
– Nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy – powiedział Warren, patrząc na Elona i pokazując na niego palcem. Elon zaśmiał się nerwowo i odwrócił głowę w stronę Billa.
– Nie będziesz miał nic – powtórzył za Warrenem. – I będziesz szczęśliwy. Tak?
– Oczywiście, przecież ja od dawna nie mam nic – zgodził się Bill. – Jestem goły jak święty turecki. Wszystko rozdałem potrzebującym. A ty, Mark? Jeśli nie będziesz miał nic, czy będziesz szczęśliwy?
– Mnie tak niewiele potrzeba do szczęścia – wyszeptał Mark.
– Więc czemu masz taką smutną minę? – dopytywał Bill.
– Ja mam zawsze taką minę.
– Mark, nie ściemniaj. Faktycznie, jesteś dziś bardziej smutny niż zwykle – zaniepokoił się Jack. – Coś się stało?
– No powiedz, chłopie, jesteś wśród swoich, u siebie, w swoim ulubionym hotelu, w Steigenbergerze, w Davos – Elon poklepał go po ramieniu. – Wal śmiało, jak na spowiedzi.
Mark zacisnął wargi i milczał.
– Kumplom nie powiesz? – Bill popatrzył na niego z wyrzutem.
– Zapomniałem zabrać z domu klapki, moje ulubione – powiedział po dłuższej chwili Mark. – Bez tych flip-flopów nie jestem sobą. Czuję się jak podróbka.
– Czegokolwiek chcesz, wynajmiemy ci to i dostarczymy dronem – Bill poklepał Marka po ramieniu.
– Drony są super – powiedział Elon z typowym dla niego entuzjazmem. – Ostatnio potrzebowałem trochę ludzkiej miłości, zamówiłem towar na Alibabie i dostarczyli mi paczkę dronem w niecałe dwie godziny. Sto procent satysfakcji.
– Staramy się – Jack aż pokraśniał z dumy. – Zaraz zamówię ci takie same flip-flopy w moim sklepie i niebawem je dostaniesz – zwrócił się do Marka i wyjął z kieszeni telefon. – Jak to model?
– Głupio pytasz – skomentował Warren. – Przecież wszyscy wiedzą, że to Adidas Santiossage QD M010689. One są najlepsze. Sam takie noszę, choć tylko na basen.
– Dziwne, na filmie aktor, który ciebie odtwarzał, nosił Adissage F35579, pamiętam dokładnie – zauważył Elon.
– Oczywiście, że noszę Santiossage. Tylko takie się liczą. Tamten film to szajs. Wszystko przekłamali. Zrobili ze mnie drania, socjopatę. I nawet klapki mi podmienili.
– Cholera – krzyknął Jack. – Sprawdziłem. Tych Santiossage QD M010689 już nie produkują. Ale mogę ci zamówić podobne, Adissage F 35579, mogą być?
– Wykluczone – powiedział twardo Mark. – Adissage to nędzna imitacja. Chyba nigdy nie chodziłeś w Santiossage. Tylko one dobrze masują stopę. Te Adissage do niczego się nie nadają, nie uznaję ich. Gdy mam niewymasowane stopy, przegrywam. Muszę mieć Santiossage. Te albo żadne.
– Chłopcy, dajcie spokój, co się tak spinacie, jak plandeka na żuku – uspokajał ich Warren. – Zadzwonię zaraz do Kaspera Rørsteda, prezesa Adidasa, poproszę go, żeby wznowił produkcję. To mój stary kumpel, poznałem go na Harvardzie, zrobi to dla mnie.
– Albo ci wydrukujemy takie same z drukarki – zaproponował Bill. – Szkoda, że nie ma z nami Tima, może by to zrobił na miejscu, oni niedługo wprowadzają na rynek nowy model zegarka z funkcją drukowania przestrzennego.
– Tim nie przyjechał, bo ma koklusz – wyjaśnił Warren. – Rozmawiałem z nim przedwczoraj.
– Ok, damy sobie radę. Na pewno mają trójwymiarową drukarkę na dole, w recepcji.
– Czy wy naprawdę nic nie rozumiecie? – niemal zawył Mark. – Ja bez moich Santiossage nie jestem sobą. Właśnie dlatego, że to są właśnie te flip-flopy, te konkretnie, których już nie produkują. To mnie wyróżnia, że je mam. Kiedyś kupiłem sobie dwadzieścia par i je noszę. Inni już takich nie mają, chyba że znajdą gdzieś stare na śmietniku.
– To co, mam dzwonić do Kaspera? Gdy go poproszę, na pewno wznowi produkcję. To tylko kwestia czasu – Warren już chwytał za telefon.
– Proszę cię Warren, nie wk****** mnie – nastroszył się jeszcze bardziej Mark. – Przecież właśnie o to chodzi, że ich już nie produkują. Byle kto nie ma takich. Jeśli ja mam dobrze wymasowane stopy, a inni nie, mam przewagę. Gdy znów zaczną produkować te klapki, każdy głupi będzie mógł je sobie kupić i moja przewaga zniknie.
Byłem na widowni, miałem bardzo wygodne miejsce, fotel, taki jak w samolotach w klasie biznes, w którym można się prawie położyć, i czułem się jakbym był tam z nimi, w apartamencie w Steigenbergerze. Siedzieli tak blisko, zaledwie parę metrów ode mnie. Słyszałem nawet ich oddechy. Chwilami wydawało mi się nawet, że jestem jednym z nich. Miałem ochotę coś powiedzieć, włączyć się do rozmowy, ale wszystkie kwestie, które przychodziły mi do głowy, wydawały mi się błahe, pozbawione znaczenia.
– Macie zmartwienia, chłopcy – zaśmiał się Jack. – A czy nie jest poważniejszym problemem to, że Stany Zjednoczone niedługo nie będą już czołowym światowym supermocarstwem?
– Nie podniecaj się Jack – studził go Warren. – To tylko taka retoryka. Żeby uspokoić nastroje w drugiej lidze. A niby kto inny ma być supermocarstwem? Wy? Czy wy byście opracowali coś takiego jak Santiossage QD M010689?
– Żadne inne flip-flopy mi tak nie wymasują stopy jak Santiossage – Mark się znów nakręcił, już miał prawie łzy w oczach.
– Ale Adidas to akurat niemiecka firma – próbował protestować Jack.
– To nie ma znaczenia. Ważne, że nie chińska. Wy umiecie tylko podrabiać to, co my wymyślimy – atakował go Warren.
– Zamiast gadać o pierdołach, lepiej się przygotujmy, żeby lecieć na Marsa – próbował zmienić temat Elon.
– No i co z tym miliardem uchodźców, których musimy powitać i dla których musimy znaleźć lepszą pracę – zafrasował się Bill.
– Może to ich wyślemy na Marsa – grubo zażartował Elon.
– Nie przeginaj, Elon, proszę cię – Bill spojrzał na niego surowo znad okularów. – To są realne ludzkie dramaty, nad którymi powinniśmy się pochylić, a nie robić sobie z tego bekę.
– Prawdę mówiąc, te wasze wydumane problemy nie mają dla mnie żadnego znaczenia, gdy nie mam moich Santiossage’ów – mazgaił się Mark. – Te flip-flopy dają mi supermoc. Gdybym miał dobrze wymasowane stopy, w try miga bym sobie poradził ze wszystkim.
– A nie boicie się tego, że zachodnie wartości będą testowane aż do granic? – podpuszczał ich Jack. – Być może będziecie musieli sięgnąć po rozwiązania, które od dawna stosujemy u nas. Twarze w bazie, wszechobecne kamery i tak dalej.
– Nie gorączkuj się, chłopcze – Warren poklepał go protekcjonalnie po policzku. – Mamy pełną kontrolę nad sytuacją. Jeśli ludzie zaczną się buntować przeciw naszym rządom, wypuścimy na nich armię dziwaków albo kolorowych. Oni ośmieszą każdą rebelię. I zaraz ludzie wrócą do swoich norek. Które zresztą już za chwilę będą należały do nas, a oni je będą tylko wynajmowali, więc się będą bali, że im wymówimy i wylądują na ulicy na stałe. Na dłuższą metę nikt nam więc nie podskoczy. Nie ma tu żadnego ryzyka.
– Pewnym kłopotem jest tylko to, że nasze rządy nad światem nie mają żadnej legitymizacji – wtrącił Bill. – Nikt nas nigdy nie wybierał. A poza tym jesteśmy genderowo niezbalansowani. O losach populacji, w której ponad połowę stanowią kobiety, będziemy decydowali w gronie samych mężczyzn.
– Co ty opowiadasz, Bill – zaprotestował Elon. – Ja na przykład od 11 czuję się kobietą.
– A ja jeszcze wcześniej, od śniadania – Warren zaśmiał się piskliwie. – A ty, Jack, kim się czujesz? Jeśli też kobietą, to mamy nawet większość w tym gremium.
– Kobietą nie, ale przed chwilą poczułem, że jestem kurą nioską. Nasza populacja ma na świecie setki milionów, może nawet miliard. I to ja je tutaj reprezentuję. Mam najmocniejszą legitymację z nas wszystkich, żeby decydować o przyszłości.
– Szkoda, że nie ma tu Jeffa – wtrącił się Elon. – Założę się, że on też czuje się teraz kobietą. Byłoby pół na pół.
– A właśnie, co z Jeffem? Ktoś słyszał? Co się z nim dzieje, że nie przyjechał? – zainteresował się Bill.
– Jest na biegunie północnym – wyjaśnił Jack. – Pojechał tam z dziewczyną, testuje swoją nową łódź podwodną, która podobno może pływać także pod lodem. Czasem się wynurza i wnerwia białe niedźwiedzie. Nagrał o tym filmik na TikToka. Zobaczcie sobie, bardzo zabawny.
– Kompletna dziecinada – skrzywił się Warren. – Zamiast być tu z nami, decydować, on się woli wygłupiać i szpanować dziewczynie u-bootem.
– Tak się wymądrzacie, a jeszcze nikt mi nie powiedział, co mam zrobić bez moich Santiossage’ów – powiedział histerycznie Mark, który poczuł, że wszyscy o nim zapomnieli i znów próbował zwrócić na siebie uwagę.
– Wyślij po nie do domu swój odrzutowiec – poradził mu praktycznie Jack.
Właśnie, odrzutowiec! Niech Mark wyśle po nie swój odrzutowiec. Dokładnie to samo pomyślałem, tylko nie zdążyłem powiedzieć. Jack dosłownie wyjął mi to z ust.
– Oczywiście, że mogę to zrobić, ale to jest straszny kawał. Lecieć w tę i z powrotem. Starty, lądowania, tankowania. Zanim mi je przywiozą, upłynie co najmniej doba. A przecież mamy dziś radzić nad przyszłością świata.
– Mam dobrą logistykę – zatroszczył się o niego Jack. – Niech twoja żona przygotuje flip-flopy do transportu, a moi ludzie zgłoszą się do niej za pół godziny i przywiozą ci klapki najszybciej jak się da, pierwszym możliwym lotem. Za jakieś dwanaście godzin będziesz miał je tu, w Davos.
– Za dwanaście godzin to już będzie po ptakach – mędził Mark. – Dziś po południu mamy radzić nad przyszłością planety, ustalać nową agendę. A ja bez moich Santiossage’ów będę jak balon bez helu, kompletnie sflaczały, przy ziemi. Nic mądrego nie wymyślę.
– Lepiej więc coś teraz zjedzmy – zaproponował Elon. – Może te nerwy są z głodu. Słyszałem, że dziś na obiad miał być comber z sarny.
– Sam nie wiem, czy wypada być tak ostentacyjnym – zafrasował się Bill. – Tam na dole mogą być media, reporterzy. Może zjemy coś zwyczajnego, na przykład kartofelki ze zsiadłym mlekiem?
– Nie rozumiem, co jest niewłaściwego w tym, że zjemy comber z sarny – zdziwił się Elon. – Chyba nas jeszcze stać? Gdzie tu afera? Nikt nam przecież za to nie płaci z publicznych pieniędzy.
– No wiesz, w tym klipie mówiliśmy, żeby nie jeść mięsa – Bill zaczerwienił się jak pensjonarka. – Szaraki będą się buntować, że im każemy iść na dietę, a sami sobie urządzamy bachanalia. I to akurat tu, w Davos. Na oczach wszystkich.
– Ale przecież my tam wcale nie obiecywaliśmy, że nie będziemy jeść mięsa – zauważył przytomnie Warren. – Mówiliśmy tylko, że będziemy jeść mniej niż kiedyś. A skąd wiadomo, ile jedliśmy przedtem? Może każdy z nas wtranżalał przedtem jedną całą sarnę dziennie i taki comber to jest mały pikuś przy tym? Zresztą, wcale tam nie deklarowaliśmy, co będziemy robić my, tu, w Davos. To był przekaz kierowany do nich, do zwykłych ludków. Powiedzieliśmy: „ty będziesz jadł o wiele mniej mięsa”. Ty! Czyli jakiś nołnejms przed komputerem. To nie było do ciebie Bill, ani do żadnego z nas. Naprawdę, nie musisz się tym przejmować. Możemy jeść tyle dziczyzny, ile zapragniemy. Nic się tu nie zmienia.
– Może faktycznie masz rację – zgodził się Bill. – Czasem myślę, że jestem nadwrażliwy. Zbytnio wczuwam się w emocje innych.
– To co, mam wysyłać ludzi do twojego domu po klapki? – powiedział Jack, klikając w jakąś aplikację w telefonie. – Za około godzinę mogę mieć gotowego do lotu jumbo-jeta, który je tu przywiezie.
– Och, Jack, to jest takie słodkie, co robisz – uśmiechnął się Mark przez łzy. – Jesteś prawdziwym kumplem. Dobrze, dziękuję ci, już dzwonię do żony.
Potem wszyscy nagle zniknęli w ciemności, jakby na scenę opadła kurtyna, a ja usłyszałem startujący odrzutowiec i poczułem pęd powietrza. Nie wiedziałem, jak oni to zrobili w teatrze, samolot? Ale zaraz do mnie dotarło, że to był tylko dźwięk, to przecież proste do zrobienia, a pęd powietrza mógł być na przykład z wiatraków. No tak, jasne, pomyślałem, to leci ten odrzutowiec Jacka, który wiezie flip-flopy Santiossage QDM010689 dla Marka, do Davos. Ciekawe kiedy przyleci na miejsce, i czy zdąży przed końcem obrad o przyszłości planety, zastanawiałem się. Mark, gdyby tylko miał swoje ulubione klapki, na pewno by coś mądrego wymyślił, zaradził, byłem pewien.
Ale nie. Myliłem się. To nie był samolot, tylko jakaś potężna wiertarka, w każdym razie bardzo głośna, a ja zostawiłem na noc otwarte okno. Sąsiad zamówił ekipę, żeby mu ocieplili dom, przypomniałem sobie nagle. Bo ma ten gaz podrożeć na zimę i tak dalej. Zaczęli poprzedniego dnia.
Spojrzałem na zegarek, była już siódma. Pora wstawać do roboty.