Mirosław Konieczny, Dharmaradża zewnętrznej sfery
motto: Tak daleko – tak blisko
Przedmowa
Wiele jest na tym świecie rzeczy, o których można by przypuszczać, że nie mogą się zdarzyć nawet we śnie, a które zdarzają się co dzień. Cóż to za sprawy, o których nic nie wiemy i które są tak powszechne. Otóż są nimi przeżycia ludzi chorych psychicznie, odbierających świat nieraz w bardzo wypaczony sposób, a przy tym bardzo koherentny z rzeczywistością wszystkich innych na całym świecie. To dlatego na szpital im. Babińskiego mówi się Huston, że to właśnie tam trafiają wszyscy nasi kosmici, Napoleonowie czy Buddowie krakowscy. Prędzej czy później jednostki ponadprzeciętnie wrażliwe muszą tam trafić w stanie czy to delikatnego rozchwiania emocjonalnego (jak na przykład ś.p. cyklofrenik Grechuta), czy też potężnej paranoi zwanej schizofrenią. To, co ma na to wpływ niebagatelny, to skłonności genetycznie dziedziczone po rodzicach, a w szczególności dziadkach, różnorakie traumy z dzieciństwa (jak na przykład rozpad małżeństwa rodziców), nadużywanie różnorakich używek (szczególnie tych z rodzaju halucynogenów) takich jak np. LSD – Lysergid Saured Diethylamid – pochodnej kwasu Lizergowego, znajdującego się w pasożytniczym grzybie zbóż – sporyszu, dimetylotryptaminy – DMT – nazywanej -„śniadaniem milionerów” z racji tego, że wyjątkowo intensywne i przyjemne doznania halucynacyjne trwają ok. pół godziny – akurat tyle, co dojazd limuzyną do pracy, PCP – anielskiego pyłu, który swą nazwę wywodzi od niezwykłych stanów unoszenia, STP – sérénité – tranquilité – paix (cisza spokój i pokój) – najsilniejszego halucynogenu przenikającego przez skórę, który gitarzysta Jimi Hendrix nosił stale na czole, pod swoją nieodłączną bandaną, meskaliny – otrzymywanej z amerykańskiego kaktusa Lophophora williamsii, czyli popularnego pejotla, psylocybiny i indocybiny – zawartych w pospolitych na całym świecie grzybach z rodzaju Psilocybe czy szczególnie powszechnych jak marihuany, czy też rozpuszczalników nitro lub poczciwego butaprenu. Nie jest też do pominięcia wpływ roku urodzenia, bo na przykład urodzeni w chińskim roku smoka, a w szczególności powietrzno–drewnianej jego odmianie (np. 1964) są statystycznie najpowszechniejszymi pacjentami w placówkach leczenia osób nerwowo i psychicznie chorych. Wynika to stąd, że ludzie urodzeni w tych latach są według astrologii chińskiej przeznaczeni do wielkich czynów, a jeżeli środowisko nie sprzyja rozwinięciu przez nich skrzydeł, to tłumiony mesjanizm prowadzi prosto ku frustracji i załamaniom nerwowym. Tak też było i w moim przypadku. Jako że odpowiadam wszystkim podanym wyżej kryteriom, mój pobyt w szpitalu dla wariatów był tylko kwestią czasu. W poniższym wycinku mojej biografii przytoczę jedynie fragment z mojego pierwszego epizodu chorobowego, kiedy to pierwszy raz wylądowałem w piekle – tak daleko od nieba i tak blisko jego dna.
Uprowadzenie
Gdy dwóch pielęgniarzy oderwało mnie w końcu od mojej dziewczyny i od poręczy na mojej klatce schodowej, gdzie właśnie zabijałem demony, na ręce pozostał mi znak – trzy nacięcia broczące krwią. Pokazałem je mojemu ojcu – w którego przytomności odbywała się cała szarpanina – aby zobaczył, że trzeci stopień oświecenia Bodhisattwy osiągnąłem metodą kadampa, czyli w jednym wcieleniu. Potem dwie na biało ubrane istoty założyły mi kaftan bezpieczeństwa, taki jaki widziałem na filmach i wyprowadziły mnie na zewnątrz. Za bramą klatki zauważyłem, że wysłannicy piekła nie przylecieli po mnie helikopterem, jak to było w mojej wizji, lecz przyjechali po mnie zdezelowanym fiatem 125p. Byłem zdegustowany tym faktem i od razu wyczułem, że coś tu nie gra. Jak mogą mnie zawieźć do prezydenta Busha takim rozklekotanym wozem. Mnie?! Pana świata! Do którego na naukę zgłaszały się nawet największe komputery, z najodleglejszych galaktyk wszechświata. Tak więc, musi, co przegrałem całą dotychczasową walkę, mój Armagedon. Zło okazało się silniejsze, podobnie jak na polu Kuru – ksestre Kere – ksestre, trzy i pół tysiąca lat temu, gdzie siły Księżyca, pod wodzą bogini Kali pokonały siły Słońca i rozpoczęła się era Kalijugi, czyli czarnej epoki. Gdy przywiązywali mnie do noszy i wtaszczali mnie do środka przestałem się nawet szamotać. A więc przegrałem – cóż, trudno, zawiozą mnie teraz do piekła. Gdy mknęliśmy przez wyludnione późną porą ulice Krakowa, pocieszała mnie jedynie legenda o tym, jak to diabeł brał do piekła Żyda. Żyd przytaszczył taczki i mówi diabłu: ”Dobra, bierz mnie na te taczki”, ale diabeł wyczuł, że i jego chce Żyd oszwabić i mówi Żydowi tak: ”O nie mój ty kochanieńki, to ja siadam w taczki, a ty będziesz mnie wiózł do samego piekła”. I w ten to sposób nasz katolicki, swojski diabeł Żyda przechytrzył. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie ta baśń ludu naszego, który brał przez wieki w dupę od Żydów karczmarzy i lichwiarzy, a w ten sposób odreagowywał doznane upokorzenia, kołatała mi się w głowie przez całą drogę do piekła. Na szczęście to nie ja musiałem pchać ten wóz poprzez zaspy i zadymki śnieżne. Na miejscu wysadzono mnie z samochodu i zaniesiono na jakąś ciemną salę, gdzie moi oprawcy odwiązali mnie od noszy, zdjęli kaftan, po czym jacyś nowi siepacze położyli mnie na żelaznym łóżku i skrępowali mnie pasami, przywiązując mnie do jego ramy.
Pierwszy kontakt
„Nawet nie męczą tak strasznie, jak to powiadali w kościele” – zdążyłem pomyśleć, gdy do mojego łóżka zaczął zbliżać się któryś z pracowników piekła. Bałem się, że weźmie mnie na tortury i zacząłem pluć w jego stronę. Onże podszedł do mego madejowego łoża i chwyciwszy ze wszystkich sił pasy mocujące moje stopy, naciągał je i zawiązał w tym położeniu, po czym cały czas unikając mej śliny, zaszedł mnie od strony głowy i naciągał z całym sadystycznym zacięciem pas, który krępował moją górną część ciała, przechodzący pod moimi pachami. Oprawca zaparł się nogami o ramę i napiął sznur z całych sił. Aż zawyłem z bólu, gdy pasy wżarły mi się w stopy i pachy. -Zdejm mi te okropne narzędzia tortur – zakwiliłem z bólu, ale diabeł, który mnie tak urządził, jedynie zaśmiał się szyderczo i machnął w powietrzu ręką. ”No to mam za swoje” – pomyślałem, usiłując stępić w sobie ten przeraźliwy ból, jaki docierał do mojej głowy z bolących miejsc. „Może mnie tak trochę na wstępie zmiękczą, a potem poluzują” – pocieszałem się wewnętrznie, ale ból stawał się nie do zniesienia. I trwał, trwał w nieskończoność. Był tak wyważony, że nie mogłem ani o nim zapomnieć, ani stracić przytomności. Całą noc trwałem w tym strasznym stanie. Czułem, jak pasy wżerają mi się w mięśnie i krają me ciało do kości, i jak na poduszce pojawia się plama mojej lepkiej i ciepłej krwi. Kiedyż wzejdzie tu słońce, a może ten mrok będzie trwał wiecznie i może będę już trwał przykuty do tego łoża boleści na wieki wieków. Na szczęście po wielu godzinach konania świt nadszedł. W sali, gdzie się znajdowałem, zobaczyłem kilkunastu cierpiętników, którzy poczynali krzątać się dokoła. ”Dobrze, że nie jestem tu sam, jeszcze by brakowało, żebym cierpiał samotnie bez żadnego sensu. W kupie zawsze raźniej” – pomyślałem sobie i zrobiło mi się lepiej na duchu. Zauważyłem. że wszyscy na sali to mężczyźni o ponurym wyglądzie, jakby mnie unikający. Po kilku godzinach na sali zjawiła się grupka jakby aniołów – ubrana na biało czereda kobiet skupiona wokół jakiegoś mężczyzny. Kiedy podeszli do mnie tenże mężczyzna zbliżył się do mnie i zapytał:
– Jak się czujemy? – Nie za dobrze, panie Boże – odparłem na to ja.
W tym momencie zauważył plamy krwi na poduszce i na prześcieradle w okolicy kostek.
– Co to jest? – zapytał. – A to moja pokuta – odparłem. – Proszę to natychmiast zdjąć – polecił.
– Dziękuję – rzuciłem za nim, gdy odchodził.
A więc to musi być tak, że ci w białych fartuchach to są te dobre czarty, a ci w pidżamach i w innych ubraniach te złe. „Najwyraźniej nie trafiłem na samo dno piekieł” – dumałem sobie. Wreszcie nadszedł jeden z pomniejszych diabłów, od brudnej roboty – bo musiała tu jednak być jakaś hierarchia – i rozwiązał moje sznury. Poczułem wielką ulgę, dotknąłem ran pod pachami – były głębokie aż do kości. Potem tenże pracownik piekieł zwinął zakrwawione pasy i zabrał je razem z obficie zroszonymi moją posoką prześcieradłem i poduszką, i wrócił po chwili z nowymi. Prześcielił mi łóżko i kazał mi się położyć na nowo. Po jakimś czasie do naszej sali więziennej wrócili pozostali pensjonariusze tego podziemnego kurortu. Nagle do sali weszła moja mama. Wyglądała tak jak ją sobie zapamiętałem w dzieciństwie: promienna, z włosami upiętymi w fantazyjne halo a’ la lata sześćdziesiąte. Tak więc stanęła przy ramie mojego łóżka, otworzyła wielką księgę – tajemną księgę piekielną nazwisk i zaczęła wyczytywać nazwiska kolejnych nieszczęśników, którzy podchodzili pokornie do niej, a jej pomocnica robiła im zastrzyki w tyłek. W lot pojąłem, kim są owi nieszczęśnicy, przez wieczność pokutujący za swoje czyny na Ziemi. Otóż byli to zbrodniarze hitlerowscy, którzy zabijali więźniów zastrzykami z fenolu. „Ale co ja miałem z nimi wspólnego?” – zastanawiałem się. Żeby za te chwilę ćpania od razu wysyłać mnie na samo dno Infernum. Tu musiała zajść jakaś pomyłka. I wtedy rozpłakałem się rzęsiście. Gdy wszyscy dostali swoje zastrzyki, mama zatrzasnęła z hukiem ogromną tajemniczą księgę przeznaczeń i wyszła ze swoim orszakiem z sali. Spojrzałem za okno: na czarne gałęzie drzew zaczął właśnie padać śnieg. Było to zjawisko przygnębiające, ale kontrast z niepokojem na mojej sali działał kojąco. Zapadłem w sen. Spałem chyba długo i obudził mnie stukot metalu. Jak się zorientowałem, był to odgłos szczękających o metalowe miski łyżek. Usiadłem na łóżku i zobaczyłem, jak pozostali więźniowie mojego pokoju jedzą „nic”. Mnie też dali porcję niczego. Nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić, więc odstawiłem próżną menażkę i znowu się rozryczałem. Wiedziałem, że już przez wieczność nie będę niczego jadł. Umarli nie potrzebują pokarmu, a jedynie zgromadzonej „karmy” – znaczy to, że odpowiedni myślokształt trwa po zgonie przez czas krótszy lub dłuższy, po pewnym zaś czasie warunki fizyczne w tym pseudoświecie podlegają rozpadowi, zaczynają szwankować, aż do całkowitego wygaśnięcia. To właśnie teoria Paracelsusa jest dla mnie najbliższa prawdy, gdy mówimy o zaświatach. ”Zaczyna się” – pomyślałem. W zaświatach nie je się nic, a wszystko kręci się wokół „ubika” – czyli preparatu sił witalnych opisanych przez Philipa K. Dicka w książce pod tym tytułem. Tak więc to tutaj je się śnieg. Przypomniałem sobie przyjaciół, którzy zostali na ziemi. –Jacku, Aniu, chodźcie tu do mnie – zaszlochałem na głos.
I nagle usłyszałem ich głos:
– Już idziemy.
– Chodźcie, szybciej – prosiłem, zalewając się łzami.
I gdy tak leżałem i płakałem, weszła znowu moja matka z jakąś drugą, ubraną na biało kobietą.
– On jest bardzo płaczliwy – powiedziała moja mama do tej drugiej.
– To jest narkoman ? – zapytała ta druga.
– Tak.
– No to trzeba mu podać głupiego Jasia – stwierdziła ta druga, po czym obie wyszły, a za chwilę moja mama wróciła ze strzykawką – piątką z czterema centymetrami przeźroczystego roztworu.
– Gdzie mogę ci się wkłuć? – zapytała, pochylając się nade mną.
– O, najlepiej to będzie tu – wskazałem miejsce na żyle lewej ręki.
Wkłuła się elegancko i zaczęła podawać. W miarę jak to robiła, moje jestestwo wypełniała fala błogości i zadowolenia, a wszystkie mięśnie poczęły mnie łaskotać. Gdy wyjmowała igłę, zacząłem się śmiać. Dosłownie wyłem ze śmiechu. Było mi tak wesoło, jak jeszcze nigdy po żadnej trawie mi nie było. Zarykiwałem się tak z dobre pół godziny – bez powodu – zupełnie jak po podtlenku azotu, czyli po gazie rozweselającym. Śmiałem się jeszcze z godzinę, może dłużej, aż w końcu otarłem łzy i zasnąłem. Obudziłem się w środku nocy i zobaczyłem na łóżku obok siedzącego człowieka, który miał wydatną narośl na czole, w miejscu, gdzie przedstawiani na tankach w ikonografii buddyjskiej Oświeceni mają zwykle trzecie oko. Przestraszyłem się bardzo tej zdeformowanej twarzy. Pomyślałem, że to może skutek nadmiernej ilości medytacji i szybko złapałem się za czoło. Na szczęście nie wykryłem u siebie podobnej bulwy, a muszę tu nadmienić, że jeśli chodzi o moją praktykę, to ostatnie kilka lat przykładałem się bardzo solidnie i taki efekt wcale by mnie nie zdziwił. Nagle dotarło do mnie, że jestem w piekle Asurów – bogów wojujących, i że tylko unikając walki, doprowadzę do tego, że nikt nie będzie miał wpływu na mnie i nie zrobi mi krzywdy. Postanowiłem nie reagować na żadne bodźce z otaczającego świata. Leżałem więc nieruchomo, czekając na świt. Po kilku godzinach wszyscy wstali i zabrali się do swoich codziennych zajęć: a to do palenia papierosów, a to znowuż do pogwarek. O ósmej przyjechało śniadanie. Około dziesiątej odbyło się rutynowe wstrzykiwanie fenolu, a zaraz po tym przyszła ekipa ubranych na biało wysłanników Boga czy też Szatana. Tym razem stanęli wszyscy nade mną i próbowali mnie obudzić. Ale ja, w wielkim lęku przed okropną rzeczywistością, nie zdradzałem nawet najdrobniejszym drgnieniem powieki tego, że jestem przytomny. Nie pomogło nawet polewanie wodą czy szarpanie i bicie po twarzy.
Szósty krąg Piekieł
– Katatonia – zawyrokował ten najważniejszy, farbowany na biało diabeł. – I tak mieliśmy wysłać go do Wasieczki na 6A, to załatwcie transport za jakąś godzinę – stwierdził i poszli dalej. Po godzinie jacyś szatańscy pomagierzy przerzucili mnie na nosze, po czym znieśli mnie schodami w dół, a potem na jakichś taczkach powieźli mnie przez zmrożone powietrze przedpołudnia. Niezbyt długo trwała nasza podróż, bo po chwili jacyś inni diabli wzięli mnie i zanieśli po schodach na – jak zdążyłem się rozeznać – pierwsze piętro, a potem korytarzem w prawo i na koniec, po otwarciu zamka, do jakiegoś piekielnego przybytku cierpienia. Pełne wrzasku i jazgotu pomieszczenie było dosyć duże i wypełnione grzesznikami. Moi opiekunowie wnieśli mnie do jakiejś salki, do której drzwi prowadziły bezpośrednio z dużej. Tamże przełożono mnie na wyrko i na chwilę pozostawiono w spokoju. Po kilku minutach zjawiło się diabelskie konsylium, które po kilku próbach obudzenia mnie zrezygnowało i usłyszałem, jak jeden z konsyliantów zaordynował: – Trzy setki fenactilu, karboksylaza i witaminy.
Jakaś ręka z wprawą wbiła mi w dupę igłę i mój pośladek zaczął nabrzmiewać i pulsować bólem do tego stopnia, że nie mogąc wytrzymać narastającego bólu, wydałem z piersi przeciągły jęk.
– No, na karboksylazę i witaminę A nie ma mocnych – ucieszył się jeden ze stojących wokół łóżka „białych” diabłów.
– Co, ja też będę przeżywał te katusze fenolu? Przecież nikogo nie zabiłem na ziemi.
– Po pierwsze nie fenolu, a fenactilu, a poza tym, to prawda, że nikogo nie zabiłeś, bo w przeciwnym razie byłbyś nadal tkwił na 2B.
– A co to jest 2B? – zapytałem zbity z tropu.
– 2B to sądówka – przywieźli cię w takim stanie szału, że musieli sprawdzić, czy nie narozrabiałeś gdzieś po drodze – powiedział ten – jak się mogłem zorientować – najważniejszy, żwawy, pucułowaty diablisko. Jak w mordę strzelił, wypisz, wymaluj Belzebub.
– Ło, Jezu. Ale mnie napierdala ta noga – jęknąłem próbując rozmasować kończynę, która zdrętwiała mi zupełnie od palców, aż do samych pleców.
– Zawsze takim miłym akcentem witamy naszych nowych pacjentów – ukłonił się z lekka, uśmiechając się szelmowsko Belzebub.
– Chyba pensjonariuszy? Tutaj w piekle… – zacząłem, ale przerwał mi swoim śmiechem i wyszedł.
Rozglądnąłem się po pokoju. Była to niewielka klitka z dwoma łóżkami. Na jednym z nich leżałem ja, a na drugim jakieś potworne diabliszczę, o płonących wewnętrznym żarem oczach.
– Kto ty jesteś? – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
– Ja? Jestem Buddą – przedstawiłem się skromnie. – A ty kim jesteś?
– Ja jestem twoim najgorszym koszmarem – zaskowytał. – Bierz – powiedział do mnie jak do psa i rzucił pod moje łóżko garść cukierków.
– A chętnie się poczęstuję – odrzekłem i wszedłem pod wyrko pozbierać słodycze.
– A teraz szczekaj jak pies! – rozkazał.
– Bardzo chętnie. Hau! Hau! Świetna zabawa – powiedziałem do niego siadłszy na łóżku i posilając się cukierkami stwierdziłem:
– Oj, czuję, że będzie nam tu dobrze razem, przez całą wieczność. Mirek jestem – wyciągnąłem do niego rękę.
Gość osłupiał na takie moje dictum, aż (jak to mówią) szelmowski uśmieszek, który błąkał się mu w kącikach ust, zgasł jak zdmuchnięty płomyk świecy. Przycisnął ręce do ciała i zawył z cicha jak wilk.
– Wypierdalaj – krzyknął na mnie i wskazał na drzwi.
Oczywiście i tak miałem zamiar sprawdzić, co to za harmider stamtąd dochodzi. Zeskoczyłem więc z łóżka i otwarłem drzwi na oścież. To, co tam zobaczyłem, nie przypominało tego, które odmalował w swoich wizjach Bosch, ale z pewnością było nim. Piekło.
– A wiec to tak wygląda to słynne Infernum – gwizdnąłem z uznaniem. -Jestem pod wrażeniem – powiedziałem sam do siebie. Sceneria była absolutnie comme il faut z moimi przeczuciami. W przestrzeni dużej sali zgromadzonych było kilkudziesięciu cierpiętników, którzy ubrani w pidżamy, z narzuconymi na nie szlafrokami, chodzili to tu, to tam, od ściany, do ściany lub też leżeli na podłodze z klepki. Niektórzy byli przywiązani do grzejników, pod zakratowanymi oknami. W twarzach, szarych i nierozróżnialnych na pierwszy raz, czaił się jakiś dziwny grymas nierozpoznawalnych na pierwszy rzut oka emocji. A przy tym wszyscy przez cały czas gadali – to do siebie, to między sobą, co w połączeniu z puszczonymi na cały regulator telewizorem pod jedną ze ścian i radiem na przeciwległej ścianie, wywoływało nieznośną dla ucha kakofonię. -No i mam niespodziankę. Takiego piekła można się było przecież spodziewać. Nie jakieś tam kotły z rozpaloną smołą, ale właśnie tak powinien wyglądać Tartar na miarę XX wieku – mruczałem sobie pod nosem. „No i pięknie” – pomyślałem. – ”Dobrze, że są tu przynajmniej fajki” – kontynuowałem wewnętrzny monolog. – ”Człowiek nie gadzina, do wszystkiego się przyzwyczai”. Ruszyłem w poprzek Sali, odprowadzany ciekawskimi spojrzeniami współtowarzyszy niedoli. Podszedłem do ogromnego okna i wyjrzałem przez nie. Świat, który zobaczyłem, to jakiś ponury ogród ze starymi drzewami przykrytymi grubą warstwą śniegu. Wokół, gdzie nie spojrzeć, tylko biel i biel. „Zupełnie jak w ‘Bardo Thos Grol’ – ‘Tybetańskiej Księdze Umarłych’: „Gdy ukaże ci się czarny dom lub czerwony dom, lub mroczny wykop, lub mroczny park – zawracaj, bo to znak, że demony zmawiają się na ciebie, pchając cię do piekła. Wtedy zawracaj. Cofnij się i nie wstępuj tam, bo czeka cię wieczne cierpienie i męka” – zacytowałem z pamięci odpowiedni ustęp księgi. Znałem ją prawie na pamięć, gdyż czytałem ją po wielokroć wszystkim zmarłym z mojej rodziny i innym znanym ludziom, którym chciałem pomóc w ich drodze w zaświatach. „Monotonia, ale piękna. No ba, przecież do piekła trafia wielu artystów za hulaszczy tryb życia i co jak co, ale plastyka piekła jest bez zarzutu. Ponure, a jednak wzniosłe obrazy za oknem pozwalają na refleksję nad swoim przegranym życiem i wywołują tęsknotę za rajem utraconym – bezpowrotnie. No, a już podchodząc do sprawy trywialnie, to jednak mieli rację ci, którzy twierdzili, że w piekle jest mróz raczej niż ukrop. Ale to zapewne zależy od grzesznika. Chyba nie jestem taki najgorszy, skoro przebywam w tak komfortowych warunkach, bo kaloryfery są aż gorące” – stwierdziłem, dotykając metalowych żeberek. Na tę porę refleksji rozwarły się, przy akompaniamencie przeraźliwego chrobotu klucza, wierzeje i do środka wkroczyło jakieś „półdiablę weneckie” pod postacią pięknej dziewoi w błękitnym fartuchu, rozejrzało się po komnacie i zawołało słodkim głosikiem:
– Konieczny!
Natenczas odwróciłem się od okna i krzyknąłem w jej kierunku:
– Jestem!
– No to chodź do swojej sali. Przebierzesz się. – skinęła zachęcająco w moją stronę trzymanymi w rękach szmatami.
Gdy znaleźliśmy się w moim pokoiku, położyła na moim łóżku pidżamę w jasne prążki i czerwony szlafrok i skinęła zachęcająco, więc bez zbędnego gadania przedzierzgnąłem się w ofiarowane mi rzeczy, zdjąwszy przedtem, założone tuż przed chwilą: swoją brązową skórę, gruby sweter, pomalowany w tęczowe odśrodkowe barwy podkoszulek i czerwone spodnie wojskowe, od moro. Wojskowe buty zamieniłem na pantofle i było po krzyku. Potem połknąłem jakieś tabletki i popiłem wodą z kranu, i cud-diablica miała już zniknąć za wielkimi odrzwiami, gdy wiedziony ciekawością zapytałem ją:
– A który to za przeproszeniem krąg piekieł, w którym przyszło mi spędzać wieczność, po mym grzesznym żywocie? -A to jest 6A – odparła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Wtedy to dopiero w oczy rzucił mi się fresk uczyniony z pęknięć farby na ich deskach. Przedstawione tam było dzieło podobne do Sądu Ostatecznego Memlinga z Gdańska, tyle że postaci były o wiele bardziej ekspresyjne i cała scena z rozdzielania grzeszników od bogobojnych była bardziej impresjonistycznie ujęta. Podziwiałem to cudo długo i uważnie, gdy nagle ktoś odkluczył drzwi i na salę wdarł się desant kolejnych piekielników, płci obojga, ubranych w białe chałaty, taszczących ze sobą gary z parującą zawartością.
– Obiad – krzyknęli, na co wszyscy grzesznicy rzucili się w kąt sali i jęli rozstawiać po pomieszczeniu stoły i krzesła tam się znajdujące. Poczułem dopiero teraz, wraz z zapachem dobywającym się z kotłów, jaki jestem głodny. Od ostatniego posiłku, jaki spożyłem jeszcze za życia, na ziemi, minęło już ze dwa dni, a że w piekle się jest, by cierpieć – rozumowałem, więc odczucie głodu musi być jednym z tych, które służą ku pognębieniu przebywających tam nieszczęśników. Tak więc po tej refleksji stanąłem w kolejce do zupy jak i wszyscy inni. Była jakaś z rodziny ogonowych. Bardzo gorąca i bardzo smaczna, jak okazało się w trakcie jej spożywania. Tak samo i bigos, który pałaszowałem z wielkim apetytem. Siedzący przy moim stoliku goście nadawaliby się do galerii najbardziej pokręconych freeków bez charakteryzacji. Jeden z nich, jak się później okazało Serge – łysawy do połowy głowy, uśmiechnięty bez przerwy i trzymający na przegubie torbę foliową, zdradzał objawy rozpadu funkcji, gdyż cały czas mówił do siebie i do drugiego klienta, Zenka, wyglądającego jak duże dziecko. Onże Zenek kładł mu i mi swoją drobną rękę na ramionach i uśmiechał się szczerze, wpatrując się nam prosto w dusze swoimi szeroko rozstawionymi, a więc sugerującymi wysoką inteligencję, chabrowymi, jakby z lekka rozmytymi oczyma dziecka. W końcu zapytał:
– Jak masz na imię?
– Mirek – odpowiedziałem mu po prawdzie.
– A Mirek. Mireczek. Bardzo cię lubię – stwierdził miłym głosem, po czym pogłaskał mnie po twarzy i otarł cieknącą mu z buzi, po brodzie i dalej do talerza cienką stróżkę śliny. Rozglądając się po twarzach obecnych w naszym kręgu piekielnym pacjentów, zdążyłem zauważać u wielu z nich podobnie cieknącą ślinową ścieżkę. ”Pewne tu taka moda” -wytłumaczyłem sobie to zjawisko i przeszedłem nad nim do porządku, podobnie jak i do innej ciekawostki – że byli tu jedynie sami faceci. Żadnych kobiet. Pewnie to taka specyfika szóstego kręgu piekieł, że tak źli jak my, to mogą być jedynie faceci. Choć z drugiej strony to nikt nie wyglądał mi na typowego Złego. No może ten trzeci facet, który siedział naprzeciwko mnie, z sardoniczno-sarkastycznym uśmieszkiem i który spoglądał na mnie co jakiś czas znad swojego talerza.
– Skąd jesteś? – zapytał mnie Zenek.
– Z Krakowa. To takie miasto w Polsce – odparłem.
– No jasne. Ale z jakiej ulicy? – indagował dalej.
-Z Pilotów.
– A to wiem – ucieszył się. – To w Śródmieściu, między Hutą a Krakowem, przed Ugorkiem. Mam plan Krakowa, a w zasadzie to trzy plany
– Zapewne jak Telimena: „w biorku” – zażartowałem, ale nie kąsał bryły i puścił moją dygresję mimo.- A ty skąd się tu znalazłeś?
– Z Żegociny.
– A wiem, wiem, to w powiecie bocheńskim – pochwaliłem się znajomością geografii okolic.
– No to jesteśmy krajanami z Małopolski – ucieszył się Serge.
– Amen – zakończył ten trzeci, który do tej pory się nie odzywał.
– Za Polskę i Małopolskę -wzniósł toast i wszyscy wznieśliśmy kubki z kompotem z suszu jabłkowego i wypiliśmy do dna.
-Jeszcze Polska nie zginęła, póki bigos jemy! – dorzuciłem ku pokrzepieniu serc i tym miłym akcentem zakończyliśmy obiad. Diabelscy pomagierzy w fartuchach wynieśli gary, my – więźniowie poskładaliśmy stoły i krzesła na powrót, na stertę pod ścianą i tu okazało się, że nie koniec południowych atrakcji, bo na salę wtoczyły się te w niebieskich i zaczęły wyczytywać po nazwisku, i każdemu dawały po przygarści jakichś tabletek. Gdy i ja popijałem wodą sporą ich kupkę, przyszła kolej na znajomego od stolika, który zaśmiał się w nos obsługującej nas dziewczynie i powiedział:
– Nie, ja nie będę zażywał tych tak zwanych leków – i podrzucił je w górę. Kiedy spadły na nas jak deszcz, dziewczyna powiedziała ze spokojem w głosie:
– No to będzie zastrzyk, panie Bąk.
– A ja sram na wasze zastrzyki i tak w ogóle, to chce stąd wyjść! – krzyknął na całe gardło.
– Niech się pan uspokoi, bo zaraz zawołam grupę i będzie kaftan – zagroziła nieco wkurzona.
– A wali mi to – odkrzyknął – poczem wyszedł przez niezamknięte drzwi z sali i resztę rozdawanej trucizny wszyscy połykali już bez niepotrzebnego oporu. Nagle na sali zrobiło się pusto. Wszyscy rozeszli się do swoich sal, które znajdowały się za drzwiami, po stronie ściany z radiem, inne zaś w korytarzu za drzwiami z freskiem. Nareszcie i ja mogłem się odlać w normalnym kiblu, a nie do kaczki, jak do tej pory. Potem wróciłem na opustoszałą sale główną, powyciągałem wtyczki od radia i telewizora i w tej ciszy tak ucho natężałem ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy, ale nikt nie wołał. Wszedłem na swoją salę i zastanowiłem się, dlaczego mam taki przywilej, że leżę w dwuosobowym pokoju, a wszyscy inni na dziesięcioosobowych salach. Ale doszedłem do wniosku, że to z powodu mojego oświecenia, którego doznałem na ziemi. Bo, jak dawało się zauważyć, przeszedłem w zaświaty w ciele żywym, tak samo jak i indyjscy Mahasiddhowie, z tą jednakowoż różnicą, że oni przechodzili pod koniec swojego życia do Raju Dakinii (często z wieloma uczniami), a ja przeszedłem do piekła i to w dodatku sam. Ale w tej sytuacji, jaka nastąpiła, nie miałem nic przeciwko temu, aby być wyróżnionym. Tylko ten współlokator był jakiś dziwny. Patrzył na mnie tak intensywnie nienawistnym wzrokiem, że gdyby mógł nim zabijać, to nie zostałyby ze mnie nawet strzępy czy kupka popiołu. -Mówiłem ci, żebyś stąd wypierdalał – wyartykułował przez zaciśnięte zęby na powitanie.
– O co to, to nie, co za dużo, to niezdrowo. Jeśli mamy tu koegzystować przez wieczność, to musimy ustalić pewne zasady, otóż ja się nie wyniosę stąd, a jedyne co możesz zrobić, to wynieść się sam, jeśli ci przeszkadzam. Droga wolna.
Na te słowa aż podskoczył na swoim wyrku. Przyjąłem więc postawę bokserską, gotów czynem poprzeć swoje roszczenia do zajmowanej przeze mnie powierzchni mieszkaniowej. On rzucił się w moją stronę, wypadł ze swojego łóżka na podłogę i rymnął wprost na ziemię. Teraz mogłem dopiero zobaczyć to, że nie miał jednej nogi, a jedynie kikut sterczący mu poniżej kolana. Natychmiast rzuciłem się pomagać mu w powrocie na wyrko, ale gdy tylko posadziłem go na koju, gwizdnął mnie w ucho z otwartej dłoni, tzw. liścia. Odskoczyłem gwałtownie do tyłu i zacząłem rozmasowywać skroń.
– Ej! Co ty robisz? – powiedziałem z wyrzutem. – Przecież ja ci pomagam, a ty mnie za to bijesz. Oszalałeś, czy co?
Odpowiedział mi tylko śmiech szaleńca.
– A skoro ty tak do mnie, to pierdolę ciebie i twoje kalectwo – wkurwiłem się na dobre i było to dla mnie nowe uczucie, jakiego jeszcze nie doznawałem nigdy w życiu. „Ot, czego można się o sobie dowiedzieć, nawet od takiego skurwiela jak ten tutaj” – pomyślałem, położyłem się na łóżku, odwróciłem twarzą do ściany, przykryłem cieniutkim kocem i zasnąłem. Po jakimś czasie ze snu zbudził mnie jakiś hałas. Był to ryk włączonych odbiorników, telewizyjnego i radiowego. Założyłem więc szlafrok i wyszedłem na salę główną. Zaczepiłem tam Zenka, a ten powiedział mi, że wszystkie sale, oprócz mojej, są otwierane jedynie na czas nocnego spoczynku i na godzinkę zaraz po obiedzie. A że ten czas się skończył, całość pacjentów jest zganiana z łóżek i pakowana do pomieszczenia głównego.
– I co tutaj robicie? – zapytałem go z głupia frant.
– Ano, co tylko sobie zamarzymy – odparł i powędrował dalej, w swój szaleńczy pochód przez zatłoczony wybieg.
– Co się tutaj wyprawia – chwyciłem się za głowę i wróciłem do siebie, aby położyć się na swoim wyrku. Narzuciłem sobie kocyk na głowę i próbowałem się jakoś wyciszyć, ale nie udawało mi się to. „Ja tu chyba zwariuję. I jeśli ta sytuacja ma trwać przez wieczność, to jest to z pewnością szósty krąg piekła. A wydawałoby się, że nie zasłużyłem nijak na taki niski upadek” – pomyślałem i wpadłem w stan apatii. Doczekałem w nim do zmierzchu. Gdy usłyszałem jakiś ruch i hurkot przesuwanych stołów wyszedłem na salę główną i zobaczyłem, że weszli już na salę pomagierzy diabelscy z kotłami i zaczęli wydawać posiłek. Ustawiłem się w ogonku do nich i otrzymałem na talerzyku rybkę wędzoną, dwie grube pajdy chleba i garnuszek gorącej herbaty. Podszedłem do stolika i usiadłem w tej samej konfiguracji, co poprzednio, razem z Sergem, Zenkiem i Bąkiem. Zabraliśmy się do pałaszowania darów piekieł. Zajadałem się wędzoną makrelą ze smakiem i pochwaliłem jakość posiłków serwowanych w tym przybytku męczarni słowami Grabca z Balladyny: -„…a bo tu biją, a karmią wspaniale”. Na co Bąk odpowiedział mi słowami księdza biskupa Krasickiego:-„…lepszy na wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”. -„Tyz prowda” – zacytowałem Kwiczoła z Janosika.
– No to jeszcze w dupę i można iść spać – stwierdził Bąk, gdy wszystkie te dary zniknęły w naszych trzewiach.
– Co za przeproszeniem w dupę? – zapytałem pełen niepokoju.
– Jak to co? – odpowiedział z bagatelizującą manierą w głosie. – Oczywiście, że chodzi o zastrzyki przed snem.
– O nie, tylko nie to. Cały jeden półdupek boli mnie od tego porannego zastrzyku.
– A co ci dali? – zapytał Serge.
– A mówili coś o karboksylazie i witaminach i jakimś fenactilu – powiedziałem mocno przestraszony.
– A to w porządku, to musiało boleć – uspokoił mnie trochę Bąk. – Teraz dostaniesz też mózgojeba tyle, że bezbolesnego. Sam fenactil. Musisz się zawsze orientować, co i ile ci dają, żeby nie przegięli, bo mogą z ciebie zrobić takie warzywo jak ci tam – wskazał ręką na kilku klientów kiwających się i ze wzrokiem nieobecnym, niereagujących na żadne bodźce otoczenia poza komendami „gryź’, czy „pij”, wydawanymi przez karmiące ich osoby. W pewnym momencie wszyscy wstali i zaczęli budowę, w jednym rogu, misternej sterty ze stołów i krzeseł, potem ustawili się w długi wężyk, wijący się od centrum dowodzenia znajdującego się w małej salce na korytarzu, aż do drzwi sali głównej. Na jego końcu stanąłem i ja. Gdy tak obserwowałem sobie cały proces tortur, jakim byliśmy poddawani, zauważyłem, że pomiędzy gnębionymi a ich gnębicielami wywiązała się swoista gra. Cały proces tortur przebiegał w sielskiej atmosferze, skrzącej się dowcipem i drobnymi uprzejmościami. „Otóż i syndrom helsiński” – pomyślałem i czekałem na swoją kolej. Gdy zbliżyłem się do centralnej sali tortur i zajrzałem do niej, zobaczyłem, że było to jasno oświetlone, sterylne wnętrze, z szafkami pełnymi paczek, z których wprawne ręce oprawczyń wyjmowały kolejne ampułki z przeróżnymi płynami i po zajrzeniu do tajemniczej księgi, odłamywały ich szklane końcówki, nabierały ich zawartość do różnej wielkości strzykawek, zakładały na nie sterylne igły, po czym robiły zastrzyki domięśniowe w pośladki ochoczo nadstawiane przez kolejnych aparatów. Gdy w końcu przyszła moja kolej, jedna z panienek zapytała mnie o nazwisko. Kiedy je podałem, zajrzała do wielkiej księgi przeznaczenia i wyczytała: fenactil 500 mg., haloperidol 50, po czym wzięła strzykawkę dziesiątkę, przełamała kilka ampułek i przyrządziła mi koktajl. Wreszcie zapytała, gdzie ma mi to podać. Skwapliwie obnażyłem drugi pośladek, w który mnie jeszcze nie kłuto i zaaplikowała mi całość jednym zdecydowanym pchnięciem tłoka. Poczułem się tak, jakbym nawdychał się chloroformu. Taki sam stan nabuzowania i słodkość w ustach. Wyszedłem na korytarz i nieomalże wywróciłem się. Przytrzymałem się ściany i powoli przyzwyczajając się do nowego stanu nieważkości poszedłem, z lekka zataczając się, do swojego wyrka, na które rzuciłem się i niebawem zapadłem w ciężki sen z koszmarami. Śniło mi się, że mnie wieszają. I gdy już porządnie zadyndałem na wietrze, zbudziłem się znowu w piekle.
Kolejne dni były podobne, z tym że dostawałem coraz większe dawki fenactilu i coraz bardziej upodabniałem się do pozostałych zombie na naszym piętrze. Chodziłem coraz wolniej i byłem coraz bardziej otępiały, ale najgorsze w mym stanie było to, że zaczęło mnie boleć. I to nie w jednej części ciała, ale w całym mym jestestwie. Gdy doszedłem do 1500 mg. fenactilu na dobę, gdy zastrzyki robiono mi w ten sposób, że diablica wbijała mi igłę w pośladek, wstrzykiwała jedna pompkę dwudziestkę, a później nasadzała kolejną i podawała mi ją całą, ból stał się nie do wytrzymania. I w ten sposób pompowano w mój umęczony zezwłok gigantyczne ilości chemicznego świństwa. Zaczęły się u mnie pojawiać objawy pozapiramidowe, tzn. opadała mi szczęka i zaczęła mi z ust płynąć ślina. Ból był coraz dokuczliwszy i w końcu przekonałem się, że te wszystkie opowieści o wiecznym cierpieniu w piekle to nie bujdy wyssane z palca, ale prawda i tylko prawda.
Odwiedziny
Po pewnym czasie, nie wiem jakim, bo wszystkie dni zlewały mi się w jeden niekończący się ocean bólu, gdy siedziałem sobie, kontemplując cierpienie, pod telewizorem, który ryczał mi za plecami jednym bełkotem, przyszła do mnie urodziwa pracownica piekieł i powiedziała: – Mirku, masz odwiedziny. Nie wiedziałem, co by to mogło oznaczać, ale wstałem wysiłkiem całej woli i powlokłem się, podtrzymywany przez nią, na korytarz, a później schodami, piętro niżej, do tej części budynku, której nigdy nie widziałem. Wszedłem do małego pokoiku. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem mojego ojca i brata. „A więc potęga Faraona sięgała aż tutaj, w zaświaty” – pomyślałem sobie. -Po co przyszliście tutaj za mną, wy diabelskie nasienie? – zapytałem już od progu.
-To twój ojciec i brat – powiedziała diablica.
– No przecież jeszcze poznaję – odparłem.
– Przyszliście ponapawać się swoim tryumfem – wyszeptałem i usiadłem na podsuniętym mi zydelku. Ojciec nie powiedział ani słowa i ujrzałem w jego oczach łzy. Chcąc je ukryć, wybiegł na korytarz.
– Tak – wyrzekłem w ślad za nim – najpierw uśmiercić, a potem płakać – rzuciłem zjadliwie, gdy drzwi za nim zamykały się. Brat, na którego twarzy widziałem przerażenie, wytrzymał jednak konfrontację z moją trzęsącą się, powykrzywianą i sączącą ślinę z ust osobą, i zaczął:
– Cześć, brat, jak ci leci ?
– Po samym zastrzyku jakby bardziej – odpowiedziałem, ocierając ślinotok.
– Ale tak w ogóle? – zapytał, udając, że rozbawił go mój dowcip sytuacyjny.
– Ano w otchłani, jak to w otchłani, ”płacz i zgrzytanie zębami”. -Ale dokładniej, jak się czujesz?
– A dokładniej, to każda komórka ciała boli mnie tak, że gdybym mógł, to ryczałbym, o tak – i wydałem z siebie nieludzki ryk, a raczej przerażający skowyt, który wystraszył biedną diablicę. Wybiegając na korytarz, zdołała jedynie rzucić, tłumiąc szloch:
– Nie mogę. Gdy moje wycie wybrzmiało, zapadła cisza, w której dało się słyszeć szum padających płatków śniegu.
– Czy mogę dla ciebie coś zrobić? – Paweł przerwał milczenie.
– Tak – odpowiedziałem.- Wybaw mnie od mąk piekielnych. Daj na ziemi na mszę w intencji uwolnienia mnie od ognia piekielnego.
– Załatwione – odpowiedział.- Coś jeszcze?
– Tak. Przywieź mi na jutro pierogów od cioci Ireny z Rzeszowa.
– Zrobi się – odpowiedział rzeczowo. Pojadę jeszcze dziś. – Dostałem nowego Spitfire’a – dorzucił z głupia frant, żeby nawiązać jakoś rozmowę.
– No to nieźle ci się powodzi – pochwaliłem nabytek.- Kiedy nie musisz się już czaić przede mną, to sobie używasz na całego, ty Faraonie – Delfinie. –No, to wszystko – powiedziałem wstając. – Zawołaj tę szatankę, aby ze mną poszła.
Paweł wyszedł na korytarz i zawołał cud- dziewoję, która, cała roztrzęsiona, wzięła mnie pod rękę i powiodła na górę. Kątem oka zauważyłem, że mój ojciec rozmawia z głównym szatanem – Belzebubem, który co rano przychodzi do mnie w wianuszku czeladników piekielnych, i co dzień zadaje mi nieodmiennie jedno pytanie: -„Co tam słychać’?, a ja nieodmiennie odpowiadam mu –„Boli”, na co on –„Niemożliwe” i odchodzi dalej. W żargonie piekielnym nazywają to tutaj „wizytą”. Przechodząc, dosłyszałem jedynie strzęp rozmowy. Belzebub mówił coś jakby: „zespół odstawieniowy czy urojeniowy”. Do dziś nie wiem co. Potem dziewczyna odstawiła mnie na krzesełko, gdzie siedziałem tyłem do telewizora, a przodem do sali i porzuciła mnie, abym dalej cierpiał sobie w skrytości ducha.
”Żmija”
Na drugi dzień, gdy tylko do mojej świadomości dotarł koszmarny, w przenośni i dosłownie, ból egzystencji wykonałem gest, który był karykaturą gestu przeciągania się po przyjemnej drzemce, uśmiechnąłem się i powiedziałem do Zła na sąsiednim łóżku:
– Ale miałem piękny sen, Purtku.
– To nie był sen – odpowiedział mój „Wujek Samo Zło”, którego nazywałem dla zabawy i z czystej przekory imieniem Purtek, wziętym z ludowej demonologii, jako imię dobrodusznego, gamoniowatego niekiedy, nieszkodliwego, swojskiego chochlika. Tym razem wykazał zainteresowanie, co było niezwykłe, gdyż zazwyczaj nie interesował się moją osobą, a jego obecność wyczuwałem jedynie jako ziejącą nienawiścią czarną dziurę w kącie pokoju, której intensywność wzrastała lub malała w zależności od sytuacji, a swoje apogeum osiągała w czasie odwiedzin naszego wioskowego Belzebuba, podczas jego codziennych (oczywiście bez świąt i niedziel) tzw. wizyt.
– A co, był ktoś do mnie wczoraj? – zapytałem – trzeźwiejąc – z niedowierzaniem.
– Byli u ciebie stary i brat, jak udało mi się zrozumieć z tego, co mówią.
– No proszę, czyżby i oni przekręcili się na ten drugi świat? – dziwowałem się.
– Ale ty głupi jesteś! – powiedział i zamilknął już na dobre.
Nie indagowałem go więcej, bo to, że odezwał się do mnie, było już i tak wielkim wyróżnieniem. Do nikogo poza mną nie odzywał się przecież wcale, a jeśli już, to wył i wrzeszczał jak to opętany, bluzgał i bił, a indagowany potrafił jedynie nienawidzić i rzucać pioruny oczami. Myślę, że był nieszczęśliwy i niezrozumiały dla całego świata i jedynie do mnie czuł coś innego niż do całego świata, bo tylko ja nie balem się go i chyba jedynie ja cierpiałem bardziej niż on. O czym on doskonale wiedział. ”No to dzisiaj będą następne odwiedziny, bo mój brat zadeklarował się, że przywiezie mi pierogi od cioci” – myślałem, przypomniawszy sobie wczorajszy dzień. Tak więc cały dzień spędzałem w najgorszym z możliwych stanów, a mianowicie w stanie oczekiwania. Jest to okropny stan ducha, nawet na ziemi, a co dopiero w piekle, gdy na dodatek nie wiadomo, o której ma nastąpić upragniony moment. Całe przedpołudnie wlokło mi się niemiłosiernie, a po obiedzie, gdy leżałem na łóżku, z całego tego napięcia musiałem się zdrzemnąć, bo obudziło mnie dopiero lekkie poszturchiwanie i słowa:
– Mirku, wstawaj.
Pomyślałem, że to budzi mnie któraś z licznych poddiablic półczarcich, które sprawowały nad nami pieczę, pilnując, abyśmy dostali tak posiłek, jak i przypadające każdemu zastrzyki z trucizną, którą obezwładniały nas i truły w porządny wojskowy sposób. Gdy popatrzyłem na nią, aż zdębiałem. Miałem przed sobą samą Królową Żydowską – Ludmiłę Pozimski, przyczynę mej katastrofy i upadku w te tutaj, zatrute zaświaty. To ona była sprawczynią całego zamieszania w trakcie zabijania demonów i w ogóle całej tej nieszczęsnej afery, którą przypłaciłem pobytem tutaj, w zaświatach. To przecież jej rodzice, Królestwo Żydowscy, umyślili, na spółkę z moim ojcem – Faraonem, że nasze małżeństwo połączy na zawsze nasze walczące rasy i po ponad pięciotysiącletniej wojnie nastąpi długo wytęskniona zgoda. Stała tu przy mnie cała wionąca ożywczym, zimowym chłodem, w paltociku, na którym iskrzyły się topniejące płatki śniegu, wpatrując się we mnie oczyma zasuniętymi powstrzymywanymi łzami. Długa kosa włosów spowita włóczkowym szalem spływała jej przez ramię, a w rękach trzymała rękawiczki i ucha od siatki – to taka jej typowo żydowska poza – ociekająca dobrem (brakowało tylko, żeby zaintonowała: Anatewka, Anatewka). Spojrzałem na jej kruche ciało i wybuchnąłem wielkim płaczem.
– A wiec i ciebie zabili!!! – szlochałem w niepohamowany sposób. – O Jezu! Za co?!!!
– Zabij mnie raz jeszcze, ale przywróć jej życie. Jezu! Jezu! Jezu! – ukryłem twarz w pościeli i ryczałem bezgłośnie, a moje całe ciało wstrząsały parkosyzmy.
– Nie, Mirku. To nie jest tak, jak myślisz – powiedziała w końcu, gdy opanowała wzruszenie.
– Ja żyję! -wykrzyknęła na cały głos. A dźwięk poruszył nawet szyby w oknie. I zdawałoby się, że krąży nadal w ciszy, jaka nastała nagle, bo mój lament zamarł, jak ucięty nożem.
– To po co tu przyszłaś? – zapytałem nienawistnie. – Żeby się ze mnie ponaigrywać, czy żeby popatrzeć sobie, jak cierpię.
– Ależ nie, Mirku, ja chciałam…
– Ssspadaj, żmijo! – wysyczałem z nienawiścią w głosie.
– Mirek – powiedziała czule do mnie – i dotknęła mej dłoni.
– Odejdź – warknąłem, odrzucając jej rękę i przykrywając się cały kocem. Ta znów cała biedna, nie wiedząc, co robić, usiadła przy moim łóżku. Posiedziała chwilę, popłakała, chciała unieść rąbek koca, ale gdy przycisnąłem go do materaca i przesunąłem go tak, aby leżącego na brzuchu ani kawałek mnie nie wystawał spod niego, wstała gwałtownie, upuściła torbę.
– Tutaj przyniosłam ci…ćhhi… – wyszeptała na bezdechu, bo wzruszenie tamowało jej oddech, i wybiegła z pokoju. W torbie były pierogi.
Tajemnica Bąka
W końcu znalazłem! Sposób na paraliżujący mnie ból. Od tego momentu mogłem codziennie przez pięć minut wyrywać się z jego objęć. Sposób ten polegał na tym, że wchodziłem do wanny, zatykałem odpływ bandażem i napuszczałem wody. Gdy wypełniła się na tyle, że zanurzony byłem cały, zakręcałem kurek z zimną wodą i dalej napuszczałem buchający war, aż do momentu, gdy osiągałem w wannie temperaturę bliską temperatury denaturacji białka. Myślę, że było to około czterdzieści stopni. Przerażający ukrop parzył mnie niemiłosiernie i wtedy przez kilkadziesiąt sekund nie czułem bólu pofenactilowego, lecz stępiające zmysły, parzące działanie gorąca. Każdego dnia wstawałem przed wszystkimi i za piętnaście siódma udawałem się na swój morderczy seans do umywalni. Moment, gdy siedząc zanurzony po dziurki w nosie we wrzątku, wdychałem charakterystyczny zapach gorącej wody, był jak wyzwolenie – moksza, którą dane było doświadczać jedynie zaawansowanym joginom. Po tej krótkiej chwili rozkoszy, gdy wyskakiwałem z wanny, czułem euforię i satysfakcję, że udało mi się przechytrzyć wyroki boskie i na chwilę stanąć poza machiną karmiczną, która skazała mnie przecież na wiekuiste cierpienie. Pewnej niedzieli wytarłem się po swoim zabiegu i poszedłem do sali Staszka Bąka, Zenka i Serge’a, aby prowadzić cotygodniowe rozmowy o minionym życiu. Sala, którą zajmowali wraz z siedmioma innymi potępieńcami, przylegała bezpośrednio do sali głównej i nie trzeba było do niej otwierać drzwi z zamkniętego na noc i dzień korytarza. Wszedłem więc parujący gorącem i od razu, po powitaniu wszystkich, położyłem się na przykrytym kocem tapczanie Romka Leszczyńskiego.
– To o czym wam dzisiaj opowiedzieć? –zapytałem, gdy wszyscy zwrócili swe oczy ku mnie.
– Najlepiej opowiedz nam coś o Buddzie. – odezwał się Janek spod okna.
– Nie, ostatnio przecież mówiłeś o pięciorakiej ścieżce odcinania cierpienia i przyczyny cierpienia – powiedział Waldek Kuchciński.
– Przecież tydzień temu obiecałeś, że opowiesz nam o najlepszej polskiej powieści Stary bór Orkana. – rzucił Marek.
– A mi najbardziej podobało się, jak rozprawiałeś o twoich wyprawach po mak – stwierdził Piotrek Stachowicz.
– Zawsze tak pięknie nawijasz o romantyzmie pól makowych, że aż czuje się dreszczyk emocji, kiedy stoi się z tobą na naciągającym wonią mokrych traw i zasnuwającym się mrocznym oparem, prześwietlonym srebrzystym światłem miesiąca polu, zmoczony rosą i parujący ekstatycznym zapachem opium, i aż chce się być narkomanem.
– No właśnie, zbyt to jest piękne, aby mogło się powtórzyć – zasępiłem się. – Może jednak opowiem wam o tym, jak wyglądało ostatnie wcielenie Buddy Siakjamuni Gautamy, tuż przed przyjściem na świat w roli Przebudzonego.
– Nie no, to już opowiadałeś, że był jakimś tam księciem, co to jechał przez las, napotkał zdychającą z głodu tygrysicę z dwójką młodych i naciął sobie ręce, aby mogła się napić jego krwi, a gdy oprzytomniała, to dał się jej pożreć – rezolutnie przypomniał Zenek.
– No to dobra, opowiem wam o największym polu, jakie obcinałem w swoim życiu. Było to jakieś dwa lata temu. Właśnie wracałem od cioci z Rzeszowa i wyglądałem cały czas przez okno za jakimiś większymi polami, aż tu nagle w Węgrzcach Wielkich, oczywiście tych od strony Tarnowa, pociąg rusza i za samą stacją co widzę – jebitne pole, aż po horyzont, całe w idealnym stadium ogromnych pękatych, zieloniutkich makówek. Od razu obmyśliłem plan…- zacząłem swoją opowieść, a Romek zaczął strzepywać z moich nóg niewidoczne dla nikogo strzępki nici, czy co tam dostrzegał. Była to dla mnie boska pieszczota, którą przebić mogło jedynie pogrążenie się we wrzątku porannej kąpieli. Gdy opowiedziałem swoje, wszyscy byli rozmarzeni i lewitowali właśnie po kopie, którym zakończyłem swoją „Historię jednego pola”.
– Może się poczęstujesz herbatnikiem? – zapytał Staszek Bąk i otworzył szafkę przy łóżku.
– Chętnie – odparłem, nachylając mu się przez ramię. – O, masz kiełbasę – powiedziałem, chwyciwszy stojący w głębi słoik z czarną odgryzioną wiejską.
– Nie, tego nie…- zdążył tylko krzyknąć, wysuwając rękę, aby powstrzymać mnie, ale było już za późno, bo właśnie odkręciłem zakrętkę i wpakowałem nos do „twista”.
– To gówno – powiedziałem ze zdziwieniem do siebie. I nie zdążywszy się zreflektować, krzyknąłem na cały głos:
– On przecież je gówno. Paskudny koprofag przebrzydły –zaśmiałem się, ale nagle się zorientowałem, że nikt się nie śmieje razem ze mną. Staszek wyrwał mi słoik, zakręcił go, wpakował pod pachę i wybiegł wzburzony z sali. Popatrzyłem wokoło. Otaczały mnie same zacięte, zniesmaczone twarze.
– Co, może jesteś kimś lepszym od niego, paskudny narkomanie – spytał mnie, z wielką surowością, Zenek. I dopiero wtedy do mnie dotarło, jak bardzo skrzywdziłem człowieka, śmiechem nad nim wybuchając/ poeta pamięta/ spisane będą czyny i rozmowy – przypomniałem sobie wiersz Miłosza i wtedy zacząłem się kajać przed zaciętymi twarzami, jeszcze tak niedawno przyjacielskimi i wybuchającymi śmiechem nad każdym moim bon motem:
– Ale ja nie wiedziałem…Nie chciałem… – dukałem przerażony swoim postępkiem. – Słowo wyleci przecież każdemu skowronkiem, a wróci wołem…- jąkałem się. -To ja przepraszam – rzuciłem w pośpiechu i wybiegłem w ślad za Bąkiem. Zobaczyłem go, jak siedzi nieruchomo na krześle ze słoikiem pod pachą i patrzy w jeden punkt na podłodze przed nim. Zbliżyłem się do niego, padłem na kolana i przywarłem twarzą do ziemi.
– Przebacz mi, o wielki guru, bo ja sobie nigdy nie przebaczę – powiedziałem. – Przebacz mi, o przebacz! – błagałem, wijąc się w prochu i gdy już straciłem całą nadzieję, Staszek Bąk powiedział cichutko, niemal szeptem:
– Talita kumi – wstanijże dzieweczko.
Tego już me serce nie wytrzymało i ryknąłem płaczem na cały głos -…boo ja nie chciałem…nie chcę …już nie mogę – szlochałem nad sobą, Staszkiem, całym światem i minęło wiele minut, zanim wreszcie się uspokoiłem. Wtedy podszedł do mnie Zenek i powiedział, patrząc mi głęboko w duszę słowa, które miałem jeszcze wiele razy później słyszeć, a które wtedy pierwszy raz zrozumiałem. Powiedział:
– Pan Bóg ma wielu lokatorów. I zrobiło mi się głupio, że muszę się tym dowiadywać od dużego dziecka specjalnej troski.
Psalm 125.
Dzisiaj – 12 lutego 1987, roku świat oszalał. Umarł Purtek. Przecież w piekle siedzi się do skończenia świata, a nawet niekiedy i dłużej, jak uczą na lekcjach religii, a tu proszę, facet pokazał im wała i zbiegł na tamten – chyba trzeci już z kolei – świat. Gdy wynosili sztywne już zwłoki na noszach, nogami do przodu, cały oddział zamarł w poczuciu grozy. Wszyscy dobrze wiedzieli, że to tamci go zabili, bo był niekompatybilny ze środowiskiem. Jak opowiadał mi wcześniej Zenek, to Wujek Samo Zło był po przywiezieniu do zakładu (jak eufemistycznie nazywał piekło) gorszy niż tajfun. Bił tego, kto podszedł mu pod rękę i w ogóle znęcał się nad pacjentami i personelem. Jak niosła wieść gminna, samego Belzebubka pokąsał był po nogach. Tak więc ucięli mu nogę, a teraz go zabili za pomocą tak zwanych leków. Jako na najbliższą mu osobę w całym piekle spadał na mnie obowiązek uczczenia jego śmierci. Skoro nie miałem do dyspozycji „Tybetańskiej Księgi Umarłych„, postanowiłem oddać mu hołd w inny sposób. Usiadłem w półlotosie na nieostygłym jeszcze łożu zmarłego. Poczekałem, aż wszyscy na piętrze zgromadzą się przed salką, a gdy usiedli na krzesełkach, zagaiłem:
– Wujek Samo Zło – nie muszę nikomu przybliżać jego sylwetki, bo nie zagoiły się jeszcze rany i siniaki na waszych twarzach. Jaki był, taki był, ale na pewno musimy mu przyznać jedno – był uczciwy, bo jak obiecał, że da komuś po mordzie, to dotrzymywał słowa i dawał. Poza tym był sprawiedliwy, bo lał wszystkich po równo, nie faworyzując nikogo, ani obsługi, ani pensjonariuszy. Był też bardzo szczery, co w sercu, to na języku. Jak mu się ktoś nie spodobał w danym dniu, to wylewał na niego kubeł pomyj i zasypywał go stekiem wyzwisk. Był zarazem człowiekiem wielkiej mądrości życiowej. Potrafił bowiem bluzgać w najbardziej wyszukany sposób i wierzajcie mi, potrafił nie powtórzyć wiąchy ani razu w ciągu dnia. Co ja mówię dnia – tygodnia. Jako człowiek miły w obejściu i schludny wylewał fekalia zawsze poza salą i choć nie można zarzucić mu pedanterii, to zawsze starał się strzępy podartej bielizny pościelowej rozrzucać w miłych dla oka deseniach. Potrafił pochylić się nad dolą innych. To właśnie jemu możecie zawdzięczać chwilowe niedobory w asortymencie tak nielubianych przez nas wszystkich pasów, bo to on właśnie ciął je przemyślnie ukrywaną żyletką, o czym w swej skromności nie chwalił się nikomu oprócz, z konieczności, mnie. Odszedłeś, dobry druhu, a z tobą zgasło światełko wolności i „ta trocha” rubasznej, słowiańskiej nuty. Oddział nie będzie już nigdy tak sterroryzowany, jak dotąd. Uczcijmy go minutą ciszy. Zapadła absolutna głucha cisza, po której rozległy się oklaski – ludzie dziękowali mu, że odszedł. – A teraz zaintonujmy pieśń religijną, proponuję Psalm 125.
I zaśpiewałem tak smutno, że w oczach wielu – nawet dementyków – pojawiły się autentyczne łzy :
– Ci, którzy Jahwe ufają/ Są jak góra Syjon/ Co się nigdy nie porusza/ Ale trwa na wieki./ Góry otaczają Jeruzalem,/ Tak Jahwe otacza swój lud/ I teraz i na wieki/ I teraz i na wieki./ O, góry otaczają święte miasto Jeruzalem. / I teraz, i na wieki/ I teraz, i na wieki/ Modlę się o pokój, pokój.
– Dzięki Ci, o Purtku, że odszedłeś z honorem i trwałeś na posterunku do końca, aż śmierć podstępna i podła skosiła cię jak kłos pełen ziarna, w rozkwicie sił życiowych.
– A tu co się wyprawia – krzyknął nagle jakiś głos z tyłu. Był to jeden z przedstawicieli niższego szczebla, świeża krew w szeregach siepaczy diabelskich. Niewąski skurwysyn, który zdążył już zarobić ksywkę „Goryl”, bo zabierał się do troszczenia o ludzi jak do ładowania na wóz kamieni młyńskich.
– Konieczny, idziesz w pasy, i to natychmiast – rzucił w moja stronę ultymatywną groźbę. „Nie, to niemożliwe”- pomyślałem w panice. – „Tylko nie pasy” – przeraziłem się, bo przed oczami stanęła mi scena naciągania sznurów i przecinania mięsa do samej kości. Musiałem się jakoś bronić. Tak więc natychmiast, na oczach wszystkich włożyłem rękę w gacie, narobiłem na nią i zacząłem smarować się tym gównem na twarzy i we wszystkich odkrytych miejscach mojego ciała. Gdy już byłem wysmarowany i zauważyłem, że „Goryl” wraca z pasami pod ręką, zacząłem medytować techniką Dzog-czien, to znaczy skupiłem się na miejscu pomiędzy oczami i wizualizując tam tybetańską literę A, wydobywałem z siebie głęboki Pierwotny Dźwięk Kosmosu.
– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA – mruczałem przeciągle.
– Nie odpierdalaj maniany, Konieczny – szarpnął mnie za ramię. Ale w efekcie zacząłem jedynie głośniej artykułować dźwięk.
– O, kurwa!!! – wrzasnął, gdy zobaczył, że na ręce, którą chwycił mnie za kark, pozostał ślad wilgotnych jeszcze ekskrementów.
– Coś ty zrobił, ty pojebie?! – wrzeszczał dalej. –Wstawaj – rozkazał, po czym chwycił mnie za włosy i zrzucił z wyrka na ziemię, całe pół metra z okładem. Ale jako że byłem skupionym węzłem energii, nic mi się nie stało. Przerażeni nieszczęśnicy rozpierzchli się we wszystkie strony. Kilku zaczęło walić przeraźliwie w drzwi od korytarza i wzywać pomocy, ale że reszta personelu miała ich wołania w dupie, brutalny lincz na mojej osobie trwał. ”Goryl” chwycił mnie za nogę i rozjuszony moją odpornością na razy, zaciągnął mnie do umywalni. Tamże posadził mnie pod ścianą i zaaplikował mi kilka ciosów ręką. Bił mnie tam jak worek treningowy i krzyczał:
– Do wanny! Myć się!
Ale wszystko, co osiągał, to było to, że po każdym ciosie głośniej i głośniej buczałem swoje AAA. Nagle poczułem, że rozjuszony do granic chce mnie zabić. Napiąłem wszystkie mięśnie i skupiłem całą swoją energię do wnętrza, czekając na decydujący cios. Potężny kopniak drewnianym chodakiem w samo serce był tak silny, że odbijając się tyłem głowy o ścianę, nieomalże straciłem przytomność. Odjechałem na sekundę, ale przeżyłem dzięki technice medytacyjnej, jak i dzięki najważniejszej oberdiablicy, jak nazywałem najstarszą stopniem, niemłodą już członkinię diabelskiego aparatu represji, która wkroczyła w asyście półdiabląt na scenę kaźni.
– Stój! Co ty z nim wyprawiasz!!! – krzyknęła od drzwi oberdiablica. Odesłała go do dyżurki, a mnie do wanny, gdzie troskliwe, piękne poddiablęcia zmyły ze mnie kał i krew z przeciętego łuku brwiowego. I tak zakończył się najdramatyczniejszy dzień naszego piekiełka, w którym mogło być o jednego trupa za dużo. Na miejsce po nieodżałowanym Purtku wstawiono mi do pokoju przemiłego, nieco wycofanego dziadka, z jednym zębem, który już pierwszej nocy dał się poznać z najlepszej strony. Mianowicie – śpię ja sobie spokojnie, aż tu czuję jakieś ciepełko w okolicy krocza. Jako że nie moczę się od dzieciństwa, odmykam jedno oko i widzę, że dziadek robi mi loda na zwiędłym fiutku. Jak się nie wydarłem na niego. Zwyzywałem go od starych pedryli i oblechów, tak że pojął „tionkuju aliuzju” i odwalił się ode mnie, i więcej nie próbował żadnych numerków. A tak w ogóle prócz swojego zboczenia miał same zalety. Przynosił mi pety i upolowane – od pacjentów po widzeniach, którzy wracali zwykle obładowani wałówami od rodziny – żarcie. Dlatego nazywałem go gejem lub pieszczotliwie zdrobnieniem od tego określenia Gieniem, choć miał na imię Henryk. Bardzo mnie to bawiło, bo poza tym, że nie nosił garniturów od Versace ani nie jeździł mercedesem pięćsetką, ni też nie miał willi na Côte d’Azur, to nie miał z geja nic, nawet tyle, co brudu za paznokciem (choć tego ostatniego miał sporo). Tak więc, na zasadzie kontrastu, nazwanie tego pedała na zasłużonej emeryturze Gieniem, spełniało dostatecznie i wystarczająco warunki obu Arystofanejskich komizmów: sytuacyjnego i postaci.
I jeszcze tak z kronikarskiego obowiązku muszę nadmienić, że ciocia powiedziała mi, że pomimo przejściowych trudności na rynku zatrudnienia, tego naszego „Goryla” zwolniono z pracy. Dziwię się dlaczego? Przecież odwieczny postrach wszystkich świrów, słynny salowy z oddziału 8A – Darek Śliwa, choć już pewnie bez wszystkich zębów, które cyklicznie wybijają mu „wdzięczni” pacjenci, dalej działa i ciągnie swój wózek, ku niechybnej emeryturze. Musiałem wspomnieć o kochanym Darku, bo to mój osobisty wróg, a poza tym bez niego żadna współczesna opowieść o Szpitalu Psychiatrycznym Dla Nerwowo i Psychicznie Chorych im. dr Babińskiego w Kobierzynie nie brzmiałaby prawdziwie.
Przez Styks z powrotem
Aż przyszedł taki dzień/ żelazo pęka też! – że ośmielę się radośnie zacytować starą szantę. Pewnego mroźnego poranka, o zaraniu wiosny, przyszła do mnie jedna, piękna jak miesiąc w pełni siostra (bo muszę się przyznać, że pomimo zmowy demonów domyśliłem się w końcu, że jestem jednak wśród żywych i to nie byle gdzie, ale w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych – mitycznym Kobierzynie) i powiedziała, że idę do wypisu. Poczem położyła przede mną worek z moim ubraniem, które przeszło trzy miesiące wcześniej inna piękność zabrała mi, gdy instalowano mnie, jeszcze w piekle. Przebrałem się błyskawicznie i poczułem się w swoim ubraniu jak młody bóg. Dziarskim krokiem poszedłem na dyżurkę pielęgniarek, gdzie pożegnałem się ze wszystkimi i wreszcie otwarły się drzwi na dół, gdzie byłem tylko raz, w czasie widzenia. Tam powitałem się wylewnie z ojcem, bratem i ciocią Ireną ze Słociny w Rzeszowie. Ciocia nie kryła łez radości, a i ja, mimo że byłem skrępowany chemicznym kaftanem, także uroniłem łezkę. Ciocia ujęła mnie pod rękę i otworzyły się przede mną ciężkie, solidne dźwierza na wolność. Gdy słońce i świeże powietrze uderzyły mnie w twarz, nogi ugięły się pode mną, zakręciło mi się w głowie i upadłem na trawnik. Krew pulsowała mi w głowie, a jedyne, co pamiętam z tej chwili, to intensywny zapach świeżej wilgotnej ziemi i obraz jasnego błękitu nieba i ogromnego słońca w górze. Po chwili podniosłem się, wspierany przez pomocne dłonie rodziny. Powolutku dokuśtykałem do dużego fiata ojca. Tam usadowiono mnie na przednim siedzeniu i ruszyliśmy w drogę do Rzeszowa. Nikt nic nie mówił, ale atmosfera była radosna i rześka. W Rzeszowie zaprowadzono mnie do pokoju willi cioci, po czym ojciec i brat pożegnali się szybko i wyjechali. Dostałem oczywiście obiad marzeń – barszcz biały z grzybami, gęsty i sycący, z kożuchami zakwasu, kopiaty talerz pierogów ruskich, a na deser pyszną kremówkę. Zjadłem wszystko ze smakiem, a ciocia nie mogła nadziwić się mojemu apetytowi. Powiedziałem jej, że po lekach mam wielki apetyt i zjadłbym drugie tyle, gdyby mi postawiła przed nosem.
– No to i nie dziwota, że jesteś taki utuczony – powiedziała i zaraz zapytała: – I jak ci tam było?
– Nawet nie pytaj, ciociu – odpowiedziałem – to, co tam zobaczyłem, to obraz nędzy i rozpaczy. Istna „cloaca mundi”. A leczenie to nie żadna sztuka lekarska, ale raczej kowalska.
– A wiesz, że ten cały Wasieczko, wasz ordynator, twierdził, że twe twoje bóle to głody ponarkotyczne.
– No to chyba se żartował. Głody przez trzy miesiące. Toż to istna paranoja.
– Też mu tak powiedziałam, a on na to, że jeśli nie, to muszą być urojenia. I nawet proponował ojcu, żeby cię pozostawił na rok, a co najmniej na pół i że on cię z tego wyleczy.
– Ależ to czub pierdolony – stwierdziłem dobitnie.
– Mniej więcej to samo powiedziałam twojemu ojcu i po moich namowach zdecydował się zabrać cię do mnie na rekonwalescencję.
– Dziękuję ci, ciociu kochana – powiedziałem ze wzruszeniem w głosie. – Przecież ja bym nie wytrzymał tam następnych trzech miesięcy. Ani chybi wykorkowałbym zatruty jak niejaki kolega Purtek z mojego pokoju.
– Tak samo mówiłam ojcu i w końcu cię wydobyłam z otchłani.
– Prawie jak Orfeusz Eurydykę.
– Poczytałam co nieco o twojej chorobie, a nawet rozmawiałam ze znakomitością rzeszowskiej psychiatrii. Przestudiował kartę zleceń i orzekł, że rzeczywiście leczył cię tam jakiś kowal, bo jak to?, podawać po dwa tysiące miligramów fenactilu i drugie tyle neuroleptyków, w przeliczeniu np. haloperidol, tisercin, sordinol, a nie podawać ci ani parkopanu, ani pridinolu, to może wywołać straszne objawy pozapiramidowe, które mogą się manifestować bólem. Powiedział, że wygląda, jakby cię leczył jakiś dyletant, w stopniu co najmniej kretyna. Od jutra koniec z lekami.
– Jesteś kochana, ciociu – jeszcze raz wyraziłem swoją dogłębną wdzięczność.
– To co chcesz robić? – zapytała – oglądać telewizję, a może coś poczytasz. Na przykład Trzech muszkieterów, bo niedawno skończyłam. Doskonale relaksująca i odprężająca powieść.
– O co to, to nie, telewizja mnie drażni, a na czytaniu nie mogę się skupić nawet przez dziesięć sekund, nawet gazeta do mnie nie dociera. To może, skoro już odpocząłem, pójdę na spacer do lasku. Bardzo jestem spragniony kontaktu z naturą, wszak byłem go pozbawiony przez długi czas.
– Dobrze, to weź Corę i idźcie, a ja tu ogarnę trochę ten bałagan – powiedziała, wskazując na torby z moimi rzeczami, które przywiozłem z Krakowa. I tak, od spaceru z psem, zaczął się mój kilkumiesięczny pobyt u najukochańszej istoty pod słońcem. Co prawda z lekami nie poszło od razu tak hop-siup, bo okazało się, że organizm nawykły do syntetycznych narkotyków – różniących się od tych prawdziwych jedynie tym, że nie wywoływały ani euforii, ani żadnych przyjemnych doznań – nie może się bez nich obyć i tak na przykład po dwu dniach ich całkowitego odstawienia nie mogłem przełykać pokarmów i zjeść choćby łyżki zupy. Zmieniliśmy zatem taktykę i ograniczaliśmy je stopniowo. Przy okazji okazało się, że po podaniu już pierwszych dawek pridinolu zaczął ustępować ból i z paraliżującego przeszedł w fazę dojmującego, następnie szybko stał się zaledwie dokuczliwym, a po kilkunastu dniach zniknął zupełnie. Życie stawało się piękne. Na początku obawiałem się, czy aby nie zlasowano mi mózgu i czy nie zostanę półdebilem, który nie może zbliżyć się do telewizora, i dla którego przyswojenie najprostszej informacji tekstowej będzie niemożliwe. Ale z czasem, jak ustępowało nasycenie lekami, zacząłem tolerować telewizor i czytać, wpierw ogłoszenia w gazecie, by w końcu pochłonąć cała opasłą trylogię Dumasa o trzech muszkieterach. Na krótko po moim zainstalowaniu się w Rzeszowie odwiedziła mnie Ludmiła z moim bratem. I to właśnie chwile, jakie spędziłem z nimi, zupełnie wolny od trosk, wspominam z rozrzewnieniem. Nawet to, że mówili na mnie tucznik, spaślak czy też opas.
Posłowie
Doświadczenie, które opisałem powyżej, staje się udziałem coraz większej części społeczności ludzkich na wszystkich kontynentach świata. Nieważne jakie dolegliwości skłaniają do pobytu w placówkach leczenia psychiatrycznego, tak oddziałów zamkniętych, jak i warsztatów dla chorych pozostających na wolności, po krańcowe rozwiązania takie jak domy pomocy społecznej dla tych, którzy po ostrych przeżyciach natury psychotycznej nie są w stanie egzystować samodzielnie, i do końca życia skazani są na zamieszkiwanie w bardziej lub mniej normalnych warunkach takiej instytucji społecznej. Ważne natomiast jest leczenie skutków, bo przyczyn nie da się niestety wyeliminować. Co więcej, w wysoko rozwiniętych krajach czynniki, że użyję tu terminologii dotyczącej raka –karcinogenne – wywołujące liczne skaryfikacje mózgu, stają się coraz bardziej powszechne. Są nimi niewątpliwie agresywne mass media, które atakując na każdym kroku świadomość człowieka, powodują jej ciągłe wypaczanie. Na dodatek następuje stała utrata koherencji społecznej. Oznacza to, że kultura wieku XXI staje się coraz bardziej niespójna, przez co ludzie tracą bazę świadomości wspólnej. Zaczyna się to już w przedszkolach i szkołach, gdzie mnogość podręczników i programów autorskich nauczycieli powoduje rozchwianie, a w jego następstwie demontaż układu odniesienia, jakiejś wspólnej świadomości i (pozwólcie, że w tym miejscu pozwolę sobie na przykładową demaskację tego mechanizmu) nieświadomości w jej rozumieniu Jungowskim. (Otóż, w tym miejscu mógłbym wstawić jakiekolwiek nazwisko np. Freudowskim, Sartre’owskim czy inne. I tak jakiego bym tu nazwiska nie użył i tak nikt nie znajdzie chęci i czasu, aby sprawdzić czy takie pojęcie jak nieświadomość wspólna, w ogóle istnieje. Dość, że prawidłowo wymienię nazwisko autorytetu, na który się powołuję i bluff może odkryć jedynie garstka ludzi, którzy wiedzą wszystko o teorii Junga czy Heideggera, a nawet oni nieraz zastanawiają się, czy aby oni nie przeoczyli czegoś, co wiąże się z ich specjalizacją). Tak więc wszyscy przyjmują wszystko na tzw. ”czuja”, bo gdy czytają coś o np. nieświadomości wspólnej, to jak to mówi młodzież – czają bazę, czyli wiedzą o co mniej więcej chodzi. Wracając po tej dygresji – mającej unaocznić problem empirycznie – do meritum, coraz więcej ludzi jest kompletnie niedouczoną masą i to właśnie z twórczej działalności człowieka płynie największe zagrożenie dla nauki i kultury. Bo ludzie przestają, w natłoku faktów, myśleć, stają się obojętni i płyną z prądem, aż sięgają takiego dna, jak jeden z radiowców RMF-u, który czyta informację, że gdzieś tam „odnaleziono ryby żyjące w temperaturze 400 stopni Celcjusza”. W swoim kompletnym nieuctwie opatruje to „zabawnym” komentarzem: „i ciekawe, jak można takie ryby ugotować”. A przecież gdyby chodził do szkoły podstawowej, to wiedziałby, iż temperatura wody może osiągnąć jedynie 100 stopni (Celsjusza zresztą), przy ciśnieniu na poziomie morza, a białko z kolei ulega denaturacji w temperaturze nieznacznie wyższej niż 40 stopni. Wystarczyłoby uczęszczać do klasy siódmej, aby skorygować „błąd z zerem”. Niestety mimo najlepszych chęci filozofów i psychologów, człowiek jest i będzie zwierzęciem stadnym. Tak więc grozi nam zgłupienie, a nie rozwój, bo sferą świadomości wspólnej staje się nie wiedza z dziedziny fizyki czy literatury, ale z dziedziny kultury pop. Grozi nam to, że na egzaminach magisterskich będzie się odpytywać nie ze strategii Napoleona w bitwie pod Borodino, ale z tematów takich jak np. o ile numerów powiększyła sobie piersi pani Doda. Tak więc człowiek porzucił dbanie o (że użyję tu takiej przenośni) silne nogi – czyli gruntowne wykształcenie – na rzecz kapelusika z piórkiem. I to nas w końcu zgubi – wtórny analfabetyzm ludzkości, a nie żaden system totalitarny, zabije Homo sapiens na rzecz Homo ludens, który w przyspieszonym tempie zaczyna dominować w populacji. I to jest to zwiększone zagrożenie dla zdrowia psychicznego w nowym milenium – że co prawda bydło już sobie wyhodowaliśmy, ale nie ma kandydatów na paserzy. Przepraszam – miałem pisać w posłowiu o systemie opieki społecznej, dla której nadchodzący wiek jest łaskawy, bo to ten system będzie dostarczycielem większości etatów dla ludzi w XXI wieku, a znowu wyszedł ze mnie pieprzony komuch, z tą moją nostalgią za komuną – czasem mej arkadii młodości i (sic!) wolności.
Podsumowując już tedy krótko, co było największą przykrością w szpitalu, oprócz oczywiście bólu – to było to, że nikt mi na wstępie nie powiedział: Panie Mirku, znajduje się pan w szpitalu psychiatrycznym, z podejrzeniem schizofrenii paranoidalnej. Może to uchroniłoby mnie przed psychozą i nie dotknąłbym prawie samego dna – szóstego kręgu piekieł.
A co wyniosłem z leczenia? – Chyba jedyną pamiątką, jaką stale noszę przy sobie i z którą się nigdy nie rozstanę aż do śmierci, są moje blizny pod pachami – świadectwo szczególnej gościnności pierwszej nocy.
Byłem dla wszystkich tak blisko, bo tuż obok nich, a przy tym tak daleko, bo aż w piekle.
– I nie byłem tam sam.
Kraków – Brodła koło Alwerni, sierpień 2007.