Jarosław Jakubowski / „CIRCUS MUNDI (W STANIE KWARANTANNY)” – odcinek XX „LUDZIE”

rys. Miriam H. Spalinski

OSOBY:

COCO

RICO

(para klaunów na wycugu)

Część dwudziesta

LUDZIE

Coco i Rico przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.

Coco siedzi na ławeczce sama. Rico gdzieś się krząta.

COCO: Wygląda na to, że będę musiała wygłosić jakiś monolog. A ja nie lubię. No po prostu nie lubię monologów. Człowiekowi wydaje się, że ma coś ciekawego do powiedzenia, a jak już to powie, okazuje się że to raczej nieciekawe. Banał. Ale tak już jest, że postać, która jest na scenie sama, nie powinna być bezczynna i milcząca. Więc ja sobie siedzę, czekam na Rico i gadam do siebie. Ale tak naprawdę do was. Nie mam pojęcia kim jesteście i czy w ogóle mój głos do was dociera. Bo przecież jestem tu sama. To bezsensowny monolog. Lepiej gdybym siedziała cicho. No tak, ale co wtedy? Taka cisza bywa prowokująca. To znaczy może prowokować coś albo do czegoś, albo coś do czegoś. Więc lepiej ciszę zagadywać. Jak byłam małą dziewczynką i szłam do piwnicy po kompot do obiadu, to zawsze gadałam do siebie na głos. Głośno, coraz głośniej, aż w końcu właściwie krzyczałam. Ale nie chciałam, żeby to brzmiało jak krzyk, więc starałam się żeby to był taki trochę śpiew. Śpiewokrzyk. To mi zostało. (śpiewokrzyczy) Nie lubię być sam na sam ze sobą. No nie lubię, bo nigdy nie wiem, czy jestem tylko ze sobą, czy podsłuchuje mnie jakiś ukryty podsłuchiwacz albo cała chmara ukrytych podsłuchiwawczy. Po co ja tyle gadam? Właściwie to chciałam tylko powiedzieć, że Rico mnie wkurza, bo znowu mnie zostawił samą. Ciągle sobie wymyśla coś, żeby nie być ze mną. Ciągle. Dzisiaj sobie wymyślił, że zrobi remont namiotu. I odświeży szyld naszego cyrku, bo już prawie nie widać nazwy. Ale zanim się za to zabierze, to pół dnia będzie szukał potrzebnych rzeczy. Ja go znam.

RICO (z oddali): Coco! Coco!!! Gdzie jest ta puszka z farbą?

COCO (do siebie): Wiedziałam. Zawsze o coś pyta. (do Rico) Jaka puszka?

RICO: No ta, cośmy ją mieli na zapas. Z czerwoną farbą do napisu!

COCO: Musi być tam, gdzie ją postawiłeś!

RICO: Nie ma!

COCO: To nic ci nie poradzę!

RICO: Coco! Ja muszę to dziś zrobić!

COCO: Sprawdź jeszcze raz!

RICO (po chwili): Była tam! Jesteś genialna!

COCO: Wiem!

RICO: Co mówisz?

COCO: Wiem, że jestem genialna! (do siebie) A ty jesteś największym bałaganiarzem, jakiego znam. Rico nie usiedzi na miejscu. Ciągle coś wymyśla. No tak, ale to już mówiłam. Powtarzasz się, Coco. Jesteś stara, Coco. To nieprawda, wcale nie jestem stara. Tylko trochę się zaniedbałam. Ale ja się jeszcze doprowadzę do porządku. Potrzebuję tylko trochę czasu. Trochę więcej czasu. Cały czas wydaje mi się, że mam mało czasu, podczas gdy czasu mam cały czas aż nadto. Aż się przelewa. Czy to wypada wygłaszać taki nędzny monolog? Babcia zawsze mi powtarzała, że dziewczyna powinna lepiej milczeć niż paplać co jej ślina na język przyniesie. Bo co ludzie powiedzą. Ludzie. Ja już trochę zapomniałam, jacy oni są. Jeden Rico to jeszcze nie ludzie. Kiedyś było ich zawsze pełno. Kiedyś. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz. Kilka miesięcy, rok, a może trzy lata temu? Na początku strasznie było tu cicho. Potem nauczyłam się tej ciszy. Ona ciągle coś gada.

RICO: Coco! Przytrzymaj mi drabinę, bo się chwieje!

COCO: Przerwałeś mój wielki nędzny monolog!

RICO: Chodź szybko, bo zaraz spadnę!

COCO: Idę, idę!

Coco idzie do Rico.

RICO: W samą porę. Ta drabina jest do niczego. Spróchniała. Tylko nie mów, że tu wszystko spróchniało.

COCO: Nie muszę tego mówić, to jasne.

RICO: Coco, mam jeszcze tyle do zrobienia. Proszę, nie utrudniaj.

COCO: Oczywiście, Rico, postaram się. Długo jeszcze?

RICO: Zaraz. No, jak to wygląda?

COCO: Trochę krzywo. A w jednym miejscu kleks.

RICO: To nic, z daleka nie widać.

COCO: „Circus Mundi”…

RICO: Nasza stara, dobra buda. No, chyba gotowe.

COCO: Popraw jeszcze tę kropkę nad i.

RICO: Nie mam już farby.

COCO: Trudno. Będzie i bez kropki.

RICO: Ależ ty jesteś… cicho… słyszysz?

COCO: Co?

RICO: Jakiś szum.

COCO: Czekaj… coś jakby… nie, to niemożliwe.

RICO: Ludzie! Idą tu!

COCO: Widzisz ich?

RICO: Nie, ale słyszę już teraz wyraźnie. Tupot i głosy. Przemieszane.

COCO: Są coraz bliżej. Czego oni chcą?

RICO: Nie wiem, Coco. Ale czy nie na to właśnie czekaliśmy?

COCO: Złaź już. Musimy się przygotować.

Rico schodzi z drabiny.

RICO: Przygotować na co?

COCO: Na nich!

RICO: Codziennie się przygotowywaliśmy. Mamy przećwiczone wszystkie numery i wymyślonych kilka nowych. Jesteśmy gotowi, Coco.

COCO: Mów za siebie. Ja się nie czuję gotowa. Zobacz jak ja wyglądam? Niepomalowana, nieubrana, nieuczesana. Jak ja się mam pokazać ludziom?!

RICO: Nie skupiaj się tak na sobie. Poza tym wyglądasz świetnie. (po chwili) Widać ich!

COCO: O nie. Tylko nie to. Niech oni pójdą sobie gdzie indziej.

Słychać zbliżający się tłum, przemieszane głosy, trąby, werble. Im bliżej, tym bardziej przypomina to muzykę marszową graną przez dużą orkiestrę dętą.

RICO: Tra tatatatata tra tatatatataaata. Pięknie grają!

COCO: Ja idę.

RICO: Dokąd?

COCO: Nie wiem. Gdzieś to przeczekam.

RICO: Coco! Oni wracają! Czekaliśmy na to tak długo! Oni też czekali! Cieszmy się z nimi!

COCO: Kiedy jakoś nie mogę.

RICO: To trema. Wkrótce ci przejdzie.

COCO: Nie, to nie trema. Ja po prostu nie chcę się z nimi spotykać. Na pewno nie dziś i nie wiem, czy w ogóle chcę.

RICO: Jak to? Przecież tyle ćwiczyliśmy…

COCO: No i co z tego? Ja już nie chcę, słyszysz? Nie chcę więcej występować, popisywać się, czekać na oklaski, płaszczyć się przed nimi, robić z siebie ostatniego kretyna.

RICO: Nie bój się, będę z tobą, tak jak zawsze. Coco i Rico, niezrównany, niezwykły i niezwyciężony duet.

COCO: To koniec, Rico.

RICO: Co?

COCO: Dziś to do mnie doszło. Kończę z tym.

Pochód z orkiestrą zbliża się do cyrku. Ktoś krzyczy przez megafon.

GŁOS: Proszę państwa, to właśnie dziś! Dziś nastąpi coś, co nie śniło się nawet filozofom, coś czego nie widziały nawet oczy duszy! Canetti, wielki mistrz magii, powróci!!!

Aplauz, oklaski, gwizdy, okrzyki.

RICO: Słyszałaś?

COCO: Ja chyba śnię. To nie może być prawda.

GŁOS: Tam! Właśnie tam, wysoko na niebie, gdzie teraz migocze idealna pustka, za moment powinien pojawić się sam on! Canetti, który przed wieloma laty w tym właśnie miejscu dokonał niemożliwego. Zniknął! Ach jak on wspaniale i nieodwołalnie zniknął! Ale dziś, już za chwilę, już za momencik jego nieodwołalne zniknięcie zostanie odwołane! Bo dla Canettiego nie ma rzeczy niemożliwych!

COCO: To jakiś hochsztapler. Oszust. Mitoman.

RICO: Właśnie. Cały on. Stary idiota Canetti.

GŁOS: Czy ja śnię? Szczypię się – nie śnię! To się naprawdę dzieje! Niebo otwiera się i w maleńkiej dziurce w niebie ukazuje się jeszcze mniejsza główka mistrza Canettiego! Jest tak mały, że właściwie niewidoczny. Ale z każdą chwilą będzie większy. Podnieście wysoko głowy i patrzcie na ten cud!

Szmery, wiwaty, gwizdy.

RICO: Jest!

GŁOS: Jest! Jest!

LUDZIE: Jest!

GŁOS: Dodajmy mu otuchy! (skanduje) Canetti! Canetti! Canetti!

Ludzie mu wtórują, skandując „Canetti”.

RICO: Ale jaja! On naprawdę wraca! Canetti! Canetti! Canetti!

COCO: Jak możesz brać w tym udział, Rico?

RICO: Bawi mnie to! Już dawno nie czułem się tak dobrze!

COCO: Więc baw się beze mnie!

GŁOS: Canetti jest coraz bliżej! Już widać jego wspaniałe czarne wąsy i wspaniały czarny cylinder, pod którym kryje się niejedna niespodzianka! Już za chwilę, już za momencik mistrz magii znowu będzie z nami! Zróbcie kółeczko, żeby bezpiecznie wylądował!

Ludzie rozstępują się, tratując jedni drugich. Krzyki, płacz.

GŁOS: Tylko spokojnie kochani! Bez paniki! Zróbcie mu miejsce, na miłość Boską!

RICO: Zobacz, Coco, on ląduje! Coco! Nie odchodź!

COCO: Możesz iść ze mną, Rico!

RICO: Kiedy właśnie…

GŁOS: Proszę o spokój, bo będę musiał wezwać siły porządkowe! Mistrz Canetti za chwilę dotknie ziemi. Jeszcze kilka sekund. Dziesięć… dziewięć… osiem… siedem…

RICO (przekrzykując krzyk tłumów): Coco, gdzie jesteś?!

GŁOS: Sześć… pięć… cztery…

COCO: Rico! Tutaj!

RICO: Zaczekaj!

GŁOS: Trzy… Proszę się rozstąpić! Dwa… Rozstąpić się do cholery!!! Jeden…

Canetti ląduje na ziemi. Tłum rzuca się na niego. Wielka wrzawa, ktoś wyrywa megafon prowadzącemu i teraz słychać już tylko dziki tłum.

Coco i Rico uciekają.

RICO (zdyszany): Miałaś rację, Coco…

COCO: Ty też miałeś rację, Rico. To było nic, kukła wypchana pakułami…

RICO: Poszukamy sobie czegoś innego…

COCO: Czegoś jeszcze piękniejszego!

RICO: Och, Coco!

COCO: Och, Rico!

Biegną w stronę zachodzącego słońca, trzymając się za ręce.

KONIEC CZĘŚCI DWUDZIESTEJ, OSTATNIEJ