Antoni Winch / PRZYCHODZI BABA DO LEKARZA, A LEKARZ TO LIS. CZĘŚĆ I

Doktor nauk medycznych Lis właśnie wstrzykiwał sobie zawartość strzykawki, żeby sprawdzić, co w niej jest, gdy do jego gabinetu weszła Baba.

– Jestem chora! – oznajmiła, zamknąwszy drzwi.

– Na co? – zapytał chytrze rudy czworonóg w kitlu, chowając strzykawkę do szuflady biurka.

– Niech pan mi powie.

– Skąd mam to wiedzieć?

– Jest pan lekarzem.

– Ale to pani jest chora.

– Dlatego tu przyszłam.

– Bez diagnozy?

Baba nie wiedziała, co odpowiedzieć. Trwała tak przez kilka chwil. Niezdiagnozowana, w milczeniu, bezruchu, strachu i bezradności. Lis zdawał się tego nie dostrzegać. Wodził wzrokiem po całym gabinecie. W pewnym momencie spojrzał na Babę. Ale tak jakby jej nie widział, jakby patrząc na nią, patrzył kogoś innego. To przeraziło ją do najgłębszego wewnętrznego rozpuku.„Jeśli ktoś patrzy na ciebie, a jednocześnie nie na ciebie, to na kogo patrzy?” – pytała samą siebie retorycznie w myślach i retorycznie samej sobie odpowiadała –„Na ducha. A kim jest duch? Kimś martwym. W jakiej to cię stawia sytuacji, Babo? Co najmniej niewesołej. Nie posmutniaj jej, kobieto, wróć do żywych i w pełni widzialnych. Krzyknij!”.

– Niech mi pan pomoże, doktorze! – zawołała desperacko Baba.

Okrzyk pacjentki rozbudził Lisa. Specyfik, który wstrzyknął sobie tuż przed jej przyjściem, musiał mieć działanie nasenne. Powinien to sobie gdzieś zapisać. Najlepiej na fiolce. Ale kiedy miał to zrobić, skoro w trakcie procedury testowania leku przyszła Baba? Mniej więcej od połowy wizyty widział ją, jak przez mgłę. Mgła uśmiechała się do niego nieśmiało, skrępowana snuła się po gabinecie, wreszcie osiadła na Babie, podwinęła zwiewną sukienkę z obłoków i rozłożyła nogi. „Do ginekologa to obok” – pomyślał do Mgły Lis – „ja jestem lekarz rodzinny”. Mgła spąsowiała. Ze wstydu stężała w speszoną chmurkę. Już miał lunąć z niej deszcz łez zażenowania, ale wtedy rozległ się krzyk Baby.

– Niech mi pan pomoże, doktorze!

– Nie tak prędko, pacjentko. Bez diagnozy będzie mi trudno – oświadczył trzeźwo Lis, obserwując, jak skonsternowana chmurka rozwiewa się w zmieszaną Mgłę i przez szparę w drzwiach wraca chyłkiem na korytarz.

– Proszę mnie nie straszyć. – Zobaczę, co da się zrobić. Tylko musi być pani ze mną absolutnie szczera. Jak w konfesjonale. Bo spowiednik to lekarz duszy, droga pani, a lekarz to spowiednik ciała.

Baba westchnęła ciężko jak Kamaz pod górę. Od początku ukrywała coś przed Lisem. Teraz doszła do wniosku, że zatajanie stanu swojego zdrowia przed lekarzem, tym bardziej, gdy jest się chorą, to droga poniekąd donikąd. Tam w sumie też może być ładnie, manowce ponoć wyglądają zjawiskowo o każdej porze roku, lecz Baby do nich nie ciągnęło, więc wyznała:

– Mam kłopoty z waleniem.

– Zaparcie!

– Ryba. Właściwie wieloryb, więc ssak.

– W jakim sensie?

– Łazienkowym.

– To już wiem. Pytam tylko o to, czy zaparcie nastąpiło w wyniku zjedzenia przez panią wieloryba, czy wielu ryb. Od tego zależy kierunek dalszego leczenia.

– Panie, ja w życiu nie jadłam żadnych ryb! Mojemu staremu nigdy nie biorą, a kupować nie chce, bo jest sknera. To tym bardziej wieloryba ani złowi, ani kupi, nie?

– Trzeba będzie zastosować innowacyjną terapię – orzekł Lis i zanotował w kajeciku: „Zaparcie na tle zjedzenia ryb/wieloryba bez jedzenia ryb/wieloryba, bo stary jest patałach, nie wędkarz, a przy tym harpagon”. W zeszycie tym zapisywał co ciekawsze przypadki. Zbierał w ten sposób materiał do artykułu. Chciał go opublikować w prestiżowym piśmie medycznym o międzynarodowej renomie, w celu zdobycia nieśmiertelnej sławy. Była ona jedyną i niestety paliatywną metodą leczenia śmierci, jaką udało się wypracować medycynie przez tysiąclecia swojego istnienia. Lekarze od dawna dobrze wiedzą to, czego nigdy nie mówią swoim pacjentom, a mianowicie, że nie ma szczepionki przeciwko umieraniu. Są księgi kondolencyjne wybitnych osobistości.

– On zagnieździł mi się w łazience! W wannie pływa!

Lis przekreślił dopiero co sporządzoną notatkę. Publikację artykułu w prestiżowym piśmie medycznym o międzynarodowej renomie, pod szybko wymyślonym, błyskotliwym, acz jeszcze roboczym tytułem, Czy złota rybka spełnia życzenia w zaparciach?, diabli wzięli.
– Waleń? – zapytał dla pewności, jakkolwiek wolałby jej nie mieć. – Waleń. Czasem weźmie prysznic, czasem popluska się w umywalce, ale tak to w wannie jest i się moczy.

– Próbowała pani spuścić wodę?

– Pewnie! Ale on zaraz nalewa jej sobie z powrotem.

– Może czegoś od pani chce?

– Od kilku dni olejku do kąpieli. Książę się znalazł.

– Co pani powiedziała?! – nagle Lis podniósł głos i się w fotelu, olśniony jakąś myślą– Cicho! Niech nic pani nie mówi!

Jakkolwiek Lis wyraźnie jej tego zabronił, to czekał, jak Baba, mimo zakazu, zacznie tokować o tym, że już nic nie powie, że będzie jak makiem zasiał mysz pod miotłą, byle tylko doktor ją uratował, bo nie chce umierać na walenia w wannie, w ogóle, prawdę mówiąc, nie chce umierać na cokolwiek, więc przy okazji, jak już pan doktor upora się z waleniem, to czy nie mógłby jej łaskawie wyleczyć z chorób, na które jeszcze nie zapadła, ale przecież w każdej chwili może, ot, choćby tuż po wyjściu z gabinetu pana doktora, to po co ma się potem wracać, w dodatku chora, skoro mogą załatwić to od razu? I czy, korzystając z okazji, bo teraz takie kolejki do specjalistów, pan doktor nie podleczyłby jej starego? Rwie go coś ostatnio w boku, to doktor pomasowałby bok Baby, a ona przekazałaby staremu? Wie pan doktor, chłop! Głupi jest i jak osioł uparty, narzeka, że go boli, a jak mu powiedzieć, żeby do lekarza poszedł, to mówi, że samo przejdzie i gadaj tu z takim, mówię panu, gdybym przed ołtarzem nie przysięgała, to chyba bym go zostawiła, ale co zrobić, kocha człowiek, sam nie wie dlaczego i za co, a ten kretyn tylko prycha i stęka jak w łóżku się przewala, gdy śni mu się co albo i nie, bo to za tępe jest chyba, żeby miało sny…

I z wdziękiem zdezelowanej katarynki nadawałaby tak pewnie przez godzinę, lecz Baba nie mówiła nic. Siedziała wpatrzona w Lisa jak Cyganka w tarota. Co w nim widziała? Śmierć? Starego? Fortunę? Lis czekał aż Baba coś powie. Baba czekała na Lisa. Wobec milczenia obojga w gabinecie rozgadała się cisza. Trochę to trwało zanim przekonała doktora, że nie ma co liczyć na wróżbę. Jak bowiem z niego żaden tarot, tak z Baby Cyganka. Na szczęście cisza była wyjątkowo elokwentna i skłoniła lekarza do zabrania głosu.

– Otóż wydaje mi się, że powinna go pani pocałować.

– Co?!

– Pani waleń nie zachowuje się jak waleń. Częste prysznice, permanentne kąpiele, mycie się choćby w umywalce, żądanie olejków… To książę, jak sama pani powiedziała.

– To wieloryb.

– Dokładnie. A dokładniej: książę zaklęty w wieloryba. Gdy go pani pocałuje, wróci do dawnej postaci. Jak żaba w bajkach.

– Waleń to nie żaba!

– Waleń to żaba, tyle że waleń.

– Waleń to wieloryb, a żaba to płaz.

– Proszę pani, mamy tu sytuację kryzysową. Nie powinniśmy jej sobie komplikować.

– Ale to absurd!

– Absurd to jest, proszę pani, kiedy zamiast lewej nerki wycinamy oba płuca, a pacjent wciąż oddycha. Nawet okuliści nie wierzą własnym oczom.

– Będziecie mnie operować?!

– Jeżeli nie pocałuje pani walenia, nie będziemy mieli wyboru. Walenioza szybko się rozwija. Z łazienki mogą być przerzuty na salon, sypialnię, w końcu na samych domowników.

– Co się wycina w przypadku waleniozy?

– Tego dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy otworzymy pacjenta.

Baba wciąż miała wątpliwości. Widmo operacji w końcu ją przekonało. Stanęło w kącie gabinetu, zamknęło oczy i na chybił trafił otwierało atlas anatomiczny człowieka, pokazując zakrwawionym skalpelem rysunki organów, które mogłoby wyciąć. Miarka przebrała się, gdy wskazało na głowę.

Baba wychodziła od Lisa z wypisaną receptą:
· 2x dziennie, przed obiadem i kolacją, po 1 pocałunku w usta (bez języczka – jak się zdarzy, natychmiast wyciągnąć i zdezynfekować spirytusem);
· 1x cmok na dobranoc w czoło;
· 1x buzi na dzień dobry.

Gdy drzwi zamknęły się za Babą, Lis rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu. Choroba, o której nie miał zielonego, ani nawet bladego pojęcia, wydawała się opanowana. W tym znaczeniu, że chora dała mu wreszcie spokój. Z dwojga stron biorących udział w leczeniu, on czuł się dobrze. Jest to jakiś pozytywny symptom. Było jednak coś, co go niepokoiło, w tym wyjątkowo udanym dniu jego praktyki lekarskiej. Los Mgły. Czy trafiła do ginekologa? Jak sobie poradziła? Czy jest szczęśliwa?
Zadumany Lis nie wiedział, że waleń to bumerang i wróci do niego niebawem. Będzie wtedy musiał zadać sobie dokładnie te same pytania. Wyłączając to o ginekologa…

Ilość archiwalnych odsłon: 57