Antoni Winch / FATALNE JAJA. CZĘŚĆ I

Lis obwąchiwał właśnie niezwykle ciekawy zapach, jakim zroszono ogrodzenie pewnej dużej biblioteki. Na pierwszy rzut nosa ostry, zwierzęcy, finisz jednak miał bardzo ludzki, lecz niepozbawiony przy tym wyraźnej nuty dzikości. Była ona subtelna, nienachalna, jakby zroszona perfumami, kulturalna.

Lis kontemplował dziwną woń, gdy potknął się o niego Pewien Bardzo Wyglądający Na Inteligenta Pan. Pewien Bardzo Wyglądający Na Inteligenta Pan zmierzał właśnie do biblioteki w pewnej bardzo inteligentnej sprawie, a przynajmniej na taką wyglądała, toteż zdenerwował się na Lisa. W głowie ułożony miał już bowiem plan artykułu, który zamierzał opublikować w wysokopunktowanym czasopiśmie zagranicznym. Rzecz miała omawiać najnowsze odkrycia w dziedzinie badań nad średniowieczyzną wschodniosłowiańskich znaków diakrytycznych i zostać ogłoszona w jednym z krajów anglosaskich. Ministerialne wytyczne nie pozostawiały w tej kwestii żadnych wątpliwości. Według nich, tekst o średniowieczyźnie wschodniosłowiańskich znaków diakrytycznych bardziej pożądany jest w czasopiśmiennictwie amerykańskim, czy angielskim, niż w jakimkolwiek wydawnictwie wschodniosłowiańskim. Przynajmniej przez urzędników ministerstwa, którzy zaczytują się, jak wszyscy, w naukowych periodykach angielskich i amerykańskich. Oczywiście w krótkich a nielicznych przerwach w dzieleniu monografii przez liczbę arkuszy, obliczaniu procentowego udziału zagranicznych prelegentów na konferencjach, dodawaniu pracowników naukowych odjętych od administracyjnych, przepisywaniu numerów ISBN i wykonywaniu wielu tym podobnych działań arytmetycznych. Ich sumę przepuszczają później przez algorytm. Za cholerę nie można powiedzieć, jak powstał, kto go wymyślił i czy podawane przez niego wyniki w ogóle mają jakiś sens poza tym, że są i trzeba się do nich jakoś odnieść. Wiadomo o nim tylko tyle, że zamienia dane liczbowe na matematyczno-humanistyczną hybrydę: litery alfabetu (acz nie wszystkie) w towarzystwie plusów i minusów. Na przykład, A+, B-, C.

Pewien Bardzo Wyglądający Na Inteligenta Pan, być może właśnie przeliczany w ministerstwie na punkty, udawał się do biblioteki w sprawie dotyczącej wprawdzie średniowiecza, lecz nie cierpiącej zwłoki. Za taką ją w każdym razie uważał. Stąd więc, gdy potknął się o Lisa, wpadł we wściekłość. Anglojęzyczni czytelnicy nie mogli przecież czekać w nieskończoność na najświeższe informacje z wieków średnich na słowiańszczyźnie wschodniej! Tym bardziej, że były to wieści, które ON miał im przekazać! Zbrodnia domagała się kary. Jak u Dostojewskiego w Braciach Karamazow. Odzyskawszy równowagę, Pewien Bardzo Wyglądający Na Inteligenta Pan oparł się górną połową ciała o płot, a nogą wykonał zamach w celu, ni mniej, ni więcej, kopnięcia rudego zawalidrogi w zad.

– Szarik?! – wykrzyknął Lis, gdy noga Pewnego Bardzo Wyglądającego Na Inteligenta Pana sprawiała wrażenie zadowolonej z uzyskanego wychylenia i gotowej do doprowadzenia zemsty godnej klerka do końca.

– Lis! – ze zdumienia spotkaniem starego kolegi Pewien Bardzo Wyglądający Na Inteligenta Pan nie opuścił nogi, przez co przypominał psa chcącego sobie ulżyć.

Gwoli ścisłości – był psem. Psem na podobieństwo człowieka. I człowiekiem na podobieństwo psa. W swoim czasie początek jego historii opisał Michaił Bułhakow.

Autor Mistrza i Małgorzaty myślał, że spsiawszy Szarikowa przez odczłowieczenie Szarika, naprawił błąd profesora Preobrażeńskiego. Największym błędem tego błędu było jednak nie to, co w wyniku jego popełnienia powstało, lecz to, że w ogóle go popełniono. Oznaczało to bowiem przekroczenie pewnej granicy. Tej cienkiej jak gródka ziemi lub żebro linii oddzielającej kreacyjną omnipotencję Boga od ograniczonych sił twórczych człowieka. Wprawdzie Preobrażeński pożałował jej przejścia i postanowił się cofnąć, atoli mleko już się rozlało, nawarzywszy piwa. W tym czasie preparowanie nowych ludzi stawało się sprawą coraz oczywistszą i naturalniejszą. Tak oczywistą i naturalną, jak mordowanie ludzi starych, choćby ich trupy miano liczyć w narodach lub klasach społecznych. Moralny opór budził opór wobec tej procedury, a nie ona sama. Gdyby Preobrażeński stworzył, na przykład, Spinozę, nawet przez chwilę nie kwestionowałby słuszności przeprowadzenia swojego eksperymentu i nie pragnął jego zakończenia. Może dlatego Bułhakow nie pisze jasno, że profesor definitywnie zaniechał homunkulusowych praktyk. A nawet jeśli tak, jeśli za plecami artysty jednak z nich zrezygnował, to z dużą dozą prawdopodobieństwa, graniczącego z mrożącą krew w żyłach pewnością, należy stwierdzić, że inni kontynuowali je za niego.

Nie będzie chyba nadużyciem niezgodnym z intencją Bułhakowa, jeśli założymy, iż żywot Szarika-Szarikowa nie skończył się wraz z końcem opowiadania. Trwał w najlepsze dla nielicznych jednych i w najgorsze dla wszystkich pozostałych. Raz Szarik-Szarikow pragnął zostać idealnym komunistą, raz wzorowym aryjczykiem. Było mu w gruncie rzeczy obojętne, kim będzie, byleby nie był takim człowiekiem, jak ci, którzy ośmielali się do tej pory rodzić. Dotychczasowi ludzie bowiem brzydzili się nim, nawet w ich strachu i pokorze wyczuwał pogardę i niesmak. Jako Niemiec w mundurze Gestapo czy SS tudzież wcielony w Rosjanina z GRU bądź KGB, wybrał najprostszy sposób zaprowadzenia swojego porządku – eksterminację gatunku ludzkiego w jego obecnym kształcie. Jakkolwiek osiągnął w tej dziedzinie wielką wprawę i rezultaty tak imponujące, że niekiedy łatwiej przedstawić je w procentach zabitych w stosunku do całości danej populacji, aniżeli w liczbach bezwzględnych, poniósł porażkę. Co nie znaczy, że dał sobie i innym spokój. Widzimy go przecież, jak oparty o ogrodzenie biblioteki bierze nogą zamach na Lisa, którego w ostatniej chwili poznaje i zaczyna z nim rozmawiać.

– Lis! Co ty tu robisz?

– A nic, wącham sobie. Całkiem ciekawy aromat, muszę ci powiedzieć.

– W sekrecie wyznam ci, że to mój. Zrobiłem, kiedy nikt nie patrzył.

– Ciągnie wilka do lasu, co?

– Czasami chwyci mnie taka nostalgia, że tylko wyć do księżyca i kości ze śmietnika gryźć. Ale na co dzień jestem poważnym człowiekiem. Wiesz, że otrzymałem habilitację?

– Z czego? – Ze wszystkiego.

– Nie ma takiej nauki.

– Jest. Humanistyka.

Wchodząc w słowo Szarikowi-Szarikowowi, wypada zadać pytanie, czy zwierzę może być humanistą, a szerzej inteligentem (bo jeżeli może być humanistą, to równie dobrze – lub źle – może przecież być matematykiem, fizykiem, inżynierem, a nawet artystą)? Odpowiedź wydaje się oczywista. Co jednak, jeśli inaczej postawimy pytanie? Mianowicie czy humanista, inteligent, może być zwierzęciem? Istnienie i zawód Szarika-Szarikowa udowadniają, że tak. Jest to atoli przykład, umówmy się, nieco umowny. Nie chcąc narazić się na zarzut ułatwiania sobie zadania przez przytaczanie argumentów ze świata fikcji, czyli nie nieprawdziwych, a zmyślonych, zanurzmy się w rwący nurt życia realnego. Pluskamy się w nim, choć rozlewa się w szlamowate zakola. Kilometrami lat szarpany jest przez silne prądy, by w innych kiedy indziej długości dekad stać w miejscu jak brudna kałuża. Bełtają go wiry namiętności, ściekają doń łzy. A on pracowicie żłobi koryto czasu i wpada do oceanu wieczności deltą przypominającą bruzdy po rozczapierzonych palcach, które do ostatniej chwili starały się nie puścić stałego lądu doczesności. Zarybiony jest ludźmi. Niestety, można ich łowić wyłącznie na żywca. Odwdzięczają się za to chętnie nadziewając się na haczyk.

I tak, ledwo zarzuciwszy przynętę, wyciągamy dwa pokaźne leszcze – Martina Heideggera i Jean-Paul Sartre’a. Dlaczego akurat tych dwóch? Cóż, po pierwsze, to czysty przypadek. Po drugie natomiast, nie trzeba zbyt długo przyglądać się egzystencjom tych egzystencjalistów, żeby zobaczyć, jak pomimo pewnych różnic natury filozoficznej, były one do siebie podobne. Heidegger był członkiem NSDAP i ku chwale Führera oraz teutońskiej rasy oczyszczał niemieckie środowisko akademickie z Żydów. Nie z cynizmu, ani koniunkturalizmu. Nie ze strachu, ani konformizmu. Z przekonania. Nie zawsze było ono niewzruszone jak oficer Wermachtu. Uchowała się przed nim bowiem Hannah Arendt. Może dlatego, że romans żydowskiej studentki z jej żonatym profesorem rozpoczął się w połowie lat dwudziestych, kiedy herr Heideggerowi nikt jeszcze nie kazał nienawidzić Żydów i ich tępić? A może dlatego, że autor Bycia i czasu przeczuwał, iż po wojnie Arendt wyrzekną się sami Żydzi? W swojej książce, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, wspomniała o współpracy Judenratów z Niemcami w przeprowadzeniu Shoah. Między innymi to oraz przedstawienie Eichmanna nie jako jednego z demonów zła, przed którymi nie można się było obronić, lecz zwykłej mieszczańskiej miernoty, nie spodobało się jej rodakom. Do końca życia nie miała już czego szukać w Izraelu. No, może poza wrogością, pogardą i wyzwiskami. Odnosiły się one niedwuznacznie do jej związku ze strażnikiem aryjskości uniwersyteckiego ciała pedagogicznego w Niemczech. Pisanie prawdy to nie jest najlepszy pomysł na zdobycie sympatii. I zrobienie kariery. Prawdę pisząc, pisanie prawdy to w ogóle nie jest najlepszy pomysł na cokolwiek.

Z braku jednak lepszych pomysłów napiszmy, że Sartre wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej w roku 1952. Był to dziwny rok dla zachodnioeuropejskich towarzyszy towarzyszy środkowo- i wschodnioeuropejskich. Wtedy bowiem nawet im trudno było zaprzeczać ludobójczym zbrodniom Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego (dla swych ofiar – Józef Stalin. Dla przyjaciół, jak choćby dla jednego z liderów, tak zwanego, wolnego świata, Franklina Delano Roosevelta – poczciwy Uncle Jon). Wiele osób opuszczało przeto szeregi, do których Sartre właśnie dołączał na ochotnika. Niezależny, zniewolony umysł. Wybił się, acz niezbyt wysoko, na niepodległość w roku 1956. Związek Radziecki i jego akolici pacyfikowali w tym czasie Węgry. Sartre, poruszony losem Madziarów, a w każdym razie wykorzystując go jako pretekst, z czystym sumieniem wypisał się z Partii. Jako bezpartyjny intelektualista zwiedzał świat. Był, między innymi, w Chinach. Bardzo cenił ich przywódcę, Mao Zedonga, kolejnego w swej politycznej biografii uczuciowej ludobójcę. Pod tym względem Heidegger był bardziej stały w afektach (o ile dotyczyły one polityki, a nie jego żony). Ze stanowiska rektora Uniwersytetu we Fryburgu, gdzie pucował niemiecki akademizm z rasowych zabrudzeń na hoch glanc, zrezygnował wprawdzie już w roku 1934. Z NSDAP jednak nie wystąpił i do końca wojny lojalnie wpłacał składki członkowskie. Do jakich historii może doprowadzić z pozoru głupie pytanie o to, czy humanista, inteligent, może być zwierzęciem! Jeszcze głupsze atoli jest to, iż nawet jeśli popiera system traktujący ludzi gorzej od bydląt, nie przestaje być wybitnym inteligentem-humanistą. Co świadczy mniej o nim, a bardziej o inteligencji i humanizmie jako takich. Taka to już dziedzina. Humanizm. I jej przedstawiciele. Inteligenci. Zawsze chętni do włączenia się w dzieło tworzenia nowych ludzi z materiału, który stanowią ludzie starzy. I do uszczęśliwiania przyszłych pokoleń za cenę sprowadzenia najczarniejszej rozpaczy na tych, których jedyną zbrodnią jest to, że żyją obecnie i do pięt nie dorastają przyszłości. Predylekcje inteligentów-humanistów do budowania nowego wspaniałego świata datować można od Państwa Platona. W idealnym ustroju projektowanym przez ateńskiego myśliciela władzę sprawować mieli filozofowie. Antyk w dwudziestym wieku był już starożytnością. Jednak przedostatnie stulecie nie zapomniało o Platonie. Jak widać na przykładach Heideggera i Sartre’a, wyznaczyło filozofom, za ich zgodą, często nawet na ich prośbę i zawsze ku ich zadowoleniu, rolę wprawdzie nie kierowniczą, ale wpływową. Funkcja klakierów psychopatów, zwyrodnialców i ludobójców dawała im posłuch. Jeśli nie wśród szerokich rzesz społeczeństwa, to na pewno wśród elit. I tak, przynajmniej przez jakiś czas, rządzili oni sobie swoim klerkowskim polis. Czy można się zatem dziwić, iż były pchlarz, zwykły kundel, Szarik, po staniu się Szarikowem, pomimo dehumanizacji, a może właśnie dzięki niej, dorobił się w dwudziestym pierwszym wieku habilitacji w humanistyce i statusu inteligenta?

– A Sartre to nawet Nobla dostał – zagaduje do nas przypadkowy przechodzień, gdy głośno myślimy, chociaż byliśmy przekonani, że to monolog wewnętrzny.

– Ale go nie odebrał – odpowiadamy nieznajomemu.

– Nie dlatego, iżby uważał, że nie zasłużył.

– Więc dlaczego?

– Bo uważał, że to Nobel nie zasłużył na niego.

– Ha, ha, ha, to było dobre, panie przypadkowy przechodniu – śmiejemy się i żegnamy z intruzem, bo chcielibyśmy już wrócić do Szarika-Szarikowa, w jednej habilitowanej osobie, oraz Lisa. Tym bardziej, że ten pierwszy wciąż znajduje się w pozycji psa chcącego sobie ulżyć i pewnie już zdrętwiał. Nieznajomy nie zamierza nam jednak odpuścić. Zaprasza nas do nieodległego baru na piwo. Idziemy z nim tylko dlatego, że będzie stawiał. Jeszcze nie wiemy, że do naszych bohaterów wrócimy dopiero za kilka tygodni…

Ilość archiwalnych odsłon: 39