Jarosław Jakubowski / ROZMOWA Z KOTEM

– Słuchaj – zaczął Kot, który nie wiedzieć czemu postanowił wrócić po swej nagłej i niespodziewanej śmierci pod postacią, za którą zresztą zawsze go miałem, a więc istoty niedookreślonej gatunkowo i płciowo (był kastratem), dyskretnej w swoim objawianiu się i obdarzonej duszą. – Wydaje mi się, że w twoim życiu nadszedł moment rozstrzygających decyzji.

– Nie mam zaufania do rozstrzygających decyzji. A w ogóle, co masz na myśli? – spytałem patrząc na mojego gościa, przepełniony mieszaniną wzruszenia i lęku.

– Miotasz się. Nie wiesz, czego chcesz. Rozpraszasz swoją uwagę i energię na rzeczy ważne i nieważne, z przewagą tych drugich. Brniesz w sprawy beznadziejne, bo na przykład piszesz dla teatru, który jest ich, nie twój.

– Nie chce mi się o tym mówić. Zresztą nie piszę dla teatru, piszę dla…

– Dla kogo, no?

– Nie wiem, pisząc nie zastanawiam się nad tym, ale chciałbym, żeby ktoś mnie zrozumiał, może nawet pokochał. Tak, chyba tego właśnie chcę.

– To dla ciebie takie ważne – być kochanym?

– Co w tym złego?

– Miłość zawsze wiąże się z cierpieniem. Nie ma innej opcji.

– Cierpienie jest bardzo atrakcyjnym tematem. Męczennicy, robotnicy, artyści, wszyscy cierpią. Problemem jest zanikająca sztuka cierpienia. Staram się ją ocalić.

Kot rozparł się wygodniej w moim fotelu. Zapalił fajkę, jak to Kot. Pokój wypełnił się jakimś dawno zapomnianym zapachem, który kojarzył się z nocnym lokalem gdzieś w Hawanie, Casablance albo Oranie lat czterdziestych, względnie pięćdziesiątych. Nigdy tam i wtedy nie byłem, ale nigdy też nie odwiedził mnie zmarły Kot.

– Ludzie nie chcą czytać i oglądać historii o cierpieniu. Wystarczy im ich własne. Chcą czegoś wesołego, ciepłego, dającego nadzieję.

– Wydaje mi się, że mimo wszystko daję nadzieję. Nie jestem nihilistą. Dzielę się z ludźmi moją samotnością.

– Ty nawet nie lubisz swoich postaci. Zaborcze matki, rozczarowani ojcowie, do tego ci wiecznie słabi mężczyźni płaszczący się przed kobietami, które są lepsze, odważniejsze i szlachetniejsze od nich.

– Nieprawda, właśnie napisałem historię o mocnym mężczyźnie, który zabija i gwałci i jako jedyny ostaje się żywy. Jest prawdziwym bohaterem.

– Znam to. Czytałem w trakcie. Myślisz, że ludzie teraz tego właśnie potrzebują?

– Nie wiem czego potrzebują ludzie.

– Dlatego nie grasz w pierwszej lidze.

– Najwyższym poziomem rozgrywkowym jest Ekstraklasa.

– Dobra, dobra. Nie chwytaj mnie za słówka. Naprawdę tak trudno wyjść naprzeciw oczekiwaniom i zostać wziętym autorem głównego nurtu? Twoje osobiste sympatie się nie liczą. Nie ty masz być politycznie poprawny, liberalny i krytyczny wobec polskości i katolicyzmu, tylko twoje dzieła. No i wszelkie publiczne wypowiedzi. W domu, kiedy nikt nie widzi, możesz sobie być kim chcesz. Zastanów się, co ci się bardziej opłaci.

Zauważyłem, że Kot raz po raz zerka na barek, gdzie stały trzy butelki różnych gatunków whisky.

– Napijesz się?

– Myślałem, że nigdy nie zapytasz.

– Nigdy nie piłeś.

– To się właśnie nazywa rozwój postaci.

– Jameson, Jack Daniel’s czy Ballantine’s?

– Jameson. Z lodem.

– Przepraszam, nie mam lodu.

– Nalej samej, bo nigdy nie wyjdziemy z tego small talku. A ty co, niepijący?

– A, dla odmiany postanowiłem popatrzeć na świat na trzeźwo.

– Chimeryczny dramaturg…

– Co ty mi właściwie proponujesz? – spytałem, patrząc z zaciekawieniem, jak Kot moczy pyszczek w whisky.

– Biorąc pod uwagę twój wiek, powinieneś już raczej odcinać kupony, a nie ciągle się szarpać.

– Ale ja się nie szarpię.

– Nie kłam Kotu. Im możesz, ale Kotu nie.

– No dobrze, szarpię się, no i co? Mam nagle zacząć pisać jak tamci? Nikt nie uwierzy w taką nagłą konwersję.

Pierwszy raz usłyszałem jego śmiech. Śmiech Kota, który odwiedził mnie po swojej nagłej i niespodziewanej śmierci.

– Zapewniam cię, ludzkie pragnienie wiary jest przeogromne, zwłaszcza po którejś tam śmierci Boga. Pytanie, czy ty wierzysz w siebie jako wolę i przedstawienie?

– Wiara to przede wszystkim wierność. Nie można być wiernym i płynnym jednocześnie.

– Wiem, wiem, katolickie wychowanie, silnie zakorzenione poczucie grzechu…

– Raczej dramatyzmu istnienia.

– Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę, bla, bla, bla. Naprawdę myślisz, że ludziom potrzebny jest dramatyzm istnienia? Napisz coś aktualnego, mam nawet gotową listę tematów… czekaj, gdzie ona jest…

– Nie trzeba, znam te tematy. Nudzą mnie. A dramatyzm istnienia zawsze na propsie, czy to się ludziom podoba, czy nie. Wciąż uważam katolicyzm za najbardziej żyzną glebę sztuki. Tylko ja nie chcę nikogo obwiniać, osądzać, jak tamci. Im się wydaje, że przynoszą światło, a jedynie potęgują mroki. Chciałbym stworzyć coś takiego, jak Dziennik wiejskiego proboszcza, tylko współczesną wersję, ciągle mam przed oczami umęczoną twarz tego cherlawego księżulka z Ambricourt zamotanego w ziemskie sprawy swoich parafian. I słyszę słowa pyknicznego proboszcza z Torcy: „Nasze ukryte grzechy zatruwają powietrze, którym oddychają inni”.

– Á propos grzechów, dlaczego pozwoliłeś mi wyjść w noc, prosto w objęcia nagłej i niespodziewanej śmierci?

– Sam do tego parłeś, nie pamiętasz jak wyślizgiwałeś się z domu przy byle okazji?

– Być może obu nas łączy orientacja nekrofilna, w ujęciu Ericha Fromma rzecz jasna.

– Nie sądzę. Mnie twoja nagła i niespodziewana śmierć nauczyła, że każde, bez wyjątku, istnienie jest ważne.

– Więc pisz o tym, ale nie miej potem pretensji, że teatr cię nie chce.

– Chyba już wyrosłem z pretensji. Mogę zadać ci jedno pytanie?

– Pytaj.

– Dlaczego umarłeś?

Kot położył palec na pyszczku, a potem bezszelestnie wstał z mojego fotela.

– O tym należy wyłącznie milczeć.

Fajka dopaliła się. Szklaneczka była już pusta. Kot ukłonił się z wielką gracją, zamiótł ogonem i tyle go widziałem.