Jarosław Jakubowski / ZADANIE: POPIEŁUSZKO

Grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki, projekt Jerzego Kaliny

Znajomy, progresywny reżyser, zwierzył mi się, że na następne święto zmarłych, czy tam wszystkich świętych, chce zrobić spektakl na kanwie głośnego twitterowego wyznania ojca Grzegorza Kramera, który po śmierci Jerzego Urbana napisał: „Na serio i bez ironii. Wierzę, że Jerzy Popiełuszko powie teraz Jerzemu Urbanowi jaka była i jest Prawda. Ufam, że będą mieli teraz dużo czasu na pogawędki”. Urzekła mnie ta wizja znanego jezuity i natychmiast zabrałem się do roboty, a gdzieś z tyłu głowy stukało mi owo „na serio i bez ironii”. Gdy obejrzałem się za siebie, dostrzegłem coś jakby umykające czarne kopytko, ale pracowałem dalej, nie zważając na zmęczenie i inne zlecenia takie jak napisanie felietonu dla Teatrologii.pl.

W naszkicowanej przez jezuitę panświnistycznej wizji zaświatów są one czymś w rodzaju klubu dyskusyjnego, w którym kłamcy, zdrajcy, cudzołożnicy, mordercy i inni jawnogrzesznicy rozmawiają z wszystkimi świętymi przy herbatce w aluminiowym koszyczku. W tle palma w drewnianej donicy, boazeria, lastrykowe schody, kilim na ścianie i zasuszone polne kwiaty w wazoniku z Cepelii. No i jeszcze wieszaki z prasą, wśród której formatem wyróżnia się płachta „Polityki”, niezbędnika inteligenta. Klub Międzynarodowej Prasy i Książki jak żywy. Ksiądz Jerzy ma na sobie zwykłą ortalionową kurtkę i dopiero gdy ją zdejmuje, można zauważyć biały pasek koloratki pod kołnierzem czarnej koszuli schowanej pod popielatym swetrem w serek. Nikt nie zwraca na Popiełuszkę większej uwagi, jest tu stałym bywalcem. Wkrótce na jego stoliku ląduje nieodłączna herbatka. Ksiądz pomaga jej się zaciągnąć rytmicznym unoszeniem i opuszczaniem torebki na nitce. Trochę mu się kojarzy ten ruch z odmawianiem różańca i właściwie czemu nie, wyciąga z kieszeni spodni czarne paciorki ze srebrnym medalikiem i krzyżykiem nanizane na żyłkę i zaczyna się modlić. Jego niewidzący wzrok kieruje się na ulicę, po której przechadzają się patrole aniołów z białymi gumowymi pałkami.

Naraz do lokalu wbiega świnia, na której siedzi przebrany za kardynała Jerzy Urban. Maciora popuszcza spod ogona, więc Klub Międzynarodowej Prasy i Książki wypełnia się gnojnym odorem, ale bywalcy są przyzwyczajeni, a obsługa szybko ściera gówno z podłogi z polerowanego piaskowca. Urban przywiązuje świnię do palmy, a sam dosiada się do Popiełuszki, klepiąc go pulchną dłonią w chude plecy aż dudni, a szklanka podskakuje w aluminiowym koszyczku. Świnia chrząka i obgryza palmę oraz drewnianą donicę. Urban z Popiełuszką ucinają sobie tymczasem zwyczajową pogawędkę. Jak zwykle trochę się przekomarzają na temat Prawdy. Popiełuszko rozśmiesza Urbana swoją prostą „tak-tak, nie-nie” mową, Urban nie może się nadziwić, że taki zwykły chłopski synek z Podlasia został świętym czy tam błogosławionym. Wreszcie wyciąga spod purpurowej sutanny piersiówkę, chwali się że dostał w prezencie urodzinowym od Zenka Płatka, a może Władzia Ciastonia? Pamięć już nie ta. „Napijesz, Jurek?” – pyta, ale Popiełuszko raczej nie trunkowy, zdrowie słabe, nadwerężył je na poligonie w kleryckich czasach. Urban jak sobie trochę popije, to robi się taki ślisko-rzewny, Popiełuszko tego nie lubi, wie że zaraz polecą wyznania, no i masz: „Gdybyś nas posłuchał i wyjechał do Rzymu, to może nawet «Tygodnik Powszechny» byś dostał, jak by się już wszystko uspokoiło”. Ksiądz Jerzy uśmiecha się jak to on, trochę naiwnie, a trochę nieśmiało. „Żartowałem, Juras! «Tygodnik» już zajęty” – Urban wybucha rechotem, aż łzy tryskają mu z ocznych szparek.

Chóry anielskie słychać z kołchoźników pozawieszanych na latarniach, na których kiedyś podobno mieli wisieć komuniści, ale w panświnistycznych zaświatach słusznie uznano, że kołchoźniki są bardziej praktyczne niż wisielcy. „Jesteś nareszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj, co robić? Pomóż!” – brzmi hasło, które niesie się ulicami. Świnia Urbana zeżarła już całą palmę, teraz ciągnie jej kikut wraz z donicą, z której wysypuje się ziemia. W ziemi błyska coś niby butelka, w środku jest list. Urban każe sobie przynieść. Utrąca szyjkę butelki o kant stołu i czyta zawartość przesłania: „Precz z rajem! Niech żyje piekło!”. Woła kierownika sali i przekazuje mu corpus delicti. Kierownik, wysoki wąsaty esbek już będzie wiedział, co z tym zrobić. Urban zakręca piersiówkę, bije się po udach, „No, będę już szedł, Jureczku” – mówi – „Mam umówione spotkanie w Alei Przyjaciół. Tylko nie daj się wpakować do żadnego bagażnika” – tak mu się spodobał ten dowcip, że się prawie dusi ze śmiechu. Dosiada świni i wyjeżdża z KMPiK-u. Tyłem. Jerzy Popiełuszko odprowadza go wzrokiem, kiwa z politowaniem głową i pogrąża się w zadumie. Niedługo Wszystkich Świętych, trzeba się będzie spotkać ze starymi znajomymi, chociaż tu nikt już nie używa tej nazwy, tylko „Święto Zmarłych”. Ksiądz Jerzy uśmiecha się wyobrażając sobie świętujące przy biesiadnym stole trupy, ożywiane przez odzianych w czerń lalkarzy. Naraz wydaje mu się, że ulica za witryną lokalu pełna jest takich żywych trupów, a szklanka po herbacie pokryła się cuchnącą pleśnią. Wszystko w ogóle jest tutaj martwe, łącznie z „prawdą”. Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił? – szepcze ksiądz i są to ostatnie słowa spektaklu.

– Co to, kurna, ma być? – zatrząsł się z oburzenia mój znajomy, progresywny reżyser, gdy przedstawiłem mu zarys naszego przedstawienia. – Naszego? Żadnego naszego! Ja czegoś takiego na pewno nie wyreżyseruję! – dygotał ze złości. Kiedy już trochę się uspokoił, wyjaśnił że brakuje mu wizji zaświatowego pojednania obu Jurków, że sztuka polega na przekraczaniu, również własnych uprzedzeń, więc powinienem przekroczyć to, co mnie ogranicza. – To cholerne katolickie poczucie grzechu! – wykrzyczał mi w twarz. Dodał jednak, że da mi jeszcze jedną szansę. Wyszedłszy od spotkania Urban-Popiełuszko miałem podjąć próbę dekonstrukcji chrześcijańskiego mitu męczenników udowadniając, że Kościół żywi się ich krwią żeby wzmacniać swoje okrutne panowanie nad ludźmi. Dlatego potrzebni są antymęczennicy, tacy właśnie jak nie przymierzając Jurek Urban.

Wtedy zrozumiałem, że nigdy nie będę już obiecujący i progresywny. Wyszedłem z teatru na ulicę. Snuły się po niej, spowite mgłą, cienie. Chochoły w parku ociekały rosą niby bezbarwną krwią. Zaraz listopad, niebezpieczna dla Polaków pora. Że niby duchy idą między ludzi i sączą im do uszu dawno niesłyszaną i niewygodną Prawdę? Wieczorem, 19 października 1984 roku około godziny 22 ksiądz Jerzy Popiełuszko po mszy świętej i rozważaniach różańcowych w kościele pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników na bydgoskim osiedlu Wyżyny, wsiadł do samochodu (volkswagen golf) i wraz z kierowcą Waldemarem Chrostowskim ruszył w kierunku Warszawy. Tego dnia nie czuł się dobrze, łapała go jakaś infekcja. Wyobrażam sobie szosę w okolicy Górska, z obu stron las, może wieczorna mgła, wilgotny ziąb. I ten niepozorny, trzydziestosiedmioletni mężczyzna w sutannie, który jak Nazareńczyk w wierszu Herberta:

został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi

Taka jest Prawda, a co do jej ułomnej siostry prawdy, to do dziś jest przed nami zakryta. Dziennik Telewizyjny 30 października 1984 roku powiadomił o wyłowieniu ciała księdza Jerzego z Wisły przy tamie we Włocławku. Mijała jedenasta doba od porwania. Co faktycznie stało się z kapłanem? Oddaję głos historykowi Krzysztofowi Osińskiemu:

Wokół śmierci ks. Popiełuszki narosło wiele mitów. Jest również wiele pytań, na które cały czas nie znamy odpowiedzi. Kontrowersje wzbudza chociażby tajemnicza ucieczka kierowcy duchownego, trwają spory co do daty śmierci kapłana, ale również to, czy skazani funkcjonariusze SB byli jego jedynymi, a nawet faktycznymi mordercami. Nieznana jest również rzeczywista rola duchownych zapraszających i goszczących w Bydgoszczy ks. Popiełuszkę. Wiedzieć bowiem należy, że ks. Jerzy Osiński był rejestrowany przez SB jako TW „Jerzy”, natomiast ks. Romuald Biniak jako TW „Ostrożny”. Czy poprzez kontakty z funkcjonariuszami bezpieki zostali oni, świadomie lub nie, wykorzystani do zwabienia kapelana „Solidarności” do Bydgoszczy? Stuprocentowej odpowiedzi na tego typu pytania prawdopodobnie już nigdy nie uzyskamy. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy ich zadawać i starać się tej zagadki rozwikłać.

W trakcie procesu beatyfikacyjnego księdza Jerzego jego Mama Marianna tak powiedziała o mordercach syna: „Najbardziej bym się cieszyła, żeby się oni nawrócili. Ja już im przebaczyłam.” Na serio i bez ironii. Wierzę, że Jerzy Popiełuszko i jego Mama są teraz gdzie indziej niż Jerzy Urban. Ufam, że kiedyś ktoś napisze o tym wielki polski dramat współczesny.

W tekście wykorzystałem fragmenty wiersza Zbigniewa Herberta Domysły na temat Barabasza oraz artykułu Krzysztofa Osińskiego Ostatnia Msza księdza Popiełuszki na portalu tygodnikbydgoski.pl. Wypowiedź Marianny Popiełuszko zaczerpnąłem z książki Mileny Kindziuk Matka świętego.