Jarosław Jakubowski / FRISCH, MECHANIKA PAMIĘCI

Montauk Maksa Frischa jest niewielkich rozmiarów powieścią o rozstaniu kochanków. To romans z gatunku niemożliwych, to znaczy zaistniałych, jednak bez przyszłości. On niedługo skończy 63 lata, ona ma 31 lat i jest w wieku jego córki. Ona Amerykanka, on Szwajcar. Na miejsce ostatniej wspólnej wycieczki wybierają cypel na zachodnim krańcu Długiej Wyspy, znanej lepiej jako Long Island. To właśnie Montauk, jakieś dwie godziny drogi z Nowego Jorku. Montauk jest indiańską nazwą, to znaczy pochodzącą z języka pierwotnych mieszkańców wybrzeża Atlantyku. Jak udało mi się ustalić, słowo pochodzi od rodzaju skorupiaka, którego muszelki były używane przez ów pierwotny lud jako środek płatniczy.

Frisch w tej powieści dekonstruuje szwajcarski zegarek prozy – podczas gdy jedna wskazówka biegnie do przodu, zgodnie z nieubłaganą logiką kończącego się związku, druga cofa się, zatrzymuje w określonych punktach życiorysu mężczyzny, a wtedy uruchamiają się mniejsze wskazówki retrospekcji, które przecież też nie zawsze obracają się „zgodnie z ruchem”. Czasomierz ten składa się z licznych tarcz, a wskazówki poruszają się po nich z różnymi prędkościami, w różnych kierunkach, a bywa że zamierają, jak na przykład nad brzegiem oceanu w Montauk. To ono jest punktem centralnym narracji, trochę jak nieruchome oko cyklonu. Wszystkie plany rozgrywają się jednocześnie, mało tego, Frisch ciągle ucieka przed jednoznacznym określeniem statusu narratora. Raz jest nim ja, raz on, przy czym „ja” i „on” raz po raz przeskakują z czasu teraźniejszego w przeszły i z powrotem. Bywa też, że i „ja”, i „on” na moment (na przykład opisu ramion, włosów, stóp) stają się nią, jakby z nią w zapatrzeniu utożsamieni.

Rozczłonkowany w ten sposób narrator jest jednocześnie bohaterem, choć równie dobrze można powiedzieć, że prawdziwym bohaterem jest jego pamięć. Dlaczego pamięć podsuwa nam właśnie to, a nie co innego? Czy pamięć należy do nas, czy jest czymś od nas niezależnym? Kto nami pamięta? Dla kogo pamiętamy? Frisch dobrodusznie przyznaje, że chce po prostu „opisać swoje życie”. Mało tego, on chce je opisać wyłącznie dla siebie. I rzeczywiście, poznajemy pewne fakty z jego życia, ale przecież nie jest to autobiografia, tylko powieść, powieść autobiograficzna. Różnica jest może i naciągana, ale wyczuwalna. Autobiografia ma na celu raczej uporządkowanie zdarzeń w jakiś logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Frisch pozwala, aby to jego pamięć porządkowała tekst. Składa się on więc z dziesiątek, jeśli nie setek sekwencji, trochę jak film, czasem sceny są kręcone „z ręki”, ujęcia nerwowe, kiedy indziej kamera tkwi nieruchomo na statywie, nawet gdy postaci znikają z pola jej widzenia. Może to być też sztuka teatralna, ale do jej wystawienia potrzebna byłaby scena złożona z wielu mniejszych przestrzeni, w których jednocześnie rozgrywałyby się poszczególne całostki fabularne. Można by też wpuścić widzów w labirynt, w którym napotykaliby bohatera w różnych czasach, miejscach i sytuacjach. Niekiedy wracaliby do tego samego punktu, w którym jednak czas i sytuacja byłyby już inne. Ten, komu udałoby się dotrzeć do wyjścia z labiryntu, zostałby wynagrodzony widokiem ciemnokobaltowego oceanu w Montauk. Widzowie, którym by się nie powiodło, musieliby zostać ewakuowani przez pracowników technicznych. To zresztą zależałoby od reżysera.

Mówimy jednak o użytkowej funkcji tekstu, o jego „realizacji”, a przecież – jeśli wierzyć Szwajcarowi – prawdziwa przygoda rozgrywa się podczas pisania. „Życie jest nudne, doświadczenia zbieram już tylko wtedy, kiedy piszę”. Frisch jest nieoceniony, jeśli chodzi o takie aforyzmy, nawet jeśli wygłasza je na użytek publiczności, która tego właśnie oczekuje. Montauk poza tym wszystkim, co stwierdziliśmy o niej wyżej, jest też powieścią o pisaniu, nie o czynności pisania, ale raczej o myśleniu o pisaniu. Można to ciągnąć dalej – jest także powieścią o myśleniu o myśleniu o pisaniu… W każdym razie o tym, z czego pisanie się bierze.

Nie chcę się wypowiadać za Frischa, ale myślę, że poza chęcią opisania życia i „rozeznania się w sobie”, jak wspomina w innym miejscu, pisarz chce ujrzeć postaci z jego głowy, jak go grają, jak się poruszają, mówią; kobiety i mężczyźni, słowa przyobleczone w żywe ciała; aktorzy. Montauk jest więc być może największą i najpełniejszą sztuką teatralną Frischa. Aż ciarki przechodzą po grzbiecie, gdy pomyślę, co to mógłby być za spektakl. Dopiero bowiem w unaocznieniu odsłoniłyby się wszystkie jego warstwy. Fakt, że nie znalazłem w annałach żadnej wzmianki o inscenizacji Montauk w Polsce, wydaje się znaczący. Może bowiem znaczyć, że artyści teatru uznali, że: a) utwór nie nadaje się na scenę, b) utwór jest wystarczający sam w sobie i nie potrzebuje teatralnej podpórki. Wolę drugą opcję, bo z doświadczenia wiem, że spektakl wyobrażany przeważnie jest lepszy od tego zrealizowanego.

„Dlaczego o tym opowiadam? Komu to opowiadam?”. Nie wiem, Max, naprawdę nie wiem. Za to wiem jedno: lubię z tobą spędzać czas, mój ty widmowy druhu. Może tylko o to chodzi, może aż o to?