zakładów przemysłowych, żeby zobaczyć, gdzie moglibyśmy pracować. Nazywało się to orientacja zawodowa. Byliśmy między innymi w zakładach optycznych na Pradze, gdzie koledzy, już nie pamiętam, wyżebrali albo ukradli grube szkła powiększające wielkości rozpostartej dłoni. Przynosili je potem do szkoły i zabawiali się w bonanzę. Promień słońca, schwytany w soczewkę i tak wzmocniony, mógł wycinać brązowe wzory albo i robić dziury w skajowych tornistrach, podpalać liście i patyki. Najlepszą zabawę mieli koledzy z owadami, które podpalali i węglili na popiół. Te owady, na przykład mrówki, najpierw próbowały uciekać przed promieniem-płomieniem, a potem, oślepione i rozgrzane do nieprzytomności, poddawały się egzekucjom.
Brzydziło mnie to okrucieństwo, nie lubiłem patrzeć, ale było wielu takich, którzy lubili, nawet się tym delektowali.
Te filmiki z wojny są bardzo podobne i dostarczają podobnych przyjemności. Wtedy były mrówki, teraz są ludzie, przypominający postacie z gry komputerowej w rodzaju Clash of Clans. Z góry patrząc, wychodzi na to samo.
Czternastosekundowa produkcja ma prostą fabułę, ale jest na swój sposób wyrafinowana. Różni się od innych większą dawką komizmu. Otóż kiedy dron z granatem nadlatuje nad okop, rosyjski żołnierz, zapewne słysząc go, ucieka do głębszej jamy, gdzie chce się schronić przed wybuchem. Nie wie, że sekundę wcześniej właśnie tam wpadł granat. Wije się jak mały owad, błyskawicznie wślizguje się do schronu, znika w głębi i właśnie wtedy następuje wybuch. Z jamy unosi się chmura czarnego dymu. Nie widzimy, co zostaje z żołnierza, ale pewnie niewiele. Źródłem komizmu jest paniczna ucieczka człowieka-mrówki, a także jej paradoksalny finał. Gdyby żołnierz nie uciekał, tylko został w swoim okopie, może by ocalał: taki jest wniosek. Ironia tej historii łączy w jedno komizm i perswazję.
Nie wiemy, kim był żołnierz. Czy zbrodniarzem wojennym, który zabijał, gwałcił, torturował (i dlatego został słusznie ukarany), czy przypadkową ofiarą, młodym chłopakiem, zwabionym do armii podstępem albo chęcią zarobku. Skąd przyjechał: z Rosji czy z jakieś tam niewielkiej, mało znanej republiki, a może z Dalekiego Wschodu? Miał żonę, dzieci? Kto dostanie w nagrodę za jego śmierć samochód marki Łada i finansową gratyfikację?
Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Na wojnie nie można mieć wątpliwości. Ale może powinienem przeczytać lub usłyszeć, kim był, by móc ocenić, czy egzekucja była zasłużona.
Czy mam prawo czuć satysfakcję? Czy mogę się śmiać?
Ale z drugiej strony czy powinienem mu współczuć? Czy mogę widzieć w nim ofiarę? Przecież był częścią armii najeźdźców, która morduje, gwałci i rabuje. Być może dostał to, na co zasłużył.
W artykule, do którego dołączony był filmik, jest też informacja, że Ukraińcy zgłosili tego anonimowego rosyjskiego żołnierza do Nagród Darwina, które dostają ludzie sami na skutek własnej głupoty pozbawiający się życia – za to, że wyeliminowali swoje geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób. Czy chciałbym, aby cała Rosja została nominowana do tych nagród? Żeby wszyscy zostali wyeliminowani? A jeśli by się okazało, że chcę, to czy wypada się do tego przyznać?
„Dusza człowieka jest ciągle przekształcana przez swoje stosunki z siłą, unoszona, oślepiana przez siłę, co do której wierzy, że nią rozporządza, poddawana przymusowi siły, której doświadcza”, pisze Simone Weil w eseju Iliada czyli poemat siły. „Siła równie bezlitośnie miażdży i równie bezlitośnie odurza każdego, kto ją posiada albo uważa, że posiada. Nikt nie posiada jej naprawdę.” I dalej: „Silny nigdy nie jest absolutnie silny ani słaby absolutnie słaby, ale obydwaj o tym nie wiedzą. Używający swojej mocy nie domyślają się nigdy, że następstwa ich czynów im z kolei każą się ugiąć. […] Ci, którym los użyczył siły, giną, zbytnio na nią licząc”.
A więc, mówiąc prosto: kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Albo: nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Tyle że ta relacja nie jest zwrotna tylko jeden raz. W Iliadzie, jak dowodzi Weil, widać ciągłą zmienność statusu zwycięzcy i zwyciężanego. Podobnie jest podczas wojny rosyjsko-ukraińskiej. Oczywiście solidaryzujemy się z ofiarami napaści, liczymy na ich finalne zwycięstwo. Ale tymczasem może bardziej pasuje inne polskie przysłowie: raz na wozie, raz pod wozem. Nikt nie jest zawsze górą.
Naprawdę zwycięża sama przemoc, która podporządkowuje sobie wszystkich, którzy włączają się do tańca. Weil pisze tak: „Przemoc niszczy zatem tych, których dotyka. W końcu wydaje się czymś zewnętrznym zarówno temu, kto posługuje się nią, jak temu, kto jej doświadcza. Wówczas rodzi się wyobrażenie losu, który sprawia, że kaci i ofiary są jednakowo niewinni, a zwycięzcy i zwyciężeni to bracia w tej samej niedoli. Zwyciężony jest przyczyną nieszczęścia dla zwycięzcy podobnie jak zwycięzca dla zwyciężonego.”
Ale przecież my jeszcze – na razie – nie walczymy (i oby to się nie zmieniło). Jesteśmy obok, oglądamy filmiki, może wpłacamy gdzieś datki, niektórzy zbierają pomoc i zawożą ją na tereny, gdzie toczy się wojna. Tylko nieliczni Polacy walczą naprawdę, jako ochotnicy. Czy więc jesteśmy już wszyscy w polu działania tej siły, czy ona nami już włada? Może samo oglądanie doniesień z wojny po trochu zabija człowieczeństwo, czyni świadków współwinnymi. Tak można rozumieć to zdanie: „Kontakt z siłą przynosi nieuchronny skutek: czyni dotkniętych przez nią niemymi lub głuchymi”.
Ten krótki filmik chce, żebym śmiał się ze śmierci żołnierza, rozerwanego granatem w schronie, w pewnym sensie na własne życzenie. Choć jednak nie do końca: przecież on wpełzł do tego schronu, chcąc ratować życie. Ale co robił przedtem? I dlaczego w ogóle znalazł się tam, na obcej ziemi, w rosyjskim mundurze, z bronią?
To jest temat na sztukę. Do tych czternastu sekund można dorobić resztę: żołnierza, który sterował dronem i żołnierza, który zginął od wybuchu granatu, zrzuconego do schronu. Ich rodziny, przyjaciół, poległych towarzyszy broni. Może się gdzieś spotkali? Coś ich łączyło? Bawili się razem w nocnym klubie parę lat temu? Kochali się w jednej dziewczynie? Mieli tak samo na imię?
Chyba nie będę pisał takiej sztuki, bo ona nikomu by się nie podobała. Każdy by ją czytał po swojemu, na przekór intencji autora-obserwatora. Jedni jako wyraz nieuzasadnionej empatii wobec okrutnych najeźdźców, inni jako niesłuszne rozgrzeszenie swoich win, zrównanie statusu napastników i obrońców, użalanie się nad tymi drugimi. Tu kieślowszczyzna, tam dostojewszczyzna. Pole minowe.
Dlatego właśnie czternastosekundowy filmik pozostawia po sobie napięcie w kimś, kto chciałby pozostać sobą, człowiekiem, zachować autonomię. Ani nie poddać się intencji filmu i nie patrzeć na zabijanego żołnierza jak na mrówkę czy zbiór pikseli, ani nie przekroczyć granicy nadmiernej empatii wobec ofiary, która być może zasłużyła na swój los.
Może być też tak, że nie mamy wyboru, jak mógł go nie mieć żołnierz, próbujący uciec od śmierci, którą niósł mu dron. „Taka jest natura siły – pisze Weil. Posiadana przez nią władza przekształcania ludzi w rzeczy, jest dwoista i przejawia się po obydwu stronach: różnie, ale w jednakowej mierze paraliżuje dusze tych, którzy jej ulegają i którzy posługują się nią.”
Oglądam film wiele razy, broniąc się jednocześnie przed litością i przed śmiechem. Muzyka z Gwiezdnych wojen zarazem nakręca mnie i drażni. Granat raz po raz leci z drona, wpada do jamy i wybucha, rozrywając niewidocznego żołnierza. Wojna przez komputer weszła mi do pokoju.
Jeśli będę się śmiał, to oni wygrali.