Jarosław Gajewski / AKTOR BADACZ?

Lwia Dolina, fot. Bogusław Jasiński

„Aktor, ale człowiek sławny”, mówi Hrabina w Norwidowskim Aktorze o osobie, którą zamierza podjąć w swym salonie. Wydaje się bowiem, że uprawianie fachu aktorskiego, może być usprawiedliwione tylko przez towarzyszący mu rezonans społeczny. Pozostaje pytanie czym jest sława? („Wielka sława to żart”; „Sława czy chwała?”; „Sława czy popularność?”) Czy pod tym względem wiele się zmieniło od XIX wieku? Czy oddziaływanie na widownię, niezależnie od używanych środków nie pozostaje najważniejszym kryterium sztuki aktorskiej?

Wydawałoby się jednak, że dziś rozmowę o aktorstwie trzeba zaczynać od czegoś innego. Być może od tego dlaczego aktor jest sławny. Być może najlepiej jest zacząć od tego, czego taki sławny aktor dokonał, czy też co musiał umieć . Trudno jednak znaleźć partnerów do takiej rozmowy, bowiem opowieści o tym „co” trzeba umieć w aktorstwie, sztuce wielce indywidualnej, napotykają na rozliczne trudności, warunkowane przede wszystkim odrębnością doświadczenia. Na przykład mówić umie prawie każdy, przemieszczać się po wyznaczonej powierzchni właściwie też. Chodzi jednak o szczególną jakość jednego i drugiego. A jakość bardziej dotyczy tego „jak” niż „co”. Na koniec podobnych rozważań zawsze dochodzimy do wniosku, że każde „jak” jest ściśle związane ze swym „co”. A zatem w przypadku aktorstwa to „co” trzeba umieć jest bardzo ograniczone przez „jak” się to da zrobić. Ba, ze względu na niewielki potencjał wytworzenia jakości, niektóre „co” zostają zdyskwalifikowane w przedbiegach. Aktorstwo wówczas mogłoby się okazać sztuką selekcji i wykluczania pewnych tematów z dyskursu artystycznego.

Przy czym nawet jeśli tak jest, to raczej nie należałoby ujawniać tej cechy sztuki aktorskiej w publicznej narracji o teatrze, ze względu na poprawność polityczną oraz interes samego teatru. Interes rozumiany bardzo szeroko – zarówno jako kalkulacja wydatków i wpływów, jak i walka o prestiż na rynku instytucji publicznych.

Procedury intelektualne stosowane przy rozmaitych próbach opisu aktorstwa (czy sztuki aktorskiej) od dawna pozostawiają przede wszystkim wątpliwości co do ich celowości i skuteczności, jeśli nie wiodą wprost na manowce. Dlatego propozycja, by aktorowi nadać status badacza, nawet gdy brzmi znajomo, budzi ostrożność i zasadnicze pytanie „co” ma badać aktor oraz w jakim celu?

Na te pytania znajdujemy odpowiedź w odpowiedniej części książki Bogusława Jasińskiego. Aktor bada formy. W ten sposób buduje do nich dystans, „bierze je w nawias” i „odsłania istnienie”. Formy bowiem jako przejaw życia „zasłaniają istnienie”. To brutalne uproszczenie długiego i subtelnego wywodu jest niezbędne, by słowa autora Kwestii Teatru przymierzyć zarówno do konkretu dostępnego mi doświadczenia aktorskiego, jak i do związanych z nim nie najsubtelniejszych myśli o aktorstwie.

Czuję szczególny przymus tego „przymierzenia”, bo wyczuwam, że te treści kierowane są do aktorów, „umiejętników”, których wzywa się nie tyle do odrzucenia umiejętności, ile do ich szczególnego przekroczenia. Np. ku zdziwieniu światem go [aktora] otaczającym. Albo ku emocjonalności rodzącej się z trwogi, z którą byt przyjmujemy i poddajemy mu się jako uczestnicy. Te przekroczenia nadają aktorowi status posłańca bytu.

Kiedy piszę „Teatr” mam na myśli wielkie pole nie do ogarnięcia przez jednego gospodarza. Kiedy mówię „teatr” mam na myśli niewielki skrawek tego pola, który uprawiam po innych ludziach, nieustannie natykając się na ich ślady. Kiedy Bogusław Jasiński pisze „Teatr” ma na myśli coś jeszcze innego, na pierwszy „rzut ucha” brzmiącego obco, mówionego jakby w obcym języku, oderwanego od ludzi, co jednak odnajduję w moim teatrze.

Konsekwencja i spójność oraz klarowność wywodu są wystarczające, by doznać niepokoju związanego z proponowaną „koniecznością odrzucenia form”. Forma w teatrze jest „fundamentem i celem” (jeśli jest coś jeszcze -„dzieje się samo”). Uczymy się form, studiujemy ich „stawanie się”, doznajemy w nich właściwych im treści, przekraczamy je…

Czy zatem można jakoś się pogodzić z „odrzuceniem form”?

I tak i nie.

Tak, bo w istocie zawsze to robimy kończąc okres prób. Odnalezienie formy staje się ”tylko” wehikułem, rakietą nośną, czy tylko ścieżką czystego procesu bycia przed widownią i dla widowni. Forma w pracy aktorskiej powinna zostać na tyle zinternalizowana (czy też na tyle pominięta…), by wyzwolić organiczność procesu twórczego na scenie przed widzem. By odnaleźć „twórcze samopoczucie” (Stanisławski), by „odsłonić” proces twórczy.

Nie, bo odrzuciwszy formę nie mamy nic do zrobienia. Wszystko, co jest do zrobienia, jest formą. Nawet, jeśli na koniec chodzi o wbicie szpilki między formę, a mój stosunek do niej.

Tu przypomina mi się początek znanej sztuki Samuela Becketta: ESTRAGON: Nic się nie da zrobić. VLADIMIR: Zaczynam się skłaniać ku temu. Musi upłynąć trochę czasu nim zrozumiemy, że każdy z bohaterów ma coś innego na myśli, mimo wspólnoty sytuacji. Nie wykluczam, że moja próba podjęcia dialogu z Jasińskim może przypominać rozmowę tych postaci. Zwłaszcza jeśli podejmę wysiłek odpowiedzi na pytanie o to „kiedy” mamy w teatrze do czynienia z „odsłonięciem istnienia” i „w jaki sposób to przebiega”. A chcę to zrobić. Chcę o tym mówić.

Zatem kiedy? – raczej rzadko. Wiele zależy tu tyleż ode mnie, co od całego zespołu, widowni, atmosfery, chwili… W jaki sposób? – ano tak, że niezależnie od pozycji na scenie czy na widowni czujemy się jednością w wielości. Czujemy się w pełni sobą, a zarazem częścią czegoś dużo większego niż my sami. Czujemy, mimo wszelkich dopuszczalnych lęków „wielki, aktywny spokój”, wiemy, że Ziemia kręci się we właściwą stronę.

Nie wykluczam, że widzę „to” inaczej, i że nie wiem czy „to” ma Jasiński na myśli. „To” jest tak ogromne, że każdy może widzieć inny fragment obrazu, słyszeć inny fragment symfonii…

Trudno jest pisać „o tym”, o czym pisze Jasiński. Ale chce się o tym mówić. Bardziej niż o tych sprawach, którymi zajmuje się właśnie teatr. Aktorowi – chce się o tym mówić. Mimo, że najwięksi poeci wyznają w tej sprawie swą bezradność: … moje ekstatyczne pochwały istnienia/ Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu,/ A pod spodem było TO, czego nie podejmuję się nazwać [Czesław Miłosz „TO”]

Dziękujemy i poecie, i filozofowi, że TO przypominają.