Antoni Winch / OBIAD

Postawił Lis talerz na stole. Na talerzu smakowicie pachniało udko kurczaka. Obiad zapowiadał się wyśmienicie.

– A marynata? – nagle zadano Lisowi pytanie jak cios między oczy.

Lis rozejrzał się. W pokoju poza nim nie było nikogo. Przed rozejrzeniem się było zresztą dokładnie tak samo. Lis zobaczył więc, że jest sam, co widział już wcześniej. Odwrócił wzrok.

– Bez marynaty nie robię! – odezwał się ponownie tam sam głos, najwyraźniej należący do kogoś, kogo nie było.

„Dusza?” – pomyślał Lis. Nie. Ona nie zajmuje się takim sprawami. Jeżeli już uzna za stosowne odezwać się do niego, to zazwyczaj chodzi jej o rozpacz istnienia, bezsens egzystencji i marność wszelkich wysiłków. Ot, choćby dziś rano, gdy mył zęby. „I tak ci wypadną”, powiedziała na dzień dobry. Udał, że nie słyszy, ale ona się tym nie przejęła i kontynuowała: „na tamten świat ich nie zabierzesz, tam wszyscy chodzą szczerbaci. Zresztą, nie ma żadnego tamtego świata, więc po kiego czorta tak je pucujesz? Żeby szczerzyć się do tego syfu, który nazywasz życiem? Jesteś żałosny”, dorzuciła na odchodnym.

– Ogłuchłeś, czy co?! – tajemniczy nieobecny przerwał tok wspomnień Lisa. – Nie musisz tak krzyczeć, głosie. Słyszę cię doskonale. Ale w ogóle cię nie widzę. Może jestem ślepy…

– Lis zawiesił głos – …tak… to by się zgadzało. Jeszcze przed chwilą nikogo tutaj nie widziałem. Myślałem, że to dlatego, że jestem sam. Może jednak był to pierwszy objaw utraty wzroku? Który zresztą przegapiłem, bo zacząłem chorować.

– Nic ci nie jest! Jestem tu, na dole.

– Nic nie widzę! – krzyknął Lis spod stołu, pod którym faktycznie niczego nie było. Gdy to zobaczył, był już pewien swojej ślepoty.

– Wyżej, kretynie.

– Tylko bez wyzwisk – zastrzegł Lis, z powrotem siadając na krześle – Jestem chory. Nie wolno mnie obrażać.

– Co widzisz?

– Nic. Przecież jestem niewidomy.

– A jak przyjrzysz się uważniej?

– Salon w mojej norce, ściany, sufit, nawet stół. Ja widzę!

– Widzisz? Od początku mówiłem. Co jest na stole?

– Talerz.

– A na talerzu?

– Udko kurczaka osobiście przeze mnie przyrządzone.

– Nieprzyrządzone, bo bez marynaty. To właśnie ja. Witam, pan Udko, miło mi.

– Odzyskałem wzrok – ucieszył się Lis – Lecz straciłem zmysły! – zafrasował się – Gadające udko! – stwierdził. – Co w tym dziwnego? – Pomijając fakt, że piekłem cię przez godzinę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, ty nie masz dziobu!

– Będziesz mi wypominał?

– Przyznasz chyba, że brak dziobu to dość istotna sprawa w przypadku gadającego udka.

– Istotną sprawą w przypadku udka, gdy już się je piekło przez godzinę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, niezależnie od tego, czy gada, czy nie, jest marynata. Gdybyś ją zrobił, trzymałbym dziób na kłódkę.

– Jaki DZIÓB?!

– Ja do ciebie o marynacie, a ty wciąż o dziobie! A można było spokojnie, bez kłótni. Kilka łyżek oliwy, trochę musztardy, dwa lub trzy ząbki czosnku, sypnąć ziół prowansalskich, curry… Rety-kotlety, Lisie!, jest tyle przepisów! Dlaczego nie skorzystałeś z żadnego z nich? Czemu podałeś mnie tak na chama? Przez ciebie straciłem cały apetyt.

– I w dodatku stygniesz.

– Nie musisz mnie dobijać.

– Wybacz.

– Za późno – rzekł Pan Udko, a głos mu przy tym drżał. Nie mogąc powstrzymać łez, dodał tylko – Poza tym miałem dziś ochotę na schabowego! – i rozpłakał się.

Lisowi zrobiło się przykro. Pogłaskałby Pana Udko po głowie. Wyciągnął już nawet łapkę w kierunku talerza, ale w ostatniej chwili pomyślał, że głowa Pana Udko zapewne znajduje się mniej więcej tam, gdzie dziób. Żeby ją pogłaskać, nieodpartą siłą rzeczy, przynoszących teraz, jak na złość, jeno gorycz i ból, trzeba by wrócić do drażliwego tematu. Cofnął więc Lis łapkę, siedział przy stole i smutniał.

– Wiem! – wykrzyknął tak nagle, że sam się tego nie spodziewał – Zjemy na mieście! Ja stawiam! Panie Udko, zapraszam. Zostańmy przyjaciółmi.

– Tak zostaniemy przyjaciółmi, jak pójdziemy na miasto. Przecież jesteśmy w lesie! – powiedziałby Pan Udko, gdyby się odezwał. Ale on nawet już nie płakał. Wystygł do zera. To dla pieczystego, nawet gadającego, śmierć.

W obliczu jej majestatu Lis włożył Pana Udko do mikrofalówki. Na dwie minuty. Żeby podgrzać, nie ożywić. Koniec końców był głodny, a Pan Udko umarł tuż przed herbatą po obiedzie. Nie było czasu do stracenia.

Później bolał Lisa brzuch. I serce. Ale bardziej brzuch.

Ilość archiwalnych odsłon: 33