Antoni Winch / LIS I KRUK

Kruk, jak świat światem, siedzi na gałęzi drzewa. I jak świat światem, ma w dziobie ogromny kawał sera.Pod drzewem stoi Lis. Z nabiału w ogóle najbardziej lubi drób, a z serów – jagnięta i cielęta. Dlaczego zatem, jak świat światem, czyha na ser?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Może chodzi o to, żeby zdobyć coś, czego tak naprawdę się nie chce? A dodatkowo dokonać tego przez oszustwo, manipulację i cwaniactwo, plamiąc swój honor niejako dla sportu? Obserwując machlojki Lisa można poczuć się lepiej. Oburzyć się na niego, to dodać własnej moralności sił do znoszenia szachrajstw, jakie samemu się popełnia. To podtrzymać swojego ducha na duchu, gdy w nas zwątpił, pokazując mu, że jest ktoś jeszcze gorszy, jeszcze bardziej wyrachowany, bezwzględny i podły.

Tak w każdym razie mówił naszemu Lisowi jego dziadek. Wnusio siedział na kolanach staruszka, a ten, pykając z fajeczki, snuł historię o praprzodku ich pradziadów. Należał on do odmiany, tak zwanego, Lisa Krasickiego. W przeszłości ten sprytny gatunek występował w wielu czasach i miejscach Starego, a dziś już bardzo starego, Kontynentu.

– Stalsego nis ty, dziadziu?

– Tak, mój drogi.

– To on musi być baaaaaaaldzo staly.

– Ha, ha, ha – zaśmiał się dziadzio, po czym nerwowo zaciągnął się fajką, aż zniknął wnusiowi za chmurą dymu; przemawiając zza niej, sprawiał na Lisie wrażenie bóstwa – Lis Krasickiego żył w starożytnej Grecji, gdzie nazywano go Lisem Ezopa. We Francji doby klasycyzmu wołano nań natomiast – Lis La Fontaine’a.

– A cy stalozytna Glecja jesce istnieje?

– Nie, już nie.

– A Flancja?

– Coraz mniej – zagadkowo odpowiedziało bóstwo tytoniowej chmury i kontynuowało swoją opowieść o legendarnym praprzodku praprzodków Lisa – Niestety, mimo zacnego rodowodu i niewątpliwej popularności, Lis Ezopa, La Fontaine’a, czyli Krasickiego, wymarł.

– Dlacego?

– Zagładzie uległo jego naturalne środowisko – świat ducha. Doprowadził do tego rozwój techniki, za którym przyszedł zanik odczuwania niepokoju metafizycznego.

– Bzdula, dziadzia. Wsystkiemu winne jest powsechene, nieuchronne i psede wszystkim zagwazdlane zdemoklatyzowanie bydlęcej masy, któle pozwoliło jej psepocwazyc się z psedmiotu dziejów w ich podmiot – pomiot Histolii. Dosło do tego w casie Lewo… – tu się małemu Liskowi trochę odbiło po obiadku – Lewolucji Flancuskiej. Lozwój techniki, o któlym dziadek mówi, nastąpił później.

– Może i tak… Mądry z ciebie wnuś, wnusiu.

– Psyklo mi, dziadziu. Świat nie potsebuje jus Lisa Ezopa i La Fontaine’a, któlym jest Lis Klasickiego. Dziś niebałamuci się kluków pochlebstwami, pusca się w nie selię z kalabinu. A sel zostawia sępom na pozalcie.

Dym z fajki rozrzedza się i oczom Lisa ukazuje się twarz bóstwa, jego dziadka, po policzkach którego, spływają łzy.

Wspomnienie tej sceny oderwało na moment Lisa od bieżących wydarzeń. Na szczęście nigdzie im się nie spieszyło, bo Fukuyama ogłosił już koniec Historii i nie miały gdzie pójść. Stały więc jak pod budką z piwem i czekały aż Lis przypomni sobie dziadunia do końca.

Kruk z kolei siedział na gałęzi z serem w dziobie. Sam nie wiedział, po co. Najchętniej rzuciłby ten nabiał w diabły i poszukał jakichś robali do zjedzenia. To one są przecież podstawą jego diety. Dlaczego zatem wepchał sobie w dziób ser? I czemu go nie zjadł, tylko czekał na Lisa? Na te pytania odpowiedział raz Krukowi z kolei jego dziadek: – Nie pytaj, gnojku. Stercz, gdzie ci kazali. Będziesz sławny – i odleciał pić berbeluchę na glizdach z gawronami.

Sława jednak nie wystarczała naszemu Krukowi. Potrzebował sensu, jakiejś treści. Czegokolwiek, co uzasadniłoby obecną sytuację. Ta zaś nie należała do łatwych. Lis stał pod drzewem i nic nie mówił. Kruk rzuciłby mu ser, żeby mieć to wszystko za sobą, ale czuł, że nie powinien. Że musi czekać na ruch ze strony rudzielca z dołu. Bo on wie? Na słowo, które musi być na początku, aby po chaosie nastał porządek. Światło oddzieliło się od mroku, lądy od wód, a przeklęty kawałek nabiału od jego dziobu.

Zaiste, Kruczku, słowo musi być na początku. Lecz ty jesteś na końcu. Po porządku nastaje chaos, mrok jest światłem, a płynna nowoczesność zalała wody i lądy ,czyniąc z nich bagnistą pacię do dowolnego, lecz nigdy ostatecznego, zinterpretowania. Wszyscy w niej kiedyś utoniemy. Lis milczy, bo nie trzeba gadać niepotrzebnych rzeczy. Uspokój się więc, oddaj beztrosce, bądź szczęśliwy. Żyjesz w epoce, w której nie czeka się już nawet na Godota. Sens nie ma znaczenia, a znaczenie sensu. Dlatego nie zdziw się, kiedy spojrzysz w dół.

A tam Lis właśnie bierze telefon w łapkę i wybiera apkę. Po pół godzinie na miejscu zjawia się harwester zamówiony na stronie MyIdealKombajnZrębowy.com. Lis uruchamia silnik.

Gdy piły zaczynają ciąć drzewo, Kruk wciąż trwa na posterunku. Jak stary wiarus na honorowej warcie. Nie ma nadziei na to, że ktoś mu wyjaśni, czego właściwie pilnuje. Nie liczy również, że ktoś go zmieni. Oddziały starych wiarusów wybito w pień na ich honorowych wartach już dawno temu. Było to tym łatwiejsze, że nigdzie nie uciekały. On też nie odleci. Chce wypuścić ser w odpowiednim momencie. Tak, aby był jakiś morał w jego porażce.

„Muszę stracić ser na rzecz Lisa” – myśli Kruk – „Wtedy pojawi się puenta. Ja wyjdę na głupka, on na spryciarza. Ale będziemy jacyś. JACYŚ! To już coś. Byle tylko on się odezwał. Bez słów nie ma historii. Bez historii nie ma sensu. Bez sensu nie ma życia” – domyśla jeszcze Kruk, któremu w tej właśnie chwili, ostrze harwestera ucięło łeb.

Dziób z serem spadł do kabiny kombajnu. Lis nawet na niego nie spojrzał. Pewnie dlatego, że go tam nie było. Uciekł, przerażony hałasem, jak tylko maszyna zaczęła pracować. Po przekręceniu kluczyków w stacyjce nie potrzebowała Lisa do niczego.

Bo hej!, kiedy jesteś harwesterem na tym padole bujnie zarośniętym cierpieniem i łzami, to wiesz, co masz zrobić. Tniesz sam, co podleci, względnie nie odleci. I powoli posuwasz się naprzód.

Ilość archiwalnych odsłon: 116