Paweł Jurek / „LADY BABA”

Paweł Jurek, fot. Krzysztof Plebankiewicz

Postaci:

Ewa Koman

Piotr (tylko głos)

Nieznajomy

Sąsiadka

„Evita”

Danusia (dziecko lub dorosły aktor)

Kot (nagrane miauczenie)

Uwaga! W tekście celowo nie rozpisuję dialogów na poszczególne postaci, żeby nie zamykać wyobraźni.

Scena 1

(Ciemność. Dzwonek telefonu.)

– Halo?

– Śpisz?

– Nie…

– Przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale mam do ciebie prośbę.

– Teraz?

– Tak. To ważne.

– Daj mi chwilę.

(Pauza.)

– Już?

(Zapala się światło.)

– Mów.

– Pojedziesz na ulicę Myśliwiecką 79, mieszkania 55.

– To prośba czy rozkaz?

– Zamów taksówkę na mój koszt. Zrobię ci przelew.

– Wiesz, na jakiej ulicy mieszkam?

– Górnośląska?

– To blisko Myśliwieckiej.

– Super. Zrobisz sobie spacer.

– OK. Kto lub co jest na tej Myśliwieckiej.

– Sprawdzisz czy Ewa Koman żyje.

– Ta Ewa Koman?

– Tak, ta Ewa Koman.

– Ale ona chyba rzeczywiście nie żyje…

– Żyła jeszcze wczoraj, rozmawialiśmy przez telefon. Podała mi przepis na pesto z pokrzyw. Dzisiaj wypróbowałem, chciałem jej powiedzieć, że super, ale ona nie odbiera.

– Pewnie śpi.

– Ona o tej porze nigdy nie śpi.

– Skąd wiesz?

– Bo od mniej więcej pięciu lat rozmawiamy ze sobą codziennie.

– Nie mówiłeś nigdy, że znasz Ewę Koman?

– Bo ona zabroniła mówić, że ją znam, że mamy ze sobą kontakt.

– A skąd ją znasz?

– Napisałem do niej list. Kiedyś, jak była u nas w Perth. Podałem swój adres. Wyobraź sobie, że odpisała do mnie po trzydziestu trzech latach.

– Przecież ona nie utrzymuje kontaktu z całym światem.

– Tym bardziej się zdziwiłem… Napisała, że już nie koncertuje i wreszcie ma czas, żeby odpisać na listy od wielbicieli. Podała mi numer swojego telefonu, zadzwoniłem. I tak sobie gadaliśmy.

– O czym?

– Nie mogę teraz… Idź do niej, sprawdź. Od pewnego czasu skarżyła się na depresję, obawiam się najgorszego.

– Wkręcasz mnie? Jutro są moje urodziny. To ma być niespodzianka? Jesteś w Polsce?

– Chciałbym. Proszę cię.

– A jak mi nie otworzy?

– Stań po drzwiami i zaśpiewaj. Wtedy ci otworzy na pewno.

– Stary, za stary jestem na takie numery.

– To bardzo ważne!

– Co mam zaśpiewać?

– Szczepanika.

– Tylko nie to!

– Ona go uwielbia. Twierdzi, że przy nim była zerem.

– Co Szczepanika?

Żółte kalendarze.

– A jak to leci?

– „Wróć do krainy marzeń, gdzie zawsze wiosna trwa… Spal żółte kalendarze… Żółte kalendarze spal… „.

(Nuci)

– OK. Idę! Tylko jakoś fajnie się ubiorę… Ile osób będzie?

– To naprawdę nie są twoje urodziny!

– To jest blok?

– Blok. Późny Gierek.

– Sąsiedzi wezwą policję.

– Powiesz, że tu chodzi o życie.

– OK. A co za to będę miał?

– Jeśli będzie żyła, da ci autograf. Uwielbia to robić. Weź ze sobą jej płytę.

– Nie mam. Dorota mi zabrała.

– Weź kartkę papieru, pocztówkę. Cokolwiek… Aha, i powiedz, żeby do mnie zadzwoniła. Martwię się.

Scena 2

– „Czy znasz rzeki nurt, co nie płynie w dal… Czy znasz morza brzeg, który nie ma fal…”

– Jest trzecia w nocy! Mam zawołać policję?

– Przepraszam, może pani wie, jak to jest dalej?

Czy znasz taki dzień, co nie kończy się zmierzchaniem…

– Dziękuję.

– Zwariować można. Dzisiaj też to puszczała przez cały dzień… Niech pan sobie pójdzie, to nie wezwę policji.

– OK. Tylko jeszcze tyko jeden raz… „Wróć do krainy marzeń, gdzie zawsze wiosna trwa… Spal żółte kalendarze… Żółte kalendarze spal…”

(Odchodzi, ale po chwili wraca. Łapie za klamkę. Drzwi są otwarte, powoli wchodzi do środka.)

– Pani Ewo? Jest tu pani?

Cisza.

– Pani Ewo? Przepraszam… Ja tylko sprawdzam… Przysłał mnie Piotr Szubert… Państwo się podobno znacie?

Cisza.

– Proszę dać przynajmniej jakiś znak, a pójdę sobie…

(Słychać jakieś szuranie.)

– Pani Ewo… Aaa…

(Nagle rzuca się na niego młody czarny kot.)

– Ratunku!

(Kot ucieka. Uspokaja się. Zapala światło. Robi się widniej, ale niewiele. Wszędzie są powkręcane słabe żarówki. W mieszkaniu panuje półmrok, jest zagracone: suknie, papierowe torby, gazety. Nie jest to brud, tylko pomieszanie. Wchodzi do salonu, rozgląda się. Nikogo nie ma. Na stole szklanka z niedopitą herbatą. Podchodzi do sypialni: nikogo nie ma. Trzeci pokój jest zamknięty na klucz. Puka do drzwi łazienki, nikt nie odpowiada. Wchodzi. Zapala światło. Widzi wannę zapełnioną wodą z resztkami piany. Sprawdza: jest jeszcze ciepła. Teraz rozpoczyna przeszukiwania.)

– Pani Ewo, ja nie chciałem pani przestraszyć. Jest pani tu?

(Rozsuwa firanki, zasłony, zagląda do szaf, pod sofę. Jedno wydaje mu się pewnie. Jeśli ona tu jest, jest w zamkniętym pokoju. Dochodzi stamtąd zresztą płacz małego dziecka. Szapie za klamkę.)

– Jest tam ktoś?

– Mamusiu…

(Płacz.)

– Nie płacz.

(Płacz jest głośniejszy.)

– Jak masz na imię? Ile masz lat?

– Danusia. Ja chcę do mamy.

– Kto cię zamknął?

– Nie wiem.

– Masz klucz?

– Nie.

– Gdzie jest twoja mama?

– W pracy.

– Kiedy przyjdzie?

– Jak upiecze bułeczki.

– A gdzie jest pani Ewa?

– Śpi.

– U ciebie?

– Nie. W sypialni.

– Nie ma jej w sypialni.

(Płacz. Nie wie, co robić. Bardziej otwiera okno i wtedy zauważa dwie dłonie trzymające się kurczowo parapetu. Wygląda, wtedy widzi Ewę Koman wiszącą za oknem.)

– Proszę stąd iść, bo skoczę!

(Nie traci przytomności. Widzi, że Ewa jest drobna, łapie ją za przedramiona i wciąga do środka. Razem opadają na podłogę. Ciężko dyszą.)

– Mogła pani zginąć.

– Naprawę przysłał pana Piotr? Co u niego?

– Miau! Miau!

(To wrócił czarny kot.)

Scena 3

(Siedzą na podłodze, piją czerwone wino i oglądają okładki winylowych płyt. Młody czarny kot sobie odpoczywa.)

– Co pan woli? Beatę z Albatrosa, Pamelo, żegnaj, Pamiętam ciebie z tamtych lat?

– A co pani chce zaśpiewać?

Jadą wozy kolorowe, ale po francusku. Wersję Heleny Majdaniec. Zawsze chciałam być jak ona. Albo Ada Rusowicz. Kiedy była z Niemenem strasznie jej zazdrościłam. Chciałam być taką rockową babką.

– Dlaczego nie śpiewa pani swoich utworów?

– Znudziły mi się. W końcu.

– Chociaż kawałek, czegokolwiek.

– Danusia się obudzi.

(Idzie w kierunku drugiego pokoju, otwiera z klucza drzwi. Uchyla je i spogląda do środka.)

– Śpi.

(On widzi, że pokój jest różowy i jest w nim coś w rodzaju ołtarzyka z Jezusem, Matką Boską, itd. Zamyka drzwi, ale nie na klucz. Siada naprzeciwko niego.)

– Opiekuje się nią pani?

– Tak. Pozwalam jej spać u mnie. Mama pracuje na nocki w piekarni, mała boi się być sama w domu.

(Wstaje z podłogi. Wtedy on robi fałszywy ruch. Kot podnosi głowę.)

– Co to kurwa jest? Ty parszywa gnido! Chuju złamany!

(Zauważa w jego ręku telefon komórkowy.)

– Robisz mi zdjęcia? Nagrywasz?

– Nie, przysięgam…

– Jak to się stało? To Piotr też mnie zdradził?

(Płacze.)

– Chciałem tylko napisać esemesa do Piotrka, że pani żyje.

– Już ja to znam. Oddaj to!

(Podaje jej telefon. Ona chce wyrzucić telefon przez okno, ale telefon odbija się o framugę i wpada wprost do dłoni Jego. On oddycha z ulgą, ale jest przestraszony, nie jest w stanie wydobyć słowa. Patrzy na nią jak na zabójczynię. Ona spuszcza wzrok.)

– Przepraszam… Idź już sobie, gnoju. A Piotr niech już więcej do mnie nie dzwoni!

(Kot biegnie do przedpokoju.)

– Przyszłam po Danusię. Mam maślane bułeczki.

(Podaje przez otwarte drzwi papierową torebkę z bułkami. Nie chce się pokazać.)

– Danusia, skarbie, chodź tu do mnie… Danusia!

– Danusia śpi. A za bułki ślicznie dziękuję!

(Odbiera torebkę.)

– Jak ładnie pachną…

– Świeże. Prawdziwe. Niemrożone.

– Proszę, może pani wejdzie? Zjemy razem śniadanie.

– Jestem zmęczona. Chcę się jak najszybciej położyć.

– Ciężka praca.

– Oj tak… Ma pani gościa?

– Znajomy… Właściwie znajomy znajomego.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry.

(Podają sobie dłonie Przez drzwi. Jej dłoń jest upierścieniona, przez drzwi widać też fragment czarnej sukni, bogato drapowanej. To go intryguje.)

– Proszę wejść.

– Naprawdę dziękuję. Padam z nóg. Proszę przysłać potem Danusię do mnie.

– Nie, niech pani zaczeka… To ty zrobisz dla nas śniadanie. Marsz do kuchni! Szybciej!

(Zamiast iść do kuchni, łapie za dłoń i wciąga do kuchni kobietę, która wygląda jak karykatura Ewy Koman. Jest większa, potężniejsza. W pełnym makijażu, w czarnej peruce i czarnej sukni.)

– Co pan robi!?

(Szarpią się. Ona patrzy na nich oniemiała.)

– Na pewno pracuje pani w piekarni?

– Odwal się.

(Daje mu kopniaka w splot słoneczne, biegnie do pokoju, wyciąga z łóżka śpiącą Danusię i ucieka z mieszkania. Ona nie może dojść do siebie. Kuli się w sobie, płacze. On zdezorientowany, nie wie, o co tu chodzi.)

Scena 4

(Ona leży na łóżku i stopniowo zapada w sen. On siedzi obok, trzyma ją za ręce. On mówi do niej, nie widzi, że wzięła pigułki i zasypia.)

– Gdyby była mężczyzną, powiedziałbym, że to drag queen.

– Co takiego?

(Jeszcze jest przytomna.)

– Mężczyzna, który przebiera się za kobietę.

– Ale po co?

– Dla zabawy.

– Co w tym zabawnego?

– Ludzi to śmieszy. Przynajmniej niektórych.

(Pauza).

– Że też mnie to nigdy nie zastanowiło, że ona tak stale przez te drzwi…

– Jest twoim sobowtórem. Nie pracuje w piekarni, tylko w nocnym klubie. Jako Evita Coman. Naśladuje ciebie, śpiewa twoje piosenki.

– Ale po co?

– Bo ty nie chcesz, ale ludzie chcą ciebie słuchać.

– Przecież to nie ja.

(Już majaczy.)

– Ludzie chcą nawet namiastki ciebie.

– Ja nie jestem taka.

– Nie. Jesteś dużo ładniejsza, delikatniejsza. Ale ona ma nawet podobny głos. Chcesz posłuchać? Nagrania są w Internecie…

(Puszcza kawałek z telefonu. Jest to utwór „Gdzie są kwiaty…”.)

– Przepraszam, ty tego nie śpiewałaś. Niech będzie to…

(Chce puścić inny utwór, ale zauważa, że ona śpi. Odkłada telefon. Przykrywa ją kocem.)

– Zasnęła?

(Odwraca się przestraszony. Przed nim stoi wysoki mężczyzna, który już zmył makijaż, ale ma jeszcze ma na sobie czarną suknię.)

– Mam nadzieję, że mnie nie poznała.

Scena 5

(Oni rozmawiają w salonie. Drzwi do sypialni są zamknięte.)

– Wszystko skończyło się, kiedy biegała nago po mieście. Od Starówki do Rotundy. Wyobraża pan to sobie?

– Nie.

– To był jej ostatni występ. Oficjalnie nikt nic nie napisał i nie powiedział. Nie było jeszcze wtedy „Pudelka”. Mówiło o tym tylko środowisko. Za to całe. Kawiarnie trzęsły się od śmiechu.

– Jak do tego doszło?

– Była pijana. Zawsze dużo piła, a wtedy mogła pić jeszcze więcej… Lars zaczął podawać jej narkotyki.

– Kim jest Lars?

– Lars Habon… Właściwie nazywał się Franciszek Kmita, ale wszyscy mówili na niego Lars, bo przyjechał ze Szwecji. Był korespondentem tamtejszej telewizji, kręcił materiały o Polsce i przy okazji przywoził narkotyki. Dużo narkotyków. Głównie kokainę. Wtedy nikt nie sprawdzał na granicach, bo chyba nawet nikt nie wiedział, co to jest. No i Ewa uzależniła się. I zakochała się. To był jej koniec.

– Jakie to były lata?

– Koniec siedemdziesiątych. Ewa zamilkła. Razem z Larsem przenieśli się na prowincję, założyli Teatr Pieśni Słowiańskich, teatr, który nigdy nie zagrał ani jednego przedstawienia czy koncertu, i sobie ćpali w najlepsze. Przez niego się stoczyła. Straciła głos… O żadnym śpiewaniu z jej strony nie ma mowy. Więc jeśli przyjechał pan namówić ją na powrót, to traci pan czas.

– Przyszedłem, bo…

– Wielu chciało jej pomoc. Nikomu się nie udało. I panu też nie uda.

(Pauza.)

– Skąd pomysł, żeby…

– Żeby śpiewać za nią? Zatrudnił mnie Kabaret Złota Kaczka, żeby jej dopiec, ośmieszyć. Miałem być jej karykaturą, parodią. Ale ludzie już na moim pierwszym występie płakali. Zawsze płaczą, kiedy kończę śpiewać Main Idische mame … Tak, płaczą przy żydowskiej piosence śpiewanej przez faceta udającego kobietę, wielką divę…

(W tym czasie ona wstaje, delikatnie otwiera sypialnię i skrada się do drzwi wyjściowych.)

– Od kiedy to trwa?

– Od ponad trzydziestu lat. Tyle, że od dawna śpiewam na własne konto, to jest konto Evity Coman. Kalendarz mam zapisany do końca 2023 roku.

– I ona o tym nie wie?

– Wie, tylko udaje, że nie wie. Oddaję jej część zarobków. Dzięki mnie ma na czynsz i na jedzenie.

– Chyba dzięki sobie.

– Ma pan rację. Dzięki sobie.

(Pauza. Wpatrują się w siebie.)

– Jak ją pan poznał?

– Na studiach. Jestem… jej mężem. Pobraliśmy w 1967 roku i nigdy nie rozwiedliśmy.

– A Danusia?

– To córka Larsa. Zabrałem ją od niego. Znalazł sobie nową ofiarę, młodą aktoreczkę.

– Dalej ćpa?

– Nie, dawno temu został buddystą. Reżyseruje monodramy, w których ta młoda jest gwiazdą. Listy papieża, Wyznania Faustyny, Proroctwa Fatimskie, coś w tym rodzaju.

(Pauza.)

– Danusia ma Zespół Aspergera i niczym się nie przejmuje. I niech pan też się nie przejmuje. Ona jest szczęśliwa.

– Kto? Ewa czy Danusia?

(Nie wie, co powiedzieć. Zdejmuje suknię, zostaje w halce.)

– Wiem, że brzmi i wygląda to strasznie, ale nic na to nie mogę poradzić. Bagno.

(Ona wychodzi z mieszkania niezauważona.)

– Musi tu siedzieć? Ok, nie może śpiewać, ale przecież może wyjść do ludzi. Wykorzystywać swoją sławę.

– Po co? Żeby być jurorką w jakimś reality show? Gotować w „Pytaniu na śniadanie”? Promować buty czy nowo otwarte SPA? To nie dla niej.

– To, co? Lepiej czekać na śmierć?

– Dla niej lepiej.

(Wstaje zdenerwowany.)

– Jak tak można. Nie zgadzam się!

– A ja się nie zgadzam, żeby był pan taki głupi. (pauza) I co? Posłucha mnie pan?

– Coś trzeba zrobić. Nie wolno patrzeć, jak wybitna kobieta, pieśniarka, człowiek, marnuje swoje życie.

– Co się tutaj dzieje?!!!

(Ona wraca. Wesoła, uśmiechnięta, silna. Patrzą na nią z niedowierzaniem.)

Scena 6

(Ona biega po mieszkaniu i śpiewa. On klaszcze. „Evita” gra na tamburynie.)

– „Kupujcie bubliczki, gorące bubliczki, nakarmię was… Tę prośbę mam jedną, wspomóżcie mnie biedną, choć jeden raz…”.

(Brawa. Teraz zaczyna śpiewać „Oczi czornyje”.)

– Nie widzi pan? Jest świetna. I śpiewa. Ma głos!

– Nie zna się pan. To połowa tego, co miała. Co ja mówię. Ćwiartka! I to po narkotykach.

(Patrzy z niedowierzaniem.)

– Wyszła na chwilę, do dilera.

– Koks?

– Nie stać jej. Kupuje tylko jakieś tanie dopalacze. Chińskie świństwo.

(Chce iść do niej. Zatrzymuje ją.)

– Zostaw. Niech się wyśpiewa.

(Teraz śpiewa „Jadą wozy kolorowe”. Odbiera tamburyn, grzechocze nim, tańczy. Oni biją brawo.

Po chwili Ona gaśnie.)

– Położę się.

– Tak będzie najlepiej.

Scena 7

(On siedzi przy niej na łóżku i trzyma ją za rękę. Ona jest przytomna, zadowolona.)

– Jesteś piękny, młody i utalentowany. W pewnym momencie masz wszystko. I chcesz więcej. Jeszcze więcej. I wtedy pojawia się Diabeł. A zawsze byłam tylko zwykłą babą, która lubi śpiewać piosenki.

(Uśmiecha się.)

– Chyba pora, żebyś zadzwonił do Piotra.

(Wyjmuje telefon i wybiera numer.)

– Siema…

– Strasznie długo się nie odzywałeś!

– Przepraszam, trochę mi zeszło…

– Byłeś u niej?

– Jeszcze jestem.

– I?

– Wszystko w porządku… Pani Ewa jutro do ciebie zadzwoni.

(Ona unosi kciuk do góry. On mimowolnie uśmiecha się, ale delikatnie.)

– To super. Dobra robota, stary. Dzięki.

– Nie ma sprawy. Muszę kończyć.

– No to zdzwonka. Hej.

– Hej.

(Rozłącza się. Spogląda na Ewę. Ona udaje, że śpi. Wtedy On coś sobie przypomina.)

– Czy mogę prosić panią o autograf?

(Ona nie odpowiada. On ostrożnie wychodzi z mieszkania, zamykając za sobą drzwi.)

KONIEC.