Jarosław Jakubowski / WIGILIA W NOWOPOŁOCKU

Czy jest coś co nas łączy w grudniu 2023 roku? Coś, wokół czego moglibyśmy się spotkać jak przy wigilijnym stole?

Jest coś takiego. To sprawa Andrzeja Poczobuta, Polaka z Białorusi, który już ponad tysiąc dni przebywa w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Ten dziennikarz, prawnik, popularyzator historii polsko-białoruskiej, działacz Związku Polaków na Białorusi został skazany przez reżim Łukaszenki między innymi za „podżeganie do waśni narodowościowych”. Aresztowano go 25 marca 2021 roku, kilka miesięcy po stłumieniu rewolucji wymierzonej w neosowiecką dyktaturę.

Z ostatnich informacji wynika, że pięćdziesięcioletni Poczobut jest obecnie więźniem łagru w Nowopołocku. To owiane złą sławą więzienie. Polak zaraz na początku został umieszczony w karcerze. Chciano go złamać. Ostatnio znów nałożono na niego ograniczenia w pisaniu listów i otrzymywaniu paczek. Poczobut, mimo złego stanu zdrowia, nie dostaje też wymaganych lekarstw. Ot, zwykłe „złośliwostki” kołchoźnianego satrapy.

Podobno Andrzej Poczobut nie pęka. Patrzę na jego zdjęcia dostępne w mediach i myślę sobie: oto gotowy bohater dramatu. Widzę oblicze człowieka niezłomnego, sfotografowane przez kuloodporną szybę, za którą władze umieszczają więźnia podczas rozpraw. Po drugiej stronie szyby my – solidaryzujący się z uwięzionym, apelujący do nieistniejącego poczucia przyzwoitości dyktatury, wygrażający piąstkami smokowi, wyzywający potwora na pustych ulicach miasta nad ranem. Oto bohater, którego potrzebujemy – my, bezsilni obserwatorzy nieprawości i niesprawiedliwości, świadkowie, którzy miast świadectwa dają emotikony. Taki bohater jest nam potrzebny, żebyśmy czuli się lepiej, wiedząc, że przecież stoimy po słusznej stronie, chociaż to on, nie my, stoi przed szubrawcami w sędziowskich togach, pod strażą zbirów uzbrojonych w kałasznikowy.

Nie bez powodu tacy jak on są nazywani „więźniami sumienia”. Przyznam, że nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad znaczeniem tego frazeologizmu. Więzień – to mniej więcej wiadomo, ale „więzień sumienia”? Formalna definicja jest dość jasna – to człowiek skazany za przestępstwo popełnione bez używania przemocy, z motywacji politycznej, religijnej czy ideowej. Reżimy odmawiają więźniom sumienia miana więźnia sumienia, określając ich zwykle jako pospolitych przestępców.

Dla mnie jednak więzień sumienia znaczy co innego. To ktoś uwięziony w moim własnym, osobniczym sumieniu. Nie jest w stanie go opuścić, ponieważ sumienie ma tę właściwość, że nie podlega prawom fizyki. Poczobut siedzi mi w głowie, nie daje spokoju, choć przecież jednocześnie krzątam się wkoło własnych spraw, przez większość czasu nie myśląc o człowieku zamkniętym w kolonii karnej gdzieś w północnej Białorusi. Jednocześnie wiem, że tam jest, a im bardziej pogrążam się w bieżączce, tym większe mam poczucie dyskomfortu. Wyrzuty sumienia mają to do siebie, że często są irracjonalne, to znaczy łatwo je obalić rozumowo. Przecież nie mam najmniejszego wpływu na los Andrzeja Poczobuta. Nie mam, ale to właśnie powoduje, że czuję się podle.

Chciałbym, żeby ten dzielny mężczyzna mógł wrócić na święta do swojej rodziny. Chciałbym, żeby wszystkie kanalie tego świata dostały dokładnie to, na co zasługują. Chciałbym też, żeby nasz sejm przyjął wreszcie długo wyczekiwaną uchwałę o brzmieniu: „Niech będzie tak, jak było”. Niestety, sprawa utknęła w podkomisjach, które nie są zgodne co do interpunkcji uchwały, a także co do brzmienia pierwszego słowa. Spór trwa pomiędzy „Niech” a „Nie”. W tym celu marszałek Hołownia ma się udać na ulicę Wiertniczą, gdzie pracują najwybitniejsi specjaliści od przekazu.

Kiedy już wszystko zostanie przyjęte, przejęte i przepchnięte, być może wtedy zauważymy przy naszym wigilijnym stole puste miejsce i może pomyślimy o człowieku, który od ponad tysiąca dni cierpi za nas.