Antoni Winch / DWAJ PANOWIE W.

Byli synami wielkich ojców, których do pewnego stopnia zawiedli, a w każdym razie nie do końca spełnili nadzieje pokładane w nich przez szacownych rodzicieli. Pierwszy urodził się w Warszawie, nigdy nie narzekał na nadmiar pieniędzy. Drugi przyszedł na świat cztery lata później w Wiedniu i swojego całkiem pokaźnego majątku się zrzekł. Żyli twórczo, w niepokoju, niedopasowaniu, po swojemu. Krzywdzili ludzi. Nigdy się nie spotkali.

A mogliby. Ot, choćby w roku 1916 na Ukrainie. Wątpliwe, aby udało im się wtedy bliżej zaznajomić. Przeszkadzałby im w tym grzmot artyleryjskich dział, huk eksplodujących granatów, hurkot karabinów, błagania rannych, wycie konających, no i trudny do pominięcia fakt, że służyli w dwóch wrogich armiach. Prędzej zatem wzięliby się na bagnety niż się sobie przedstawili. Szkoda, bo odłożywszy broń i przełamawszy pierwsze lody, zapewne zastanowiliby się wspólnie nad tym, co ich w środek wojennej ruchawki sprowadziło. Choć starszy zrazu orzekłby bez wahania, że śmierć, a młodszy, z podobnym przekonaniem – życie – to niewykluczone, iż w dalszym toku tej ciekawie zapowiadającej się konwersacji doszliby do wniosku, że w gruncie rzeczy szło im o to samo. Jedenaście lat później kolega po fachu obydwu tak zdefiniował „egzystencjalno-ontologiczne pojęcie śmierci”: „śmierć jako kres jestestwa jest najbardziej własną, bezwzględną, pewną, a jako taka nieokreśloną, nieprześcignioną możliwością jestestwa. Śmierć jest jako kres jestestwa w byciu tego bytu ku swemu kresowi”, innymi a wciąż Heideggerowymi słowy, „egzystencjalne pojęcie umierania” to „bycie rzucone ku najbardziej własnej, bezwzględnej i nieprześcignionej możności bycia”.

Jakbyśmy nie żyli, zawsze będziemy umierać. I to bez wytchnienia, aż do zdechu. Jestestwo, twierdzi Martin Heidegger, „będąc ku swojej śmierci, umiera […] faktycznie, i to ciągle – dopóki nie utraci swego życia”. Taki orzech trudno zgryźć, a jeśli się uda, to za cenę zgrzytania zębów. Oraz płaczu. Niewesoła perspektywa. Ale też katartyczna. I, co tu kryć, inspirująca. Śmierć jest brzemienna. Brzemienna w znaczenia. „Czyni ludzi cennymi i patetycznymi”, napisał o niej Jorge Louis Borges, rówieśnik młodszego z panów W. Heidegger zresztą też.

Kiedy 28 lipca 1914 roku zaczynał się ostatecznie kończyć wiek dziewiętnasty, a w tym samym czasie kończyło się nieodwoływalnie zaczynać stulecie dwudzieste, bohaterowie niniejszych rozważań poczuli, że stanęli przed szansą na nadanie sobie wartości i patosu. Nawet jeśli miałoby to polegać na skonaniu w jakimś leju po bombie lub na kolczastym drucie zasieków. Bądź co bądź „nic szczególnego w istocie nie stanie się, jeśli nawet umrzeć – już tysiące miliardów dusz zniosło śmierć i żadna nie wróciła, by się skarżyć”, jak nie bez racji kombinuje Komiagin w Szczęśliwej Moskwie Andrieja Płatonowa, kolejnego przedstawiciela rocznika wiedeńskiego W.

W ówczesnej Europie niewielu było zresztą takich, co by narzekali. Wedle Modrisa Eksteinsa pierwszą wojnę światową postrzegano powszechnie jako „coś większego niż tylko militarną konfrontację: było to wszechogarniające zdarzenie duchowe, w którym zlewały się ze sobą naród, kultura i misja”. Dla W. była ona czymś takim i zarazem czymś takim nie była. Stanowiła dla nich faktycznie „wszechogarniające zdarzenie duchowe”, jednak nie wiązali go z „narodem, kulturą i misją”, lecz z osobistą sferą przeżyć o charakterze metafizycznym. Nie walczyli za króla, cesarza, rodaków czy ojczyznę, walczyli za i dla siebie.

„Może bliskość śmierci” – W. austriacki myślał głośno w zaciszu swoich prywatnych zapisków przed wyruszeniem na front – „obdarzy mnie światłem życia. Niech Bóg mnie oświeci. Jestem robakiem, lecz dzięki Bogu stanę się człowiekiem. Niech Bóg będzie ze mną. Amen”. W. polski takich ambicji nie miał. Pragnął umrzeć, karząc się tym za winy, jakich się dopuścił. „Nie mam nic z tych wartości, z których nowe życie stworzyć można” – zanotował w drugiej połowie czerwca 1914 roku – „nie można znieść swojej moralnej śmierci za życia. To okropne. Śmierć oczyści to wszystko” – a 5 sierpnia, wiedząc już o wybuchu wojny, zawiadamiał rodziców: „chciałbym teraz być tam i bić się, i zginąć przynajmniej godnie”.

Dręczyły go wyrzuty sumienia. Niecałe sześć miesięcy wcześniej jego narzeczona popełniła samobójstwo. Wieść gminna niosła wówczas, a dziś wieść badawcza to z dużą dozą prawdopodobieństwa potwierdza, że była z nim w ciąży. On potomstwa mieć nie chciał. Przekonała się o tym później żona W., którą skłonił do aborcji. Jadwiga Janczewska, niedoszła panna młoda sprzed wojny, nie była tak otwarta na świadome macierzyństwo jak jej imienniczka z Unrugów. Albo pojmowała je szerzej, niż tego od niej wymagano. W każdym razie zdecydowała się zabić dziecko, zabijając siebie. Dla jej już na wieki przyszłego męża było to o jednego trupa za dużo. Wpadł w głęboką rozpacz, myślał o odebraniu sobie życia. Jakoś mu się nie złożyło. Na szczęście, przynajmniej dla niego, 28 czerwca Gavrilo Princip zastrzelił w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, czym stworzył Witkacemu doskonałą okazję do tego, aby „zginąć […] godnie”, czyli na polu bitwy.

Za drugim z naszych panów W. nie ciągnął się do okopu aż tak ciężki tren krzywd wyrządzonych ludziom, którzy mieli nieszczęście się z nim zetknąć. Zaczął go szyć potem. A to policzkując, ciągnąc za włosy albo po prostu waląc po łbach uczoną przez siebie dziatwę wiejską, a to dusząc w obiecującym zarodku dobrze zapowiadające się kariery swoich kochanków, by następnie katować ich emocjonalnie. Takim dubeltowym świństwem uraczył, na przykład, Francisa Skinnera – zdolnego, małomównego studenta, którego zmusił do odejścia z uniwersytetu – i to nie byle jakiego, bo Cambridge – i zatrudnienia się w fabryce, podczas gdy sam wyjechał do Norwegii, aby tam oddawać się swojej pracy istotnej. Skinner był trochę taką Janczewską Wittgensteina. Postacią nie tak tragiczną, ale podobnie zgwazdraną, zlekceważoną i odtrąconą. Dając miłość, otrzymał w zamian chłód, udrękę tęsknoty, niepewność wzajemności. Nie był w ciąży, nie zabił się, zmarł z przyczyn naturalnych na chorobę Heinego-Medina 11 października 1941 roku. Po jego śmierci „Wittgenstein nieustannie wyrzucał sobie, że nie dochował mu wierności w ciągu ostatnich dwóch lat jego życia. Mamy racjonalne powody, by przypuszczać” – twierdzi Ray Monk – „że owo poczucie winy wiąże się z uczuciem Wittgensteina do pewnego kolegi Skinnera, młodego robotnika nazwiskiem Keith Kirk”. Chłopak nie był świadom, iż jest obiektem westchnień jednego z największych filozofów dwudziestego stulecia.

Co innego z Witkacym. Ten się z niczym nie krył. Zaraz po aborcji przez eutanazję Janczewskiej latał dla uśmierzenia bólu do Ireny Solskiej. Jej towarzystwo nie przyniosło Stanisławowi Ignacemu upragnionego ukojenia. Nie dała mu go też podróż do tropików z Bronisławem Malinowskim. Jedynym antydotem na cierpienie okazały się kamasze. Miał w nich przejść przez Styks albo chociaż Letę, ale doszedł li tylko nad Stochód. Wittgensteina szlak bojowy wiódł z kolei wzdłuż rzeki Prut. Podczas swojej służby zgłaszał się do najniebezpieczniejszych zadań. Wierzył, że wystawiwszy się kostusze na cel w trakcie ich wykonywania, dozna, jak ujmuje to jego biograf, „oświecenia”. Chyba mu się udało. „Gdyby […] spędził całą wojnę na tyłach” – spekuluje Monk – „Tractatus pozostałby tym, czym według wszelkiego prawdopodobieństwa był w swej pierwotnej postaci: rozprawą o naturze logiki”. Tymczasem to, co autor Dociekań filozoficznych przeżył jako żołnierz cesarsko-królewskiej armii – włącznie z niewolą w skądinąd, bo z kiedy indziej, dobrze Polakom znanym opactwie benedyktyńskim na Monte Cassino – sprawiło, że w Traktacie logiczno-filozoficznym znalazły się „uwagi dotyczące etyki, estetyki, duszy i sensu życia”.

Do zainteresowania się tymi kwestiami Stanisław Ignacy wojny na pewno nie potrzebował. Poszedł na nią po nemezis. Tym, z czym z niej wrócił, był natomiast jakiś rodzaj epifanii. Nie idzie tu o jej wymiar, nazwijmy to, historiozoficzny, bo ten wydaje się oczywisty, ale Wittgensteinowski. Witkiewicz Wittgensteinem nie był, a Wittgenstein Witkiewiczem, na to nic nie poradzimy. Możemy jednak czytać jednego przez drugiego. I na odwrót. Otrzymamy w ten sposób palimpsest metafizycznym nienasyceniem zapisany, żądzą absolutu, poszukiwaniem go ze świadomością, że nawet jeżeli uda się go odnaleźć, czy choćby doń zbliżyć, to wszystko, co będzie można na jego temat powiedzieć, wyrazi się w milczeniu.

Mogą je poprzedzić rwące słowotoki – występujące spienionymi falami neologizmów, hiperbol, metafor, porównań z płytkich koryt, jakimi język zwykle leniwie meandruje szlamowatą stróżką codzienności – jak u Witkacego. Jego stylistyczne harce nie miały waloru wyłącznie literackiego popisu. Michał Głowiński zauważył, iż były one również „próbą wyartykułowania czegoś, próbą podejmowaną nieustannie od nowa i nigdy niekończącą się pełnym sukcesem”. Były elokwentną niemotą. W swych najwspanialszych przejawach dowodziła, po pierwsze, słuszności spostrzeżenia Wittgensteina z Dociekań filozoficznych, gdzie czytamy, iż „język jest labiryntem ścieżek. Przybywasz z jednej strony i orientujesz się w sytuacji; przybywasz do tego samego miejsca z drugiej, i już się nie orientujesz”, zaś po drugie i znacznie istotniejsze, stanowiła praktyczne potwierdzenie tezy zawartej w Wykładzie o etyce z roku 1929. „Wszystkie moje skłonności i, jak sądzę, skłonności każdego z ludzi, którzy kiedykolwiek próbowali pisać czy mówić o Etyce lub Religii, sprowadzały się” – czytamy w liście Ludwiga do Heretyków – „do zmagań z granicami języka. To zmaganie się ze ścianami naszego więzienia jest doskonale, absolutnie beznadziejne”.

Wielkich moralistów, nieoficjalnych doktorów Kościoła, obrońców cnót, z naszych panów W. nie zrobimy. Zwłaszcza po tym, co już wiemy o ich zachowaniu wobec bliźnich. Faktem jest jednak, że Wittgenstein udał się w 1937 roku z pokutną pielgrzymką do Otterhal, by osobiście przeprosić swych niegdysiejszych uczniów za to, że jedenaście lat wcześniej był dla nich straszliwym wychowawcą. Prawdą jest również, iż Witkacy złożył swoisty hołd Janczewskiej, wzorując na niej w dużej mierze postać Zofii Osłabędzkiej w Pożegnaniu jesieni. Przekazał w ten sposób pamięć o niej, jej cierpieniu, bólu, rozpaczy, chociaż ona sama wolałaby zapewne, żeby po prostu ją kochał i nie zostawiał w obliczu trudnej, życiowej próby. Takiego aktu miłosnego poświęcenia się odeń nie doczekała. Otrzymała za to miłością uświęcony – i, last but bynajmniej not least, wyrzutami sumienia – literacki pomnik. Zawsze coś.

„Etyka i estetyka to jedno”, zanotował Wittgenstein w swoim wojennym dzienniku 25 lipca 1916 roku. Spod pióra Stanisława Ignacego tak jednoznaczna deklaracja nigdy nie wyszła. Scena samobójstwa ciężarnej, zdradzonej przez Bazakbala, Osłabędzkiej, a nade wszystko uzasadnienie Teorii Czystej Formy pokazują jednak, że refleksje autora Szewców szły w podobnym kierunku lub, jak kto woli, ze zbliżonego miejsca brały początek. „O ile dawniej możliwym było powstawanie dzieł sztuki bez użycia środków perwersyjnych, o tyle dziś” – przekonywał zakopiańczyk z Warszawy – „na tle gorączkowego tempa życia, społecznej mechanizacji, wyczerpania wszystkich środków działania i artystycznego zblazowania, koniecznym się stało używanie środków perwersyjnych”. Słowo „etyka” nie pada tutaj tak wielokrotnie, że w ogóle. Milczy się o niej, ją mając cały czas na względzie. Podkreślone przez Witkacego zjawiska – „gorączkowe tempo życia” oraz „społeczna mechanizacja” – nie pozostają wszak na nią bez wpływu. Kształtują one duchową konstytucję mieszkańca nowoczesnego Zachodu. Nie ma ci ten sflaczały gagatek czasu (tempo życia), a co gorsza, potrzeby (mechanizacja), aby wzorem dawnych tytanów przeszłości – kapłanów, myślicieli, artystów – stanąć naprzeciw Istnienia i w bojaźni oraz drżeniu rzucić mu w nieodgadnioną gębę sakramentalne – kiz dziadzi?!

Pytanie to, które zdaniem Witkiewicza legło u podstaw religii, filozofii i sztuki, jest spoiwem łączącym etykę i estetykę. Kolejne epoki różnie je stawiały i odmiennie na nie odpowiadały. Platonem, Augustynem albo innym Kantem bądź Heglem, po jońsku, gotycku, à la moderne, Homerycko, Dantejsko, Bajronicznie i jak tam jeszcze uznały za stosowne. Nasza nie jest gorsza, a cwańsza, bo nauczona błędami poprzedniczek. Nie wierci, jak tamte, człowiekowi dziury we wątpiach egzystencjalnymi zagadkami. Cznia na niego i na nie, cznia na wszystko. Nie strzępi sobie języka „absolutnie beznadziejnie”, liżąc „ściany naszego więzienia”, nie gada „niepotrzebnych rzeczy”, przenosząc ten przykry przywilej obarczenia wzniosłą powinnością z ludzi na przyrodę. Współczesny teatr w swej postdramatycznej odmianie bywa medium tej epistemologicznej i aksjologicznej tranzycji międzygatunkowej. Hans-Thies Lehmann zauważył, iż niektóre „estetyczne figuracje” pewnych jego nurtów „wskazują na alternatywę dla antropocentrycznego ideału uporządkowania natury”.

Urodzeni w nim duchowni, filozofowie i twórcy – parzysto- lub nieparzystokopytni, nisko- bądź wysokopienni, rzeczni, strączkowi, bulwiaści, zmiennocieplni, czterolistni, czy jacy tam będą, jeżeli będą – zachrumkają może kiedyś, zaświergolą albo zaszumią nostalgicznie na wspomnienie dwóch panów W. i ich szamotaniny na granicach języka, za którymi rozciągała się Wielka Tajemnica nie do opisania w słowach. Geniusze postantropocenu, po tym chwilowym poddaniu się swym humanistycznym atawizmom, otrząsną się z nich szparko, gdzieś raźno zaryją, coś z wilczym apetytem przeżują, zagdaczą, rykną, wyiskają się i pójdą spać, pyląc się jeszcze po krzakach tudzież gżąc gdzie popadnie na dobranoc.

„A straszliwe monstra […] drzemią w tajemniczych pieczarach naszych dusz, czekając tylko odpowiedniej chwili, aby się przebudzić […]. Mówię: monstra dodatkowe, wyhodowane jako uboczne produkty cywilizacji, pomijając już zdrowe piękne bydlę, na tle którego jak ohydne nowotwory powstały” – straszy nas Witkacy; „gdyby ludzie nie robili czasem głupot, nie dokonaliby niczego rozumnego”, pociesza Wittgenstein. Oby tym razem nie przesadzili z głupotą i mogli wrócić do zdrowego rozsądku. Na dwóch nogach, jeśli dadzą radę, i w pozycji wyprostowanej, o ile można mieć na to jakąkolwiek nadzieję.

Literatura przedmiotu w Literaturze podmiotu:

  1. Jorge Louis Borges, Nieśmiertelny, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, [w:] Jorge Luis Borges, Alef, Czytelnik, Warszawa 1972.
  2. Modris Eksteins, Święto wiosny. Wielka wojna i narodziny nowego wieku, przeł. K. Rabińska, PIW, Warszawa 1996.
  3. Michał Głowiński, Witkacy jako pantagruelista, [w:] Studia o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, pod red. M. Głowińskiego, J. Sławińskiego, Ossolineum, Wrocław-Gdańsk 1972.
  4. Martin Heidegger, Bycie i czas, przeł. B. Baran, PWN, Warszawa 2007.
  5. Hans-Thies Lehmann, Teatr postdramatyczny, przeł. D. Sajewska, M. Sugiera, Księgarnia Akademicka 2004.
  6. Ray Monk, Ludwig Wittgenstein. Powinność geniusza, przeł. Adam Lipszyc, Łukasz Sommer, Wydawnictwo KR, Warszawa 2003.
  7. Andriej Płatonow, Szczęśliwa Moskwa, [w:] A. Płatonow, Szczęśliwa Moskwa, Spor, Powieść techniczna, przeł. i posłowie H. Chłystowski, Czytelnik Warszawa 1997.
  8. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Jedyne wyjście, oprac. A. Micińska, PIW, Warszawa 1993.
  9. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy, t. I, oprac. T. Pawlak, PIW, Warszawa 2013.
  10. Stanisław Ignacy Witkiewicz, O Czystej Formie, [w:] S. I. Witkiewicz, Czysta Forma w teatrze, wyb., wstęp i noty J. Degler, WAiF, Warszawa 1986.
  11. Ludwig Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, przeł. wstęp i przypisy Bogusław Wolniewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.
  12. Ludwig Wittgenstein, Notatniki 1914-1916 (fragmenty), przeł. W. Walentukiewicz, [w:] L. Wittgenstein, Uwagi o religii i etyce, tłum. M. Kawecka, W. Sady, W. Walentukiewicz, wprowadzenie W. Sady, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995.
  13. Ludwig Wittgenstein, Uwagi różne, przeł. M. Kawecka, [w:] L. Wittgenstein, Uwagi o religii i etyce, tłum. M. Kawecka, W. Sady, W. Walentukiewicz, wprowadzenie W. Sady, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995.
  14. Ludwig Wittgenstein, Wykład o etyce, przeł. W. Sady, [w:] L. Wittgenstein, Uwagi o religii i etyce, tłum. M. Kawecka, W. Sady, W. Walentukiewicz, wprowadzenie W. Sady, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995.