Jarosław Jakubowski / W KOSMOSIE MUPPETÓW

Pojechałem na wakacje. Daleko. To znaczy w moim przypadku najdalej jak się dało, bo na południowo-zachodni kraniec kontynentu. Najpierw jechałem, potem leciałem, potem znowu jechałem. I w końcu stanąłem u krańca lądu i spojrzałem na Atlantyk. Spokojny był jak Bałtyk. I jak od Bałtyku wiało chłodem. Tyle że słońce grzało całkiem inaczej. Jak to na Południu, jakoś dotkliwiej. Słońce na Południu ogołaca człowieka z niepotrzebnych ruchów i myśli, pozwala mu skupić się na tym, co najważniejsze, czyli na samym sobie. Żadnych tam fantastycznych kształtów obłoków na niebie, nic, tylko błękitna roziskrzona kopuła. I suchość krajobrazu, który jest jak butelka z benzyną i tylko czeka, żeby wybuchnąć pożarem. Na szczęście tegoroczne pożary Południa mnie ominęły. Patrzyłem, czytałem, pisałem, wskakiwałem do wody, suszyłem się, znowu patrzyłem. No i słuchałem. Mowa hiszpańska jest mową dla mnie obcą, więc zanurzałem się w niej trochę jak w nieznanej, rwącej rzece.

Tutaj, czyli tam, w Andaluzji, ludzie bez przerwy ze sobą gadają. Nawet tacy, co widzą się pierwszy (i być może jedyny) raz w życiu. Wchodzimy na pokład łodzi, która ma nas przewieźć na mierzeję, za którą szumi Atlantyk. Z nami troje Niemców. W zasadzie to nie wiem, ale mówią po niemiecku, więc może Austriacy albo Szwajcarzy, ale polskie serce podpowiada mi, że Niemcy. Kapitan stateczku, drobny młody mężczyzna, nie odrywa telefonu od ucha. Trzyma go jedną ręką, podczas gdy drugą steruje łodzią. Trzyma, steruje i nieustannie gada. Nieustannie. Gada nawet kiedy słucha tamtej drugiej strony. I ciągle mu z jakiegoś powodu wesoło. Dopiero gdy przybijamy do brzegu, przerywa rozmowę, a pan Niemiec wręcza mu napiwek, chyba właśnie za to umilanie nam krótkiego rejsu tą ich wesołą gadką.

Wracamy z mierzei i tym razem płyniemy z grupką Hiszpanów, dwie starsze pary. Od razu wchodzą w interakcję z kapitanem. Wszyscy z wszystkimi rozmawiają. Nie mam pojęcia o czym, ale domyślam się, że nie o powrocie Tuska ani innym równie doniosłym przypadku. Rejsik przebiega cały w rozmowie, a gdy lądujemy na drugim brzegu, wszyscy rozchodzą się w swoje strony.

Kadyks. Ryba. fot.JJ.

W Kadyksie przysiedliśmy w barze tapas nieopodal placu Katedralnego. Panował tu nieopisany gwar, ponieważ vis-à-vis mieściło się coś w rodzaju przedszkola, z którego rodzice odbierali swoje pociecho-udręki. Wyjściu z przybytku każdego dziecka towarzyszyła mniej więcej dziesięciominutowa rozmowa. Najpierw dziecko rzucało się na szyję rodzica, pokazując mu, co tam dzisiaj narysowało, potem pani opiekunka dodawała swoją relację, a własne dorzucali rodzice. Wszystko w żywym i wesołym tonie. Całe misterium wyjścia dzieci trwało dłużej niż zjedzenie tapas. Kiedy następnego dnia zapytaliśmy naszą przewodniczkę po Sewilli, o czym ci ludzie tu tak gadają i gadają, odpowiedziała że o wszystkim. Oni po prostu informują siebie nawzajem, co ich spotyka. Na przykład świeżo poznany znajomy wysyła ci sms: „właśnie poszedłem do sklepu”. I tyle. Nie wiesz, co z tym zrobić, ale wiesz, że on poszedł do sklepu i może w razie czego możesz go poprosić o kupno soli albo pomidora. A może po prostu on chce, żebyś wiedział, co się u niego dzieje.

No tak, język jest po to, żeby utrzymywać kontakt z innymi, budować relacje i więzi, a nie po to, żeby okładać się słowami jak cepami. Rozmowa nie musi być koniecznie „istotna”, może być o bzdurkach, ważne żeby wszystkie strony czuły się w niej dobrze.

Wróciłem z wakacji i jeden ze znajomych przypomniał mi piosenkę disco z lat siedemdziesiątych Sugar Baby Love angielskiego zespołu o nazwie The Rubettes. Ta piosenka z kolei skojarzyła mi się z serialem Muppet Show, który oglądałem jako dziecko. I pomyślałem, że zostaliśmy obsadzeni w życiu mniej więcej tak jak owe Muppety. To znaczy każdy z nas miał swojego ulubionego Muppeta i z nim się identyfikował mocniej niż z pozostałymi. Nawet jeśli się do tego głośno nie przyznawał, bo przecież Muppety to jednak postacie komediowe, a więc przerysowane, co nie znaczy, że nieprawdziwe. Pamiętam, że najczęściej chrzciliśmy kolegów i koleżanki mianem: Misia Fozzie, Miss Piggy i Gonzo. Moim ulubionym typem był Szwedzki Kucharz, którego nikt nie rozumiał i który w swojej kuchni zawsze przeprowadzał radykalny eksperyment kończący się katastrofą. Później Orzeł Sam (Sam Eagle), sztywny amerykański patriota cenzurujący przedstawienie. Bardzo poważny, a przez to bardzo śmieszny. Czasem, w zależności od nastroju, najbliżej było mi do Zwierzaka – szalonego perkusisty, brakującego ogniwa ewolucji. Potem moje sympatie zaczęły przesuwać się w stronę Zgryźliwych Tetryków, jak nazywałem dwóch staruszków siedzących w loży i złośliwie komentujących spektakl. W końcu zrozumiałem, że najgenialniejszą metaforą ze świata Muppetów jest seria Świnie w kosmosie z trójką bohaterów: Kapitanem Świńskimtruchtem, Doktorem Dziwnokotleckim (zwanym też Doktorem Wieprzowiną) oraz największą gwiazdą, Panną Piggy. Przeżywają oni dziwne przygody w przestrzeni kosmicznej, a skecze pełne są absurdalnych dialogów. Mógłby je pisać Mrożek, gdyby był Jimem Hensonem. Ogólnie rzecz biorąc trzy świnki lecą sobie w nicość, ale nic sobie z tego nie robią, bo mają siebie, więc mogą ze sobą gadać.

Sewilla. Dwóch panów na ławce. fot.JJ.

Dlaczego to wszystko mi się teraz przypomniało? Nie wiem. Może dlatego, że źle się poczułem po powrocie na polską orbitę stacjonarną, gdzie wszystko jest takie serio, że nawet największe słowa niewiele już znaczą? Może więc powinniśmy znowu nauczyć się rozmawiać o niczym? Po prostu ze sobą rozmawiać.