Jolanta Hinc-Mackiewicz / TRYUMF SZEPTU

Moje ostatnie dwa tygodnie obfitowały w ogrom przeżyć teatralnych w Białymstoku. Zaczynały się latem i upałami, a zakończyły wraz pierwszymi jesiennymi przymrozkami. Dobrym początkiem owego rogu obfitości było zainicjowanie roku szkolnego w białostockiej filii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie świetnym spektaklem Faktoria przyjemności w reżyserii Agaty Biziuk-Brajczewskiej. A dzień wcześniej i przez kolejne dwa przedłużone weekendy, aż do niedzieli piętnastego października, festiwal Kierunek Wschód VII.

Najpierw słów kilka o ciepłym, doskonale pomyślanym i nieźle wykonanym przedstawieniu o Emilu Wedlu warszawskich lalkarzy z grupy Mikro Teatr, które zobaczyłam w Teatrze Szkolnym im. Jana Wilkowskiego. Od początku spektaklu percepcję widza organizuje precyzyjny, dobrze skonstruowany obraz świata. Na pierwszym planie widzimy w dłoniach aktorów mikroskopijne lalki, animowane i filmowane z komórki. Aktorzy tworzą drugi plan. A trzeci to przeniesienie i powiększenie obrazu rejestrowanego przez kamerę na dużym, lecz nieprzytłaczającym ekranie, częściowo zasłoniętym mobilnymi parawanami tworzącym tło pierwszego i drugiego planu. Niby nic nowego. Niby w wielu spektaklach teatru formy mamy zwielokrotnione wykorzystanie pomysłowo skonstruowanych rekwizytów. W tym przedstawieniu to był duży element dekoracji w centrum sceny, który stawał się między innymi sklepową ladą u Wedla, fabryczną taśmą, ale też komodą z rekwizytami. A jednak coś urzekającego było w tej realizacji. Zwykle reaguję podejrzliwością, kiedy zasiadam wśród wyedukowanej teatralnej publiczności, która trochę naddaje wartości przedstawieniu tonem reakcji. Tym razem też tak było. Studenci i profesorowie dostrzegali niuanse operowania przedmiotem, zanim ja, zwykły widz, mogłam je docenić. Ale przekonały mnie do tej realizacji trzy rzeczy. Po pierwsze ta spójna, nienachalna i dobrze skomponowana także pod względem barwy koncepcja plastyczna – i w scenografii, i kostiumach, i rozwiązaniach reżyserskich, które są jakoś smaczne, akuratne i mogą się po prostu podobać. Po drugie, zostałam już kupiona, kiedy aktorzy częstowali publiczność ręcznie robioną czekoladą! Czegóż by się spodziewać innego w opowieści o Wedlu? Nawet oczekiwałam, kiedy ten moment nastąpi, i dałam się uwieść smakowi rozpływającej się w ustach mojej ulubionej gorzkiej czekolady. Od tej chwili w świadomości sprzedawczyka akceptowałam muzyczne przerywniki i taneczne piruety przed widownią, których normalnie nie cierpię w teatrze. Ale od razu znajdowałam wytłumaczenie, że przecież ten spektakl musi być strawny także dla młodego widza, bo miał wyraźnie walor edukacyjny. Potęgowało to wykorzystanie dokumentalnych zdjęć i rekwizytów, jak ręczna maszyna do robienia czy pakowania czekolady. Najbardziej mnie przekonało to, że nie był to spektakl dezawuujący wizerunek Emila Wedla ani wiernopoddańczy obraz twórcy marki. Warto by pewnie jeszcze o innych aspektach tego przedstawienia napisać, ale przesycona jestem doznaniami z Kierunku Wschód VII, który organizował teatr, w którym pracuję, więc nie mogę się powstrzymać, by go nie opisać z perspektywy widza.

Kolejna edycja międzynarodowego festiwalu teatralnego Kierunek Wschód odbywała się w Białymstoku od 2 do 15 października. Obejrzałam siedem z ośmiu przedstawień i większość rozmów z widzami. Publiczność festiwalowa sprawiła na mnie chyba największe wrażenie – w tym roku wypełniała do ostatniego miejsca wszystkie sale prezentacji. Widzowie towarzyszyli aktorom i realizatorom w kilku odległych od siebie punktach Białegostoku, co wymagało niemałego wysiłku, by dotrzeć na czas i zdołać zająć wolne miejsce. Sama oglądałam przedstawienia, przeważnie siedząc na schodach i cieszyłam się z tej gęstej atmosfery szczęścia, że udało się wejść, że za chwilę obejrzymy spektakl, choć wejściówki od dawna były nie do zdobycia. Zawsze się zdarzało, że ktoś w ostatniej chwili nie dojechał. To było najprzyjemniejsze uczucie i nie przemawiają do mnie argumenty, że było tłoczno, bo było za darmo. Czasem myślę, że za chwilę wszystko, co trudne i dobre w teatrze, winno być za darmo, bo widzę pracę koleżanek z działu sprzedaży i słyszę, co interesuje w repertuarze zwykłego Kowalskiego z Podlasia. Mówię o Podlasiu, nie o Suwalszczyźnie, bo tam miałam swoją wierną publiczność, niewielką, ale stałą na tyle, że kilka spektakli zawsze mogłam sprzedać. A że jedno z większych miast regionu taką sobie wychowało publiczność, to odrębna kwestia. Zupełnie inni odbiorcy trafiają do Opery i Filharmonii Podlaskiej i nawet jak wśród nich są babcie odwijające z celofanu cukierki podczas Symfonii fantastycznej c-moll Hectora Berlioza, to umówmy się, zdarza się to w najlepszym towarzystwie.

Ale wracając à nos moutons – charakter i klimat festiwalu, poza interesującymi przedstawieniami, współtworzyła prowadząca wszystkie spotkania uwielbiana przez białostoczan Dorota Sokołowska, dziennikarka Radia Białystok – której fascynujący radiowy głos przekonywał tłumy odbiorców do pozostania na dyskusjach pospektaklowych. Kierunek Wschód VII symbolicznie otworzyły i zamknęły przedstawienia, które współtworzył białoruski twórca – Jura Dzivakov, zauważyła podczas ostatniej rozmowy z widzami Dorota Sokołowska po spektaklu Teatru Tutejszego Światło w ciemności, zrealizowanego przez białoruskich artystów pod auspicjami Fundacji Tutaka.

Białostockich widzów pierwszego festiwalowego wieczoru czekała kontrowersyjna opowieść o rosyjskich kanibalach autorstwa rosyjskiego pisarza Władimira Sorokina. Mnie się ta realizacja nie podobała – ale nie wyszłam, łamiąc moją rodzinną zasadę dawania szansy teatrowi przez pierwsze piętnaście minut. Odkąd oglądam teatr w Białymstoku, zbyt często tę zasadę łamię. Ale tym razem w spektaklu Nastia w wykonaniu aktorów z Białorusi, Ukrainy i Polski reprezentujących Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie nic dla siebie nie znalazłam. Kolejnego wieczoru Skromny chłopak Charlotte Jones w reżyserii Davita Hakobyana w wykonaniu aktorów Narodowego Teatru Akademickiego im. Gabriela Sundukyana z Erywania w Armenii. Klasyczna w formie prezentacja, zapowiadana jako nawiązująca do rozterek Hamleta, była tylko bardzo odległą analogią do sztuki Shakespeare’a. Białostocka publiczność, po brzegi wypełniająca salę, ciepło przyjęła armeńskich artystów, ja wytrwałam dwadzieścia minut, bo robiąc wcześniej korektę napisów, znałam już treść wcześniej, a forma nie zapowiadała niczego dla mnie interesującego. Wybrałam się na drugi spektakl tego wieczoru w Akademii Teatralnej, o którym wspomniałam na początku, i to mi zdecydowanie poprawiło smak.

Kolejną festiwalową prezentację po Dekameronie Boccaccia Teatru Dramatycznego, którego rzecz jasna nie będę opisywać, stanowiła komedia Demony skandynawskiego pisarza Larsa Norena w wykonaniu Narodowego Teatru z Bitoli w reżyserii Wasila Hristova. Ten spektakl nie zawiódł oczekiwań moich ani widzów, którzy pamiętali ubiegłoroczne przedstawienie artystów z Macedonii. Spójna, monochromatyczna niemal wizja plastyczna w kostiumach, świetle, dawała się dobrze fotografować, co widać na doskonałych zdjęciach Bartka Warzechy. Artyści z lekkością przeplatali humor z siłą symbolicznej przemocy. Interesujące, oszczędne w środkach wyrazu przedstawienie pozwalało bezpiecznie z perspektywy obserwatora spojrzeć na fobie i niemożność budowania relacji z bliskimi. Z pozoru banalna opowieść o dwóch małżeństwach wzbudziła emocje odbiorców. Od pierwszej sceny aktorzy macedońscy wciągnęli widza w swój świat. Akcja działa się w mieszkaniu, które miało kształt ringu bokserskiego, gdzie rozgrywał się emocjonalny pojedynek. W narożnikach siedzieli uczestnicy pojedynków, obserwowali rundy dopóki nie nadeszła ich kolej. Całość dopełniła muzyka dająca widzowi oddech w przerwach pomiędzy rundami pojedynku. Dobre wyraziste aktorstwo.

Mocnym akcentem w programie Kierunku Wschód VII zgodnie z naszymi przewidywaniami okazał się spektakl Mewa słynnego litewskiego teatru OKT/Miejskiego Teatru w Wilnie. Młody reżyser Jokūbas Brazys starał się przenieść klasyczną sztukę Czechowa w formę metafizycznego snu. Chwilami to przedstawienie mogło sprawiać wrażenie zbioru przeładowanych przemocą etiud studenckich. Były one jednak przerażająco realne dzięki intensywnej grze młodego zespołu kultowego teatru Oskarasa Koršunovasa i naturalistycznym elementom scenografii. Spektakl trwał około czterech godzin. Dla wielu widzów było to wyzwanie, ale mnie urzekła gra aktorów, którzy zademonstrowali na scenie niezwykłą wyrazistość i prawdę sceniczną. Naprawdę zdumiewająco dobre aktorstwo, choć śmieszyły mnie dopisane do Czechowa naiwne aluzje do Warlikowskiego.

Szósty dzień przyniósł, wydawało się, apogeum festiwalowych emocji. Spektakl białoruskiej Grupy Teatralnej Kupalaŭcy okazał się niezwykle trafioną propozycją. Absolutnie cała widownia jak zaczarowana pozostała po spektaklu na rozmowę z artystami z Białorusi, którzy po raz kolejny wystąpili przed białostocką publicznością. Tym razem Kupalaŭcy (część z nich to zwolnieni z pracy aktorzy z Narodowego Akademickiego Teatru im. Janka Kupały w Mińsku) przywołali w niezwykle skoncentrowanej scenicznie i niemal mistycznej formie zanikający obrzęd uzdrawiania poprzez szept. Widowisko zapowiadało się interesująco. Publiczność znająca się na rzeczy, wszak na Białostocczyźnie szeptuchy mają się dobrze. Natomiast ja bałam się zapowiadanej magiczności, bo mam wewnętrzny sprzeciw wobec pogańskich praktyk i wierzę w ich siłę, wzmocnioną jeszcze środkami wyrazu scenicznego. I uległam im całkowicie! Subtelna, ale wyrazista scenografia. Porywające aktorstwo. Delikatna obecność muzyka, który wypełniał przestrzeń dźwięku pojedynczymi uderzeniami pałki w gong lub poruszeniami nożyczek miotanych delikatnym tchnieniem (mistycznych?!) scenicznych wiatrów. Te nożyczki, podobnie jak delikatne nici, na których je zawieszała aktorka na początku przedstawienia, mają w tej tradycji uzdrawiania symboliczne znaczenie. Niedookreślone na scenie, ale dla wszystkich jasne. Siedziałam tym razem w pierwszym rzędzie kameralnej przestrzeni, więc tym bardziej uderzyła mnie delikatność Ramana Padliaki, reżysera, który nie gwałci widza koniecznością współudziału w jego zabiegach i pomysłach. Nieżnost – to słowo zapisane cyrylicą inaczej wygląda i inaczej brzmi po rosyjsku. Po białorusku to słowo brzmi podobnie jak w języku polskim: czułość. I to doznanie czułości dominuje w odbiorze Szeptu. Pieszczota, z jaką babuszka przytula głowę opowiadacza, tego, który przychodzi do szeptuchy po opowieść, który chce ocalić tradycję, a dostaje pomoc. Przychodzi po szept, po uleczenie, po delikatność. Dostaje w darze utulenie i uspokojenie, którego nam tak brakuje w naszym świecie. I tego nam chyba brakuje w teatrze. Z tego spotkania wyszliśmy wzruszeni i szczęśliwi. Ja jedynie w ten sposób pokonana w swoich przeświadczeniach o pogaństwie. A jednak zaniepokojona wiedzą, głęboko ukrytą w oczach babuleniek, które sfotografował Siarhiej Leskieć, spisując przez dziesięć lat ich opowieści. Zdjęcia starych białoruskich zaklinaczek są ostatnim akcentem scenicznym pozostającym w obrazie, a towarzyszy im dziwna zawodząca wokaliza, o której wykonawca sam mówił podczas rozmowy z widzami, że narodziła się w trakcie tworzenia spektaklu. I wszyscy wykonawcy ją przyjęli jak swoją, przynależną do tego wydarzenia, do tej formy scenicznej. Mnie jednak nade wszystko zachwyciła gra sceniczna Światłany Anikiej, grającej kilka lat temu Sońkę w białostockim Dramatycznym. Nie tylko przeniosła widzów w świat dzieciństwa i ciepłych wspomnień z wiejskiego domu babci, ale urzekła talentem i rzemiosłem. Widziałam tuż przed sobą gładkie policzki młodej dziewczyny, a słyszałam staruszkę. I te niezwykłe odczucia, które w widzu, tak krytycznym jak ja, potrafiła wzbudzić. Niewidzące, jakby wyblakłe oczy niewidomej szeptuchy – widziałam ją z odległości metra, więc wiem, że to niezwykły dar przeistaczania się w odgrywane postaci. Tak umiała grać tylko moja mistrzyni Magda Teresa Wójcik, która zawsze za wzór wskazywała mi aktorstwo rodem z amerykańskiego filmu lub rosyjskiego teatru. Tym razem była to genialna aktorka białoruska.

Przedostatni dzień festiwalowych zmagań wypełnił Kijowski Akademicki Teatr Dramatu i Komedii na Lewym Brzegu Dniepru – Left Bank Theater. Spektakl HA*L*T w reżyserii Tamary Trunowej powstał na podstawie tekstu tandemu autorek: Maryny Smilianets oraz Tamary Trunovej. Znana białostockiej publiczności reżyser przedstawienia Inwazja, które jesienią ubiegłego roku powstało na podstawie zamówionego przez białostocki Dramatyczny tekstu Maliny Prześlugi pod tym samym tytułem. Część widowni przedstawienia HA*L*T stanowili przebywający na Podlasiu uciekinierzy wojenni, żywo reagujący na sceniczne żarty, zanim się pojawiły napisy z polskim tłumaczeniem. Z pewnością publiczność spodziewała się silnych wzruszeń w spektaklu o realizacji Hamleta przed wojną w Ukrainie. Forma przełamująca sceniczny żart ekspresyjnymi obrazami snu aktorów powodowała, że śmiech zamierał na twarzy. Dominująca w tym przedstawieniu precyzja reżyserii i siła ekspresji podkreślały aktualność kwestii: „Grać czy nie grać?” To było pytanie zadawane przez ukraińskie wcielenia Hamleta, granego przez wszystkie aktorki i aktorów obecnych na scenie.

Ostatni w programie festiwalu Kierunek Wschód VII spektakl w reżyserii Andreja Saučanki nosił tytuł Światło w ciemności. To prapremiera Teatru Tutejszego z Białorusi. Białoruscy aktorzy, przebywający na rezydencji w Białymstoku przyjmowani przez Fundację Tutaka, zmierzyli się w przedstawieniu z trudnym tematem rozstrzelania przez NKWD około 130 białoruskich poetów, pisarzy, kompozytorów i ludzi sztuki w nocy z 29 na 30 października 1937. Ich ciała ukryto w nieoznaczonych, masowych mogiłach w Kuropatach pod Mińskiem. To miejsce stało się symbolem oporu wobec kolejnych reżimów. Przedstawienie wykonali białoruscy aktorzy, którym Fundacja Tutaka zapewniła w swojej siedzibie możliwość tworzenia scenicznego performansu. Forma spektaklu powodowała wrażenie obecności postaci zamordowanych poetów. To przeświadczenie widza potęgowała scenografia Jury Dzivakova. Artysta posługiwał się metaforą kina, którą wzmacniały dokumentalne zdjęcia wymordowanej przedwojennej elity oraz nazwiska płynące z dominującego nad sceną ekranu w kształcie Instagramowego kwadratu. Ten zabieg oraz kinowe siedziska na scenie określały charakter przedstawienia, do udziału w którym zaproszono tych, którym odebrano głos. I to był najistotniejszy walor tego przedstawienia.

W kilku realizacjach, zwłaszcza białoruskich i ukraińskich twórców, pojawiły się elementy dokumentalne lub paradokumentalne, wyraziste i potrzebne, w formie fotografii lub multimediów. To – obok dobrego, a chwilami znakomitego aktorstwa, pozostanie w mojej pamięci, w której chyba przechowuję tylko najcenniejsze wrażenia ze spektakli, które się dla mnie liczą lub liczyły.

Choć podczas dwóch pracowitych tygodni obejrzałam kilka dobrych i bardzo dobrych przedstawień – to w pamięci po tym festiwalu, który mnie naprawdę zaskoczył niezwykle wyrównanym wysokim poziomem – pozostanie Szept. I konstatacja Krzysztofa Ławniczaka, jedynego aktora Dramatycznego, który obejrzał wszystkie festiwalowe spektakle, że dziś już nie szepczemy albo bardzo rzadko. Szept zanika w naszej kulturze zdominowanej przez wrzask.