Co łączy amerykańską pisarkę i tańczące niedźwiedzie? Oj, dużo, aż nie wiadomo od czego zacząć.
Wojciech Jerzy Kieler opisuje polską prapremierę sztuki Iwana Wyrypajewa Niepokój – historię o słynnej, amerykańskiej pisarce do której przyjeżdża polski dziennikarz („Polskie wydawnictwo zapłaciło za prawa całkiem sporą sumę, mówiąc szczerze, to wręcz zadziwiające, że w takim małym biednym kraju są ludzie zdolni aż tyle zapłacić.”), by przeprowadzić z nią wywiad życia, okraszony zdjęciami bardzo dobrego, drogiego fotografa („Tego fotografa wynajął i opłacił polski wydawca. A przy tym, to bardzo drogi fotograf. Dziwię się zresztą, skąd polski wydawca ma pieniądze na opłacenie tak drogiego fotografa.”). Ale pisarka, oskarżona o antysemityzm też ma swoje, dobre powody, by ten wywiad się odbył, bo chce się w nim przedstawić jako córka Żydówki zgwałconej podczas wojny przez Niemca…

Jarosław Komorowski w swoim felietonie przytacza cytaty z XVII wieku zarówno o cienko śpiewających chłopcach, jak i tańczących misiach – czyli o barbarzyńskich praktykach służących zabawianiu ludzi. Pisze też o tym, skąd wzięło się powiedzenie „wodzić kogoś za nos”.
Sztukę Wyrypajewa Niepokój poprzedzają dwa motta z książki Aleksego Łosiewa – tak zwanego ostatniego filozofa rosyjskiego srebrnego wieku – Dialektyka mitu. Według Łosiewa mit „to nie wymysł, ale najwyrazistsza i najbardziej autentyczna rzeczywistość”. To raczej zdanie odrębne od stwierdzenia naszego Tadeusza Zielińskiego, że „mit to przeszłość, która nigdy nie była teraźniejszością” – bo rzeczywiście nasze, polskie mity to zazwyczaj rzeczywista przeszłość, na przykład właśnie takie Smorgonie na Wileńszczyźnie, gdzie działała tzw. Akademia Smorgońska, w której uczono tańczyć niedźwiedzie. Ta nazwa zaś dała miano nieformalnej grupie lepszego towarzystwa w Wilnie w okresie międzywojennym, towarzystwa opisywanego przez Stanisława Lorentza w Album wileńskim, towarzystwa, do którego należeli „wszyscy”. Smorgonie to była swojego czasu własność Karola Dominika Przeździeckiego, dzielnego patrioty, któremu majątek zabrały władze carskie za udział w powstaniu listopadowym. Ale Smorgonie to też wspomniana Akademia Smorgońska – straszne miejsce, gdzie niedźwiedzie były zmuszane do podskakiwania poprzez umieszczanie ich na rozgrzanej, metalowej płycie.

Smorgonie to również miasto rodzinne Abrahama Suckewera, który z kolei później mieszkał w Wilnie i tam był w samym środku środowiska wybitnej żydowskiej inteligencji. Ale Wilno to też miejsce jego męki, bo podczas wojny był w środku wileńskiego getta, tam stracił najbliższych. I tak to jest z mitem – zawsze ma dwie strony.
Co ma wspólnego wybitna pisarka z tańczącymi niedźwiedziami, z wodzeniem za nos, z mitem, z antysemityzmem i z rozgrzaną blachą? Oj, nie wiadomo od czego zacząć….
jhs.
PS. Ponieważ pojawiają się głosy naszych czytelników, że jest błąd w tytule wspomnień Stanisława Lorentza, więc spieszę wyjaśnić, że tytuł jest właściwy: TO album, a nie TEN album – odmiana przedwojenna.