Antoni Winch / PAŁAC

Był pałac. Aż przyszli barbarzyńcy i go zniszczyli. Ich szczególnym zainteresowaniem cieszyło się wyposażenie toalet. A konkretnie – wyrywanie go ze ścian. Gdy już tak stanęli z muszlami klozetowymi, bidetami i zlewami w rękach, nie mieli zielonego, ani nawet bladego pojęcia, co z nimi zrobić. Z braku lepszych pomysłów, włożyli je sobie na łby. Jak korony, cylindry, meloniki. Poczuli się w nich panami. Że byli liczni, silni, zdeterminowani i pozbawieni skrupułów, nikt nie wyprowadzał ich z błędu. W ten sposób błąd stał się obowiązującą normą. Wkrótce, siłą bezwładu, a niekiedy, lecz w miarę upływu czasu coraz rzadziej, pięści, noszenie sedesu na głowie stało się wyznacznikiem przynależności do najwyższych warstw kulturalnej socjety, dowodem wyrobionego smaku i odważnego podążania za nowymi trendami. Jak pisał poeta prozą: „człowiek jest istotą plastyczną i można sobie wyobrazić dzień, w którym cechą szanującego się obywatela, będzie chodzenie na czworakach z rodzajem wieżyczki z kolorowych piórek, którą będzie dźwigał na tyłku”.

Lis patrzył na to z pewną satysfakcją. Pamiętał jeszcze epokę, w której do dobrego tonu, przyjętego w elitarnym towarzystwie, należało posiadanie lisiego futra. Tak stracił wielu dalszych znajomych, przyjaciół, krewnych. Bo ktoś potrzebował błysnąć w teatrze, galerii, czy na osiedlu, gdy szedł do sklepu po fajki. Wucetizm, tak bowiem nazwano nurt zapoczątkowany niewiedzą troglodytów, nie wskrzesi wprawdzie bliskich Lisa, ale przynajmniej powstrzyma rzeź przyszłych pokoleń. O ile, jak to często zdarza w dychawicznym życiu awangard, nie skończy się prędzej, niż się zaczął. Nic na to jednak nie wskazuje. Wucetyści podzielili się na dwa odłamy. W powszechnej (innej nie ma) opinii świadczy to o rosnącej witalności i zwiększającym się bogactwie intelektualnym oraz estetycznym tego kierunku. Kibeltyści i klopiści, bo to o nich mowa, prezentują nieco odmienne strategie myślenia i uprawiania sztuki.

Kibeltyzm to ruch dość radykalny. Przede wszystkim dlatego, że nie ma żadnego programu. Z rozrzucanych po różnych kawiarniach deklaracji przedstawicieli tej grupy można zrekonstruować ich dwa podstawowe postulaty. Od literatury oczekują rezygnacji z pisania zdań (żądają wydawania od razu całych książek), od teatru natomiast postawienia raczej na kino (głównie w zakresie efektów specjalnych – wybuchy, strzelaniny, pościgi, etc. – bo to na scenie, to, tu cytat, „jakieś pierdnięcia”, koniec cytatu). Klopizm jest bardziej rozbudowany. We wszystkich dziedzinach twórczości zaleca stosowanie świadomego kiczu, intencjonalnej niekomunikatywności, operowanie brzydotą, ohydą, profanacją, a także krytycyzm tradycji, obyczajów, praw, relacji międzyludzkich, reguł społecznych jako odpowiedź na wszystko. Klopiści zgadzają się z ideami kfibeltystów dotyczącymi literatury i teatru; krytykują ich za niewystarczające uzasadnienie teoretyczne słusznych skądinąd tez. Kibeltyści popierają klopistów w kwestiach poetyki, aczkolwiek uważają, że za wiele jest u nich, tu cytat, „abstrakcyjnego ględzenia”, koniec cytatu, następny cytat, „wymuskanego mędrkolenia”, koniec następnego cytatu; woleliby więcej konkretu zamiast tego, tu cytat, „intelektualnego shitu”, koniec cytatu.

Mimo tych uszczypliwości, oba odłamy wucetizmu żyją ze sobą w zgodzie, zapewniając jedność pierwotnemu ruchowi. O to zresztą chodziło, gdy je od siebie wyodrębniano. Liderzy wucetizmu wiedzieli, że prędzej czy później musi dojść do rozłamu. W tego typu inicjatywach to nieuchronne. Postanowili więc go wyprzedzić, dokonać jeszcze zanim dokona się sam. Chodziło im o stworzenie podział sztucznego, który pozwoliłby uniknąć podziałów rzeczywistych. „Podział ponad podziałami”, jak to ujęli. „Tylko głupia burżuazja uważa, że z niuansów myśli nic nie wynika” – trafnie prozą pisze poeta – „był czas, kiedy Rewolucja nie była niczym innym niż niuansem myśli grupki teoretyków […] kłócących się […] przy kawiarnianym stoliku. Najbardziej newralgicznymi punktami doktryny są: filozofia, literatura, historia sztuki i krytyka literacka; tam gdzie przedmiotem rozważań jest człowiek w swojej, niestety, złożoności”.

Człowieka zawsze męczyła jego, niestety, złożoność. Uczynienie z muszli klozetowej na głowie must have dla każdego szanującego się przedstawiciela crème de la crème elity można traktować jako udaną próbę maksymalnego jej uproszczenia. W tym stanie rzeczy Lis może być spokojny. A raczej – mógłby. Nawet z kiblem na łbie człowiek ma pomysły.

Pech chciał, że pewnego razu Lis trafił do pałacu. Przywiódł go tam zapach jego matki. W futrze z niej paradowała ongiś pewna baronówna, jakkolwiek chętnie je zrzucała, nawet dla byle parobczaka. A najlepiej dwóch. Lis obwąchiwał pokój za pokojem. Wyobrażał sobie, że jest na spacerze z mamą. Zrobiło mu się smutno, tkliwie, wzruszył się. Do podniosłego stanu ducha nie dopasowało się ciało. Lis musiał się załatwić. Zawiesiwszy więc sentymentalny nastrój w napowietrznych przestrzeniach ducha, wypróżnił się w sali pałacu, która kiedyś pełniła funkcję galerii. Teraz obrazy dawnych mistrzów, o ile ich nie zniszczono, walały się po marmurowej, częściowo skruszonej kilofami, posadzce. Lis stanął na jednym z nich i puścił wodze fizjologii. Wtedy właśnie do pomieszczenia wsunęła się głowa w pokaźnym, bogato zdobionym nocniku. Nieznajomy, bo to on był właścicielem głowy oraz nocnika, uważnie obserwował Lisa. Cmokał z zachwytu, gdy rudy czworonóg opróżniał zawartość kiszek, a kiedy skończył, Nieznajomy wpadł ni mniej, ni więcej w euforię. Bił brawo i krzyczał. Nieświadome jego obecności zwierzę znieruchomiało ze strachu.

– Bravissimo, geniuszu! – drżącym z przejęcia głosem odezwał się posiadacz okazałego nocnika – Dokonałeś rzeczy wielkiej! Prostym, lecz zarazem nabrzmiałym od niezdekodowanego sensu gestem, połączyłeś kulturę z naturą! To prymitywizacja sublimacji i sublimacja prymitywizmu jednocześnie! Ciebie trzeba nagłośnić! – i zanim Lis zdążył się zorientować jechał w limuzynie obok Nieznajomego. W bagażniku podróżowało z nimi jego dzieło. Objechali tak cały kraj. Lis zdobył sławę, został uznanym artystą, prekursorem fekalizmu, od zawsze brakującego, jak dopiero teraz zaczęli twierdzić znawcy, ogniwa w wucetizmie.

Nieznajomy w trakcie tournée założył Lisowi obrożę i kaganiec. Po galeriach, na wywiady i liczne spotkania z fanami, prowadził go zaś na smyczy. Wyjaśniał, że to ze względów artystycznych. „Rekwizyty te” – pisał w oświadczeniach dla prasy – „podkreślają animalność artysty przez jej ograniczenie. Jego ciało staje się areną walki pomiędzy zwierzęcością a człowieczeństwem. Twórca zachowuje neutralność w tym starciu, zadowala się rolą wnikliwego obserwatora. Zewnętrznego i wewnętrznego zarazem. W i poza. Na pokładzie i za burtą. Cały czas w rozkroku nad barykadą, której chropowaty szczyt, obciera mu jaja. To najbardziej twórczy stan, jaki można sobie wyobrazić. Drzemiące w naszym geniuszu zwierzę czasem szarpnie smycz, ale tylko po to, aby drzemiący w nim człowiek mógł się upewnić, że wciąż na niej jest”.

Równie prawdopodobne, a kto wie, czy nie prawdopodobniejsze, jest jednak to, że o przydzieleniu Lisowi obroży, smyczy i kagańca przesądziły wielokrotnie przezeń podejmowane próby ucieczki, a także fakt, że raz ugryzł historyczkinię sztuki w rękę, gdy w dowód uznania głaskała go podczas jednego z wernisaży. Po jej przeraźliwym krzyku na sali zapanowała krępująca cisza. Przerwał ją, teraz już lepiej nam znany, Nieznajomy. Udało mu się uniknąć skandalu, przyznając, że był to skandal. Zamierzona prowokacja artystyczna, ironiczny komentarz do realiów rządzących artystycznym światem, gra performatywna podjęta z konwencją, że jak ktoś artystę głaszcze, to ten ma tylko merdać ogonkiem i położyć się brzuszkiem do góry. Gdy tylko Nieznajomy wygłosił ten manifest zebranym, rozległy się głośne brawa, tak frenetyczne, że niektórym z klaszczących sedesy pospadały z głów. Ranna historyczkini, mimo przeszywającego bólu i bliskiego omdlenia, przyłączyła się do braw. Nie chciała zostać posądzona o niedocenienie, w tej chwili już dla wszystkich oczywistej, satyry, więc wyrażała swój entuzjazm intensywniej od pozostałych. Przy okazji obryzgiwała krwią ściany galerii. „Tak oto nasz czworonożny Leonardo stworzył kolejne arcydzieło” – zauważył Nieznajomy, wskazując na czerwone plamy na tynku i nieprzytomną historyczkinię na podłodze.

Epizod ten przysporzył Lisowi popularności. Niestety, nie na długo. Trzy miesiące po opisanym tutaj incydencie, pewien paryski marszand spod Paryża wybrał się na krótki urlop do Afryki. Tam, podczas safari, zobaczył słonia, który robił to samo, co onegdaj Lis w pałacu, tylko że bardziej i na sawannę. Tak narodził się hiper-fekalizm. Zachowywał on to, co najlepsze w fekalizmie, dodając doń element ekologiczny. Dzieło trafiało na ziemię, użyźniało ją, zamiast bezpłodnie pstrzyć bohomaz takiego czy innego pacykarza z przeszłości. Słoń, natychmiast po przewiezieniu do Europy, zaczął święcić tryumfy. I tęsknić za sawanną, czym dawał wyraz smutnym trąbieniem. Wzięto je za nowoczesną formę muzyki symfonicznej, dodano trochę bitu, sample, hip-hopowe libretto i wystawiono jako operę, operetkę i musical w jednym. Tłumy waliły drzwiami i oknami. Często nie tymi, co trzeba, bo bliźniaczo podobne rytmy rozbrzmiewały we wszystkich klubach miast Zachodu co weekend. Trudno.

Krytycy rozpływali się, a krytyczkinie rozpływały, w zachwytach nad nowym mistrzem. W związku z tym, mistrz stary, czyli Lis, powoli odchodził w zapomnienie. Zapraszano go już tylko na konferencje naukowe jako reprezentanta pierwszej fali awangardy. Wygłaszał na nich referaty skomleniem. Może dlatego, że tak już miał, a może przez to, że Nieznajomy kłuł go wielką szpilą w zad, czyli podstawowe narzędzie jego warsztatu, jeszcze niedawno wręcz czczone. Zebrani z szacunkiem wysłuchiwali prelekcji i czym prędzej gnali do galerii, aby podziwiać najświeższe, jeszcze ciepłe prace coraz smutniejszego słonia. Nieznajomy zdawał sobie sprawę, że koniec jest bliski. Próbował jeszcze poszczuć Lisa na jedną kuratorczynię, ale osłabione dźganiem zwierzę nie miało już na to siły. Fekalizm przeszedł do historii, czyli tam, gdzie współczesność w ogóle nie zagląda.

– Zawiodłem się na tobie – rzekł Lisowi Nieznajomy, gdy pod pałacem wyrzucał go ze swojej limuzyny – Mogłeś być wielki, lecz zabrakło ci odwagi. Bez niej byłeś tylko dobrym rzemieślnikiem, ale nie artystą. Pomyśl o słoniu. Każde jego dzieło się wtrąca, jest rzuconym nam w twarz wyzwaniem, oskarżeniem, żądaniem zmiany. „Jeśli czegoś nie zrobimy” – krzyczy słoń swoją sztuką – „nasza planeta umrze. Już teraz na sawannie prawie nie ma lasów”. Fakt, że sawanna jest sawanną właśnie dlatego, że nie jest lasem, tylko wzmacnia siłę przekazu. Więc nie wyskakuj mi tu z tekstem, że to jakiś absurd. Zresztą, nie jesteśmy w necie, żebyś mógł hejtować. Spójrz na siebie. Obok twoich prac przechodzi się obojętnie. Wystarczy zrobić tylko nieco większy krok. Sam przyznasz, że to żadna sztuka – Lis leżał bez ruchu na ziemi – Brzydzę się tobą. Muszę teraz przeprosić historyczkinię, którą ugryzłeś. I kuratorczynię, której ugryźć nie chciałeś. Potem znajdę stado słoni i zrobię z nich komunę artystyczną albo kolektywy twórczy. Sztuka współczesna nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa – Nieznajomy zamknął z trzaskiem drzwi auta, poprawił nocnik na głowie i kazał szoferowi odjechać.

Lis jeszcze przez chwilę się nie ruszał. Kiedy warkot silnika ucichł, podczołgał się do pałacu. Pod jedną ze ścian budynku leżało poplamione czerwonymi śladami błękitnej krwi futro baronówny. Lis dopełzł do niego. Wtulił się w nie, zawinął, cicho zawył – mamusiu – i zasnął.