
Nie chciałem zabić Lisa. Mimo to strzeliłem. A raczej to on strzelił – myśliwy, w którego się wcieliłem, nie zdając sobie sprawy, że to on wcielił się w mnie. Po dokonanej przez niego egzekucji, łapa Lisa wciąż tkwiła w muszli klozetowej, łeb leżał na ziemi. Pociągnął za sobą tułów. Ciało wygięło się, przybierając kształt łuku tryumfalnego. Jeśli miał upamiętniać jakieś zwycięstwo, to na pewno nie życia nad śmiercią.
Uciekłem. Strój myśliwego zostawiłem przy rozstrzelanym zwierzęciu. Biegłem nagi przez śmietnisko, potykając się co chwila to o rzeczy, to o ludzi. Do domu dotarłem późno, poobijany, zakrwawiony, brudny, wytarzany w odpadkach.
Jeden z nich był, zdaje się, kobietą. Gdy w nią upadłem, objęła mnie i nie chciała puścić. Szeptała, bym jej nie zostawiał, że od dawna nie czuła ciepła czyjegoś ciała, że nie może, nie potrafi, żyć sama, że przecież ma zrobione usta, piersi, pupę, nie widać, że ma już trzydzieści dziewięć lat, że można jej dać najwięcej dwadzieścia pięć, a jak dodać do tego fakt, że już się ściemnia, to wyjdzie osiemnaście, i to niecałe, bo urodziny ma w czerwcu, a jest dopiero maj.
Próbowałem się wyrwać, ale osiemnastoletnia dwudziestopięciolatka pod czterdziestkę, nie odpuszczała. Podniosłem się więc z nią i ruszyłem dalej. Wisiała na mnie jak plecak niesiony z przodu i ciągle mówiła: „jestem całkiem niepełnoletnia, jak na mój wiek. Dlaczego mnie wyrzucili? Przyszli po mnie do kliniki, byłam tuż po zabiegu, z jeszcze obandażowaną twarzą. «Tę mumię też!», krzyknął jeden z nich, wskazując na mnie. «Mumie to są w piramidach», odparłam, «ja się robię na bóstwo». «A gówno!», on na to i zakończył dyskusję.
Związali mnie, wynieśli i przywieźli tutaj razem z innymi pacjentkami. Nie wszystkie miały tyle szczęścia co ja. Zabrano je w trakcie operacji, nie pozwalając nawet zaszyć tego, co zostało rozcięte. Monstra z rozerwanymi piersiami, próbujące upchnąć w nich silikonowe wkładki, maszkary z rozszarpanymi wargami, zwisającymi z ust w oczekiwaniu na wypełnienie kwasem hialuronowym, potwory o rozoranych nosach, pociętych policzkach, z tłuszczem kapiącym z brzuchów po przerwanej liposukcji. Zabrakło im kilku ruchów skalpela i tygodnia na zejście opuchlizny, aby mogły zachwycać.
Nie zostałam z nimi. Nie mogłam na nie patrzeć. Nie chciałam też budzić w nich zazdrości swoim widokiem. Kiedy byłam pewna, że dostatecznie od nich się oddaliłam, ostrożnie odwinęłam twarz z bandaży. Nachyliłam się nad kałużą benzyny, żeby się przejrzeć. To, co zobaczyłam, upewniło mnie, że słusznie postąpiłam zostawiając moje zmasakrowane towarzyszki. Byłam tym, czym chciałam, a w co one nie zdążyły się przeistoczyć – bóstwem. Istotą bez wieku, spoza czasu. Świeżo naciągnięta skóra, powiększone usta, wymodelowane kości policzkowe, nadawały mojej twarzy nieludzki wyraz. Oblicze bogini. Bogini Piękna”.
Jak na zwykłego urzędnika, miałem dość koszmarny dzień, a „bogini piękna” wcale nie czyniła go przyjemniejszym. Biegłem co tchu, a ona opowiadała mi, jak zrobiła pełen make-up, przeglądając się w cuchnącej ropie, jak w pewnym momencie musiała przerwać, bo wpadło do niej jakieś pisklę i musiała poczekać, aż utonie, a tafla bajury się uspokoi, żeby mogła dokończyć swoje dzieło, którym była ona sama. Że malując się ma wrażenie, że tworzy swój pseudo-autoportret. Auto-, bo maluje siebie, pseudo-, ponieważ robi to, aby jak najmniej siebie przypominać. Nic mnie to nie obchodziło. Na szczęście właśnie zbliżaliśmy się do wież strażniczych i ogrodzenia z drutu kolczastego oznaczających granicę wysypiska.
„Doktor płakał jak mnie kończył, a pielęgniarki biły brawo, gdy wyjeżdżałam z sali operacyjnej” – wyznała. Przypadkiem spojrzałem jej w oczy. Zatrzymałem się. Miały niespotykaną, urzekającą, hipnotyczną barwę. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. „Kolorowe soczewki-zerówki w odcieniu «tajemniczy szary». W zależności od podkładu używam też «morskiej zieleni», «piasku pustyni», «piekielnej czerwieni», «zezowatego szczęścia», na Halloween «wzroku Bazyliszka»”, wyjaśniła, obijając mi twarz niedorzecznie wielkimi wargami.
Jej uścisk zelżał, słabła. Zaczęła powoli się po mnie zsuwać, jak owoc rozkwaszony na ścianie. Nie mówiła nic, tylko przylgnęła wielgachnymi ustami do mojego ciała, a rozmazany ślad czerwonej szminki ciągnął mi się nieprawdopodobnie szerokim pasem od szyi do podbrzusza. Tam odpadła ode mnie ostatecznie, by zniknąć w stosie zużytych prezerwatyw. „Piękna, żegnaj”, pomyślałem i ruszyłem w stronę bramy wysypiska. Przedstawiłem się strażnikowi numerem obywatela – dane personalne zlikwidowano u nas wiele lat wcześniej. Chodziło o zoptymalizowanie procedur administracyjnych. Bez babrania się w literkach sprawniej przewlekały się w nieskończoność. Społecznym celem reformy było natomiast zrównanie posiadaczy śmiesznych nazwisk z nieśmiesznymi oraz skończenie z rankingami najmodniejszych imion, bo te niemodne nie mogły nie tylko ich wygrywać, ale nawet się w nich znaleźć, co było oczywistą niesprawiedliwością.
Moją tożsamość potwierdziły cztery cyfry. Dużo to, czy mało? W każdym razie, byłem wolny.
Niedługo.
Tydzień po fatalnej inspekcji, w dniu moich trzydziestych urodzin, zaczęła obowiązywać ustawa stwierdzająca nieużyteczność społeczną trzydziestolatków. „Ci bezczelnie udający młodych, starcy” – głosiła – „rzadziej wychodzą na miasto, marzą o ustatkowaniu, chcą zakładać rodziny, a najbardziej zwyrodniali z nich nawet je zakładają, pracują na pełen etat, płacą rachunki, wywieszają pranie. Kiedy mają schlać się na umór? Między przewijaniem a karmieniem?! Wolne żarty! To ludzie straceni! Nie ma z nich żadnej przyjemności! Dlatego trzeba ich spomiędzy nas usunąć. Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, mają bezzwłocznie udać się na śmietnik historii naszej szczęśliwej, luźnej zbiorowości, bo przecież nie, tfu, tfu, tfu, wspólnoty!”.
Zapoznawszy się z nowymi przepisami, bez zbędnej zwłoki zacząłem zmieniać się fizycznie w starca. Siwe, nieco już przerzedzone włosy, zmarszczki na twarzy, uwydatniony brzuszek, okulary. Gdybym teraz założył strój, w którym przydybałem Lisa, wyglądałbym jak emerytowany gajowy. W moim nagłym przeobrażeniu nie było niczego dziwnego. Rzeczywistość, a ja byłem jej integralną częścią, zastosowała się do ustawy, bo należała do naszego idealnie skrojonego świata. Trochę to trwało, zanim nauczyła się zgodności z naszymi dyrektywami. Gdy im nie odpowiadała, zabudowywaliśmy ją więzieniami, łagrami, katowniami, przekopywaliśmy dołami śmierci, zawalaliśmy gruzami miast, rozdzieraliśmy krzykiem niewinnych. W końcu zrzuciliśmy na nią stertę naszych rozporządzeń. Gąszcz paragrafów, niejasne przepisy, sprzeczne interpretacje, niekończące się wymogi, pozwolenia, wezwania, oświadczenia, sprawozdania, kontrole, podania, wszczęcia, umorzenia, decyzje, zawieszenia, ostatecznie ją dobiły. Załamała się, zrezygnowana opuściła głowę, westchnęła ciężko i grzecznie pobrała numerek w kolejce do urzędnika, który odprawi ją z kwitkiem za braki w dokumentach.
Podstarzały przeto zgodnie z ustawowym obowiązkiem, w majestacie prawa, poszedłem na wysypisko. Znalazłem hałdę, w którą spadła „Piękna”. W międzyczasie urosła trzykrotnie. Powstał kurhan godny bogini. Nastroił mnie refleksyjnie. Ot, weźmy taki kult młodości. Najpierw, przez krótką chwilę, uczestniczymy w nim w roli kapłanów, by potem, do końca życia, być jego ofiarami. Od ilu ziarenek zaczyna się stos? Czy to ważne, co było pierwsze – jajko, czy kura – gdy jest się jajecznicą? Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. A z dziadkiem, jeśli nie miałby wąsów? Byłby babcią, czy po prostu dziadkiem bez wąsów? Cmokają nad tymi Bayernami, Realami, Liverpoolami, ale żadna z tych drużyn nie zdobyła tylu mistrzostw Polski, co Legia. Witkacy, gdyby żył, to by wył.
Pogrążony w takich myślach błądziłem bez celu wśród odpadków naszej cywilizacji, samemu będąc jednym z nich. I tak ponownie trafiłem na Lisa. Wciąż wyginał się w tryumfalny łuk. Usiadłem obok.
Gdzieś, wcale nie tak daleko, jak mogło się wydawać i jak jej samej się wydawało, znajdowała się metropolia młodych. Nie widziałem jej przez góry wyrzuconych przez nich śmieci. Ale słyszałem ich śmiech przebijający się przez głębokie basy dudniące w lokalach, w których się bawili. Leciał właśnie najnowszy hit – Bella ciao w zremasterowanej wersji electro-industrial z elementami dubstepu i rapowymi wstawkami. Petarda, nie remix. Ta pieśń, wykonywana pierwotnie przez włoskich robotników, opiewała smutny los bojownika oddającego swe życie za wolność, ale nikomu na parkiecie to nie przeszkadzało. Wokół mnie zgromadziły się, takie jak ja, cienie trzydziestoletnich starców. Nasłuchiwały przez chwilę, po czym odchodziły snuć się smętnie wśród dookolnego syfu. Nucąc – „e quest’è il fiore del partigiano/ o bella ciao, bella ciao, bella ciao ciao ciao/ e quest’è il fiore del partigiano/ morto per la libertà” – domyślały się może, że dziś nie ginie się dla wolności, ale przez nią, czego same są najlepszym dowodem.
Nie poszedłem z nimi. Miały swój bezsens, ja zostałem przy swoim, przy Lisie. Wśród rechotu młodzieży i klubowego bitu, nie mając nic lepszego do roboty, postanowiłem umrzeć.