
Jak wiadomo, za przyczynę powolnej, niezbyt godnej śmierci człowieczeństwa w jego dotychczasowym rozumieniu, Stanisław Ignacy Witkiewicz uznawał zmielenie jednostki w paszczy na mdło demokratyzującej się od czasu rewolucji francuskiej, zjełopiałej ludzkości. Dramatis personae Hanocha Levina są jej – madame zjełopiałej ludzkości – i jego – monsiuer zmielenia – dziećmi. Nie tylko z powodów chronologicznych, ale również i przede wszystkim z racji tak, a nie inaczej ukształtowanej duchowości człowieka Zachodu drugiej połowy dwudziestego stulecia.
W największej mierze uformowała ją, i wciąż uparcie, z fanatyczną determinacją formuje, doktryna liberalizmu. Jej wnikliwej analizie poświęcił swoją książkę Dlaczego liberalizm zawiódł? Patrick J. Deneen. Odpowiedzi na postawione tytułem pytanie ten amerykański teoretyk polityki, wykładowca uniwersytetów Notre Dame, Princeton i Georgetown, szuka najsampierw w początkach liberalizmu. Ruch ten zaczął się, jak na ideę godną nowoczesności przystało, od rewolucji. Celem liberalnego przewrotu była redefinicja wolności. Chodziło o uproszczenie procedury jej zdobywania oraz korzystania z niej. „Według starożytnych i chrześcijan wolność stanowiła stan rządzenia sobą, dotyczyła jednostek bądź wspólnoty politycznej” – pisze Deneen – „osiągnięcie wolności zakładało spętanie wyboru jednostki. Główną podstawą tego ograniczenia nie było prawo stanowione – choć było ono obecne – lecz rozbudowana sieć norm społecznych mających formę zwyczaju”.
Pod tym względem protagoniści Witkiewicza znajdują się, jak to oni, w punkcie granicznym. To znaczy „rozbudowana sieć norm społecznych mających formę zwyczaju” wciąż spowija ich świat, lecz jest już mocno sfatygowana, gdzieniegdzie dziurawa, w innych miejscach byle jak i byle czym zszyta. Wyplątać się z niej zwykłym świństewkiem potrafi każdy zblazowany zgniłek salonowy. Zasiedziały na kanapie, wymaczany w herbacie, zagryziony ptifurkami i wygadany banałem. Bohaterowie Witkacego takiego życia dla siebie nie chcą. Jedyny na nie antydot widzą w uprawianiu perwersji, która, to ważne, ma nade wszystko metafizyczny charakter. Nie wyczerpuje się przeto w ledwie niegrzecznych, z góry usprawiedliwionych i wybaczonych występkach paniczyków hodowanych po tak zwanych dobrych domach, lecz w szalonych, niebezpiecznych, ekstremalnych witzach. Może na pierwszy rzut oka na to nie wyglądają, lecz aranżując swoje wariackie popisy, dramatis personae polskiego artysty starają się wskrzesić zachodniego ducha. „Jako Europejczycy” – twierdzi Chantal Delsol w Kamieniach węgielnych – „ponad szczęście przedkładamy przygodę, która wymaga ryzyka i destabilizacji. Europa grecka i chrześcijańska, która szuka prawdy i wiary, […] wybrała ryzyko. Nie mogłaby, nie rezygnując z siebie, zrezygnować z niepokoju, z salto mortale. Od początku niepokój jest naszą chwałą”.
Takie salto mortale, między wieloma innymi u Witkacego, wykonuje tytułowa bohaterka operetki Panna Tutli-Putli. Ten metafizyczny fikołek, choć efektowny, kończy się duchową śmiercią protagonistki, albowiem przeprowadza go w skrajnie niemetafizycznych czasach. Rządzą nimi Milionerzy, jedyni beneficjenci ryzykownej wyprawy podjętej przez główną postać dramatu. To oni, bogacze, nabywają wyspę Tua-Tua wraz z jej mieszkańcami, czyli z tak określaną w biznesplanach dzisiejszych warszawskich czyścicieli kamienic „wkładką mięsną”. Równolegle Tutli-Putli traci jakąkolwiek nadzieję na wyrwanie swojej egzystencji z pulpy zachodniego sflaczenia, pompowanego żądzą zysku, zaspokojenia wyłącznie cielesnych potrzeb oraz zwierzęcych instynktów. Postanawia przeto się w niej zanurzyć. Zaprasza na swój jacht Kawalera D’Éspargese’a, by tam oddać mu się „bez ceremonii”. Tym samym z tej Europy Delsol, szukającej prawdy i wiary, i dlatego wybierającej ryzyko, którą przynajmniej przez chwilę chciała przywrócić do życia Tutli-Putli, został jedynie orgazm.
To i tak sporo, bo w Jakisiu i Pupcze Levina nawet o to jest trudno. Dramatis personae tej sztuki jeżdżą po sąsiadujących ze sobą miejscowościach: Flaczkach, Palaczynkach i Paluszkach. Gdzie by protagoniści się nie znaleźli, wszędzie będą zgubieni, ponieważ za każdym razem lądują w okolicy, w której, jak wyraża się jeden z nich, On-Huszpisz, „nawet kot […] ziewa i myśli o emigracji”. Ta ich biedaodyseja przypomina, mimo wszystkich istotnych różnic, peregrynację na bogato Tutli-Putli. Ma bowiem taki sam cel – wyrwanie się z martwoty. Po wielu perypetiach bohaterom izraelskiego pisarza udaje się go osiągnąć. Oto bowiem Jakiś odbywa stosunek płciowy z Pupcze, czym konsumuje małżeństwo z nią, otwierając dla nich nowy rozdział w tym samym, nieszczęśliwym życiu. Nie od rzeczy będzie tutaj zauważyć, iż to, co jest dla postaci Levina szczytem marzeń – akt seksualny – dla Tutli-Putli jest znakiem duchowej klęski.
„Może pragnę rzeczy, które absolutnie nie przysługują komuś tak nędznemu jak ja” – pyta Jakiś księżniczkę Szampinje-Szandilje i zaraz błaga ją – „powiedz mi tylko, że mam rację, że nie wolno mi mierzyć wyżej niż Pupcze. […] I zawsze, zawsze będzie źle, prawda? […] Ani chwili wytchnienia, żadnych nowych widoków na coś? Pupcze – i nic więcej!?”. Monarchini potwierdza jego przypuszczenia potakującym ruchem głowy i rozłożeniem rąk w geście „cóż można zrobić?”. Wymowę tej sceny – odczucie gorzkiej ulgi wypływające z pogodzenia się z własnym, do bólu przeciętnym losem – z powodzeniem streszcza fragment piosenki Tutli-Putli, wykonywanej przez dziewczynę tuż przed udaniem się na jacht z D’Éspargesem: „teraz dopiero jasno zrozumiałam,/ Że czasy przeszły i nic ich nie wróci,/ Że dla fantazji, co nic nie jest warta,/ Co tylko nasze nędzne życie skróci,/ Nie warto oddać ani jednej chwilki”. Fantazja ta się rozwiała, a spod mgły jej tajemnej cudowności wyłoniła się zwykła, napalona panienka i zwykły, napalony chłopaczek. Jakiś i Pupcze z późniejszego dramatu Levina. Chłopak, upewniony przez księżniczkę, że jako Jakiś jest żaden i takim pozostanie, odzyskuje spokój, a wkrótce również siły witalne, czego niebudzącym wątpliwości dowodem jest erekcja i rozdziewiczenie Pupcze wśród pól okalających miasto.
Między powstaniem dramatu Levina i operetki Witkacego upłynęły sześćdziesiąt dwa lata. Przez ten czas, jak widać, człowiek Zachodu nieco obniżył swoje egzystencjalne oczekiwania. Nie jest mu z tym tak dobrze, jak prorokował Witkiewicz. „Wszyscy jesteście szkaradni i wszystko jest obrzydliwe”, wygarnia Jakiś pozostałym protagonistom pod koniec sztuki. Niedługo potem Pupcze śpiewa, że „wszystko wokół jest paskudne”. Przedstawianą historię wieńczy zatem not-so-happy end. Jest happy, bo dwójka tytułowych bohaterów osiągnęła swój cel. Not-so, ponieważ był on taki, jaki był. Kopulacja, zarówno dla mieszkańców światów kreowanych przez Witkacego, jak i Levina, nie jest najlepszą odpowiedzią wobec wyzwania, jakim jest istnienie. Kłopot w tym, że nowoczesność nie bardzo potrafi, ani chyba nawet chce, udzielić innej. Przyczyn tego stanu rzecz jest zapewne wiele. Jedną z nich, może najważniejszą, jest tryumf liberalizmu.
Odrzuciwszy, często niepisane, normy narzucane przez dotychczas obowiązujący porządek kulturowy, doktryna ta musiała znaleźć odmienną formę kształtowania stosunków międzyludzkich w cywilizowany sposób. Alternatywą był przecież powrót do stanu natury, czyli całkowita anarchia. Nie spodziewalibyśmy się po liberalizmie pomysłu, na jaki wpadł w celu uchronienia przed nią nowoczesnych społeczeństw. Kiedy jednak dłużej, i razem z Deneenem, się nad tym zastanowić, niczego innego nie mogliśmy od niego oczekiwać. Jeżeli wolność nie polega już na cnocie samoograniczenia, panowania nad własnymi żądzami, jak to drzewiej, u starożytnych i w chrześcijaństwie, bywało, to gwarantować ją winna jakaś instancja zewnętrzna wobec jednostki. W tej roli ustrój liberalny uznaje wyłącznie… państwo. „Jak na ironię” – stwierdza amerykański badacz – „gdy zachowanie przestaje być społecznie uregulowane” przez takie anachronizmy jak, pardon my French, tradycja, zwyczaj, dobre wychowanie wyniesione z domu, „państwo musi stale się rozrastać poprzez pęczniejące prawodawstwo i aktywność regulacyjną. «Imperium wolności» rośnie w szybkim tempie ramię w ramię z ciągle powiększającym się obszarem kontroli państwa”.
Między innymi przed tym, jak sądzę, przestrzegał Witkacy, wieszcząc zagładę indywiduum. Zastąpienie proboszcza, rodzica, członków najbliższej, sąsiedzkiej wspólnoty urzędnikiem nie jest żadnym wyzwoleniem. To bodaj najbezwzględniejszy rodzaj opresji. Najbezwzględniejszy, bo depersonalizujący ludzi w petentów, a ich realne problemy abstrahujący w kodeksy postępowania, wnioski, pozwolenia, teczki, sygnatury. Biurokracja nie ma sumienia, ma procedury. Wobec ich rozrastającego się gąszczu przeciętny, tak jeszcze dla niepoznaki zwany obywatel, jest po prostu bezradny. Zdaje się więc na łaskę machiny administracyjnej i jej panów. „Czołowi liberałowie uważają” – pisze Deneen – „że musimy cały czas osłabiać energię ludu, oferując mu zaspokojenie spraw prywatnych, a następnie ochronę poprzez odległe działania wyłonionej w wyborach plutokracji oraz biurokratów państwa liberalnego”. „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”, mówi liberalny rząd tak zwanemu obywatelowi, „ja zajmę się polityką, sprawowaniem władzy i takimi tam ustawami, dyrektywami, obostrzeniami, a ty skup się na sobie, bogać się, używaj, jedz, pij, baw się, nie przejmuj się niczym, ciesz się, że jesteś wolny, bo jesteś wolny, a jak pomyślisz, że nie, to jesteś populista, oszołom, faszysta”. Jak widać, największą wolnością w liberalizmie cieszy się władza. Niby nic nowego, a jednak trochę smutno. I groźnie. „Demokracja” – zauważył Nicolás Gómez Dávila – „buduje totalitaryzm za pomocą liberalnych narzędzi”. Deneen, co warto gwoli ścisłości odnotować, nie zgodziłby się tutaj z Kolumbijczykiem. Według niego jest na odwrót – to liberalizm buduje totalitaryzm za pomocą narzędzi demokratycznych.
Tak czy siak, wesoło nie jest, a raczej jakoś tak do pupcze. Jakimś pocieszeniem może być w tej sytuacji swoboda, jaką porządek liberalny zapewnia swoim poddanym w realizowaniu pragnień, czy też, by użyć mniej powabnego sformułowania, zaspokajaniu konsumpcyjnego głodu. Trawieni nim nabywcy, przeganiani po wyprzedażach, promocjach, okazjach, obniżkach, czarnych piątkach siedem dni w tygodniu, dość mgliście, o ile w ogóle, orientują się w zasadach rządzących gospodarką. Są dla nich one na poły magiczne, z zaklęć na nie znają tylko hossę i bessę, kredyt, ewentualnie rzeczywistą roczną stopę oprocentowania i, rzecz jasna, debet. Dlatego całkowicie polegają na opiniach ekonomistów, maklerów, bankierów i innych kapłanów wolnego rynku w białych kołnierzykach zamiast koloratek. W ten sposób liberalizm tworzy, jak ujmuje to Deneen, „klatkę ekonomicznej konieczności”. Uwięziona w niej kultura „staje się synonimem hedonistycznego podniecenia, emocjonalnego prostactwa oraz roztargnienia, gdzie całość podporządkowana jest promocji konsumpcji, żądzy i rozrywki. W rezultacie” – twierdzi Amerykanin – „w społeczeństwie zaczynają dominować zachowania powierzchownie wyolbrzymiające same siebie, społecznie destrukcyjne”.
Bohaterowie sztuk Levina, zwłaszcza z cyklu jego „dramatów rodzinnych”, do których zalicza się Jakiś i Pupcze, wcielają właśnie te „społecznie destrukcyjne” postawy wyrastające ze sprowadzenia kultury do „hedonistycznego podniecenia”, jakiego dokonał liberalizm. I padają ich ofiarami. Nie szanują się, lecz szacują, nie kochają, a kalkulują, traktują bliźniego jak towar i targują się do upadłego, aby jak najmniej za niego zapłacić. Ich relacje układają się zgodnie z logiką rynku, wprowadzoną na wyspie Tua-Tua przez Milionerów. Zakończyli oni tym samym rojenia Tutli-Putli o życiu podejmującym ciągłe ryzyko poszukiwania prawdy, jak pisała Delsol, czy też, jak wyraziłby się Witkacy, Tajemnicy Istnienia. Zwał, jak zwał, chodzi o to samo salto mortale.
Nowoczesny Zachód odpuścił sobie fikanie takich koziołków. Woli od nich, by zacytować sprzedanych Tua-Tuańczyków, „ohydne, szare zgnicie” w świecie rządzonym wyłącznie przez prawa popytu i podaży, czujnie kontrolowane przez liberalne rządy w interesie Stanghoyzenów, Pictonów, De Tournoérów i innych Zuckerbergów globalnych trustów.
Literatura przedmiotu w Literaturze podmiotu:
- Ch. Delsol, Kamienie węgielne Na czym nam zależy, tłum. M. Kowalska, Znak, Kraków 2018.
- P. J. Deneen, Dlaczego liberalizm zawiódł?, przeł. M. J. Czarnecki, PIW, Warszawa 2021.
- N. Gómez Dávila, Nowe scholia do tekstu implicite, t.II, przeł. K. Urbanek, Furta Sacra, Warszawa 2009.
- H. Levin, Jakiś i Pupcze, tłum. E. Sidi, [w:] H. Levin, Udręka życia i inne dramaty rodzinne. Teatr życia i śmierci, Austeria, ADiT, Warszawa 2015
- S. I. Witkiewicz, Panna Tutli-Putli, [w:] S. I. Witkiewicz, Dzieła zebrane. [Tom 5:] Dramaty I, oprac. J. Degler, PIW, Warszawa 1996.