Antoni Winch / I PO ŚWIĘTACH

rys. Miriam H. Spaliński

Był dwudziesty czwarty grudnia roku bezpańskiego jak pies. Pierwsza gwiazdka już pojawiła się na niebie. „Jedyna zamieszkała planeta” – westchnęła patrząc na Ziemię – „ale przez kogo?!”. Nie dosłyszawszy pytania, Lis szedł przez opustoszałe ulice miasta. W wystawach sklepowych stały figurki brzuchatych brodaczy ubranych w czerwone szlafroki i szlafmyce tego samego koloru. Z przerzuconymi przez plecy workami przypominali złodziei. Znana w całej metropolii korporacja, której kreaturą byli, cieszyła się, że nie świętych. W mieście wybaczano bowiem każdą zbrodnię poza tą, że nie popełniło się żadnej.

W domach mijanych przez Lisa było już ciemno. Wiszące na nich, ledowe girlandy lampek kontrastowały z mrokiem wylewającym się z wnętrza budynków. Mieszkańcy odsypiali święta. Jednak w jednym z okien paliło się światło. A że usytuowane było na parterze, Lis mógł z łatwością do niego zajrzeć. Zaciekawiony, skorzystał z okazji. Oparłszy łapki na parapecie, zobaczył rodzinę zbłąkanych wędrowców. Tak ich sobie nazwał. Nie miał pojęcia, dlaczego.

Pięcioro ludzi siedziało przy suto zastawionym stole. Mama, Tata, Syn, Córka oraz nestorka rodu, Babcia. Tylko ze względu na nią pozostali przyszli na uroczystą kolację. Sami, razem z innymi mieszkańcami metropolii, świętowali dwa dni wcześniej. W tym roku bowiem przesilenie zimowe wypadło dwudziestego drugiego grudnia. Przez miasto przemaszerowały naonczas kolorowe, radosne, rozśpiewane i roztańczone orszaki. Ich uczestnicy poprzebierali się w to, co komu przyszło akurat do głowy. I tak, dla przykładu, w paradzie kroczyła Wolność, Równość i Braterstwo. Odgrywała je tylko jedna osoba, tedy nie mogła być nimi wszystkimi. Postanowiła wcielić się w Wolność jako największą wartość w historii świata i okolic. Swój strój udrapowała na wzór słynnego obrazu Eugène’a Delacroix. W rękach trzymała głowy wydrukowane techniką 3D. Jak głosiły nabazgrane flamastrem napisy na ich czołach, symbolizowały one Równość i Braterstwo. Równość była piękną, młodą dziewczyną. Z jej lica emanował chłód, obojętność i znudzenie rozpieszczonej pochlebstwami i drogimi prezentami, próżnej kobiety. Jej serce chciało zdobyć wielu śmiałków. Nie wiedzieli, że ona go nie ma. Braterstwo wyglądało jak jeden z nich. Przystojny młodzieniec o absolutnie tępym wyrazie twarzy. Wolność uderzała obie głowy o siebie w rytm świątecznego electro towarzyszącemu paradzie. Dość szybko się rozbiły.

Przy organizacji imprezy postawiono na spontaniczność. Nie zaplanowano trasy przemarszu, toteż orszak krążył po mieście przez dwa dni. Wreszcie jeden z najmniej nieprzytomnych jego uczestników zauważył, że w ślepym zaułku, do którego w pewnym momencie doszedł, był już kilka razy. Miejsce poznał po leżących w nim trupach – przebierańcach udających idee, wartości, pojęcia, a nawet akty prawne. Stratował ich rozśpiewany tłum podczas kolejnych odwrotów ze ślepej uliczki. Wśród zabitych, czy też, jak wolały o nich później mówić media, poświęconych, była Wolność. Pod nogami rozradowanej tłuszczy umierała szczęśliwa. W ekstazie tańczyła do końca. „I to było piękne”, by przywołać fragment redaktorskiego wstępniaka komentującego te wydarzenia w jednej z poczytniejszych gazet w mieście.

Rodzina, którą Lis obserwował teraz przez okno, dopiero przed chwilą wróciła do domu. Jej członkowie przychodzili pojedynczo, zmęczeni, w pewnych odstępach czasu, nie zdążyli się przebrać. Może dlatego przypominali zbłąkanych wędrowców? Tato zjawił się w kostiumie Zdekonstruowanego Mitu – w dziurawych majtkach, z pomiętą peleryną na plecach, brudny, obalony, był tak, że właściwie go nie było; Mama była Sztuką Zaangażowaną – przypełzła na plecach, co chwila wyrzucała nad siebie nogi, rozkładała je w geście protestu przeciwko wszystkiemu i wykonywała nimi skomplikowany układ choreograficzny, który komuś niewtajemniczonemu mógł się wydać bezładnym machaniem; Syn i Córka przybyli ostatni jako instalacja, „Postnarratywne strategie junaków morfowania signifié” – on był przebrany za nią, przebraną za niego, gdy miał pięć lat, a ona za niego, przebranego za nią, kiedy miała lat dziesięć. Babcia już na nich czekała. Też przebrana. Ale ona akurat założyła, jak co roku, specjalną suknię przeznaczoną wyłącznie na Wigilię Bożego Narodzenia. Nikt nie wiedział, co chciała przez to zademonstrować.

Przy stole panowała cisza. Wszyscy, poza niereformowalną Babcią, coś wyrażali, więc nie było o czym mówić. Milczenie przerwała staruszka. Wstała i przeżegnawszy się, otworzyła Pismo Święte. Zaczęła czytać na głos odpowiedni fragment. Bliscy zazgrzytali zębami. Od lat tłumaczyli Babci, że jeśli już musi obchodzić święta religijne, to niech robi to w laicki sposób. Bez obrażania braku uczuć religijnych niewierzących. W tej pustce też się przecież kotłuje. Co? Myśli Babcia, że my nie mamy ziemi obiecanej? Żadnej eschatologii? Planu zbawienia? Phi!, Babcia nic o nas nie wie. Raj, którym bałamucą ją zabobony, jest tutaj, na wyciągnięcie ręki. Ale nie do modlitwy, a do czynu, Babciu. I my go uczynimy. Nie dziś, to jutro. Nie jutro, to za tydzień. Nie za tydzień, to za sto lat. Ale uczynimy! Nie będziemy prosić jakiegoś tam boga, żeby nas do niego wpuścił. Sami go sobie skręcimy. Jak regał z Ikei.

Starowinka była jednak głucha na racjonalne argumenty. Nie przekonał jej nawet dogmat o niewidzialnej a wszechmocnej ręce rynku. Błogosławiąc bogatym i każąc biednych, urealnia wartość wartości. Winy i zasługi nie są już sprawą sumienia, lecz działu księgowości. Wina przeto może być zasługą, o ile przynosi zysk. Zasługa zaś winą, jeśli robi manko. Zasady są proste, ścieżka kredytowa otwarta, oprocentowanie korzystne. Bez tego okropnego przeregulowania legislacyjnego w rodzaju: „nie zabijaj”, „nie kradnij”, „nie cudzołóż”. Te i im podobne przepisy są kompletnie nieżyciowe. Krępują naturalną ludzką przedsiębiorczość. Nie nowelizowano ich od tysięcy lat, a świat się przecież zmienił. Poza tym trudno je egzekwować. Prawo się przez to ośmiesza. Ten, kto go przestrzega, nie jest uczciwy, ale naiwny, niezaradny, głupi. To demagog, Babciu, nieodpowiedzialny socjalista, element, patologia, prymityw. Zalegalizujmy więc to, co było zabronione. Utworzymy w ten sposób dodatkowe miejsca pracy, rozwiniemy nowe gałęzie gospodarki, damy pozytywny impuls do wprowadzania innowacji, pozwolimy działać startupom. W człowieku drzemią takie zasoby ludzkie, Babciu, taki potencjał inwestycyjny i rynki zbytu, że tylko je otworzyć i wypłacić dywidendę.

Rodzina na próżno próbowała nawrócić staruszkę. Ta uparcie trwała przy swoim. W tej chwili skończyła właśnie czytać Pismo Święte. Delikatnie zamknęła Biblię i z pietyzmem odłożyła na półkę. Odwróciwszy się z powrotem do bliskich, wzięła opłatek i swoim wzmocnionym przez lekturę, dźwięcznym, ciepłym, serdecznym głosem powiedziała:- Bóg nas kocha. Nawet was, kochani. W swej dziecinnej przekorze roicie sobie, że obrażacie Go, kiedy zamiast dwudziestego czwartego grudnia, świętujecie dwudziestego drugiego. Pomyślcie, czy Przedwieczny będzie się srożył o dwa dni? Możecie zresztą obchodzić Wigilię Bożego Narodzenia jeszcze szerszym łukiem. Możecie ją obchodzić tak, jakby was nie obchodziła. Możecie jej wreszcie nie obchodzić w ogóle. Cokolwiek zrobicie ona i tak będzie w centrum waszego nieobchodzenia, będzie je determinować i definiować. Nie możecie przecież nie obchodzić czegoś innego. Boże Narodzenie będzie więc kroczyć za wami jak cień, chociaż ja lubię myśleć, że jak Anioł Stróż. Gdy przyjdzie czas, wskaże wam powrotną drogę z tych waszych marszy, co dniami równymi nocy łażą w kółko po mieście. Za którymś okrążeniem dojdziecie wreszcie donikąd. Rozejrzycie się wokół, a tam tylko wy. Tak samo zagubieni, przestraszeni, samotni, bezradni. I wtedy spojrzycie w niebo. Ujrzycie na nim gwiazdę. Pójdziecie za nią, kochani, wiem, że pójdziecie. Z waszego nigdzie, do tego gdzieś, gdzie wszystko się zaczęło, gdzie stajenka jest i Dziecię, i gdzie nie tacy jak wy padli na kolana. Stamtąd pewnie traficie do piekła. Nie ma rady, moi mili. Trzeba swoje sczeznąć. Ale dwie, trzy wieczności smażenia w smole, przypiekania na ogniu, wędzenia w siarce, solidnego batożenia i szczerej pokuty was oczyszczą. Będziecie jak nowonarodzeni. I gotowi, żeby tym razem wszystkiego nie zepsuć. Ja wiem. Myślicie, że to tylko bajki i gadanie pomylonej staruchy. Nie wierzycie w Niego. To Mu jednak wcale nie przeszkadza wierzyć w was. Modli się do was w nadziei, że zostanie wysłuchany. I w miłości, która nie pozwala Mu przestać. Zna języki ludzi i aniołów, wszystkie tajemnice, posiadł wszelką wiedzę i dlatego wie, że bez niej, bez miłości, i bez nich, wiary i nadziei, byłby niczym. Kimś na wasz obraz. Stać się nim nie może, bo to wy macie być podobni do Niego. Święta…

– I po świętach! – krzyknęła spanikowana Mama. Przemowa Babci wprowadziła ją w duszną atmosferę. Czuła, jak z każdym słowem staruszki pokój wypełniał się stęchłymi wyziewami średniowiecznych katedr, rzymskich katakumb, szałasów rozbitych na pustkowiu pomiędzy Egiptem a Kanaanem. W gęstej mgle, tężejącej przez kilka tysięcy lat judeochrześcijańskiej tradycji, a wpuszczonej teraz do pomieszczenia przez Babcię, świadomą bądź nie, współpracowniczkę jerozolimsko-watykańskiej agentury, znikały powoli sylwetki ludzi. Zamiast nich pojawiły się tajemnicze cienie. Jeden z nich schodził właśnie po zboczu jakiegoś wzniesienia dźwigając dwie kamienne tablice. Równocześnie drugi cień z trudem wspinał się na inną górę, uginając się pod ciężarem niesionym na plecach.

Mama dyskretnie włączyła przenośny oczyszczacz powietrza. Od razu zabrał się do pochłaniania miazmatu dwudziestego pierwszego wieku. Cząsteczek PM10 i PM 2,5, ołowiu, arsenu, niklu, kadmu, benzenu i reszty waporów gnijącego cielska zdychającej cywilizacji. Dla zdrowotności już jakiś czas temu usunęła sobie ducha. Operacja usprawniła wiele procesów fizjologicznych, ot, choćby, ejakulację, lecz w dłuższej perspektywie osłabiła odporność. Choroby powracające ze wzrastającą częstotliwością, o coraz gwałtowniejszym, a przy tym coraz bardziej groteskowym przebiegu, wpłynęły na jej psychikę. Zaczęła cierpieć na manie, fobie, nerwice. To one kazały jej zbawiać świat. Brała go wtedy za pysk i prała bezlitośnie, aż się zgodził. Jednak pomimo podejmowanych przez nią wysiłków, zawsze brakowało mu czegoś do osiągnięcia pełni świętości, jaką sobie dla niego wymarzyła. Tak jak teraz. Kiedy wydaje ci się, że wszystko jest w porządku, nagle nadciąga skądś chmura śmiercionośnych pyłów i znowu trzeba walczyć. W oczekiwaniu na odsiecz dyrektyw, rozporządzeń, ustaw, międzynarodowych układów i oddziałów prewencji, które pałami, bronią gładkolufową i armatkami wodnymi wprowadzą je w życie, oszańcowujesz się za oczyszczaczem powietrza. Uruchamiasz go. Oddychasz z ulgą. Do czasu, gdy dociera do ciebie, że przy produkcji jednego egzemplarza tego urządzenia wypuszczono do atmosfery więcej szkodliwych substancji, niż byłoby ono w stanie kiedykolwiek zassać. Przynajmniej w ramach gwarancji.

Ale co mogła zrobić Mama? Nie myśląc globalnie, działała lokalnie. Wcisnęła guzik „Start” na swoim oczyszczaczu. W kilka minut odcedził powietrze z toksyn. Bez domieszki trucizn wydzielanych przez współczesność, cienie przeszłości stały się jeszcze wyrazistsze. Oto więc ukazał się Mamie obraz niemowlęcia. Leżało na sianie, uśmiechało się do Mamy, rozkładało ramiona, jakby chciało ją przytulić. Mama nagle zapragnęła nachylić się nad nim i je uściskać, ale w tym samym momencie wyszła z niej druga ona. Stanęła w pewnym oddaleniu, wzięła zamach, cisnęła w nią kamieniem i jakby nigdy nic, bo czy kiedyś coś?, wróciła z powrotem. Trafiona w pierś Mama, krzyknęła: „I po świętach!”. Babcia przerwała przemowę, mary się rozmyły, silniczek oczyszczacza powietrza terkotał po cichu, a Mamie zrobiło się głupio. Na szczęście, albo i nie, ta druga ona, już ze środka, podyktowała jej właściwe słowa:

– Jestem Sztuką Zaangażowaną, która się wtrąca – oznajmiła pewna siebie, bo wiedziała, że to wszystko wyjaśnia. Rozparta dumą ze swojego artystycznego manifestu, padła na plecy i wypełzła z pokoju machając nogami. Za nią ruszył Zdekonstruowany Mit i dzieci ich, „Postnarratywne strategie junaków morfowania signifié”. Babcia została z opłatkiem i z nikim, z kim mogłaby się nim podzielić. Zobaczyła Lisa. Podeszła do okna, otworzyła je.

– Może ty się ze mną przełamiesz, bracie mniejszy?

– Z chęcią, Babciu. Tylko powiedz mi, czy to, o czym przed chwilą mówiłaś, to prawda?

– Jakim cudem to usłyszałeś, Lisie?

– Właśnie cudem, Babciu. Skończyłem wprawdzie kurs czytania z ruchu ust, ale nie wiem, czy to lepsze wyjaśnienie.

– Wolę cud.

– Ja też. Więc czy to prawda? Wie Babcia, to o Bogu, który wierzy w człowieka, ma nadzieję, że zostanie przez niego usłyszany i kocha go.

– Najprawdziwsza prawda, Lisku.

– Niech ci się spełni, Babciu.

– Niech spełni się nam wszystkim.

Ilość archiwalnych odsłon: 120