Patryk Kencki / W STRONĘ EPILOGU

Przyznam Ci się, Droga Madeleine, że znając Twoją przeuroczą, choć, sama to musisz przyznać, i nieco kapryśną naturę, spodziewałem się, że prędzej czy później znudzi Ci się ta nasza epistolograficzna zabawa. W jednej zresztą sprawie masz bez wątpienia rację. Listy ogłaszane publicznie, a więc pisane z myślą o szerokim gronie odbiorców, zawsze są jednak odrobinę bardziej powściągliwe, zawsze zawierają jakieś niedopowiedzenia. Może więc rzeczywiście lepiej jest wrócić do takiej formy korespondencji, której czytelnikami będziemy tylko my dwoje?

A zatem godzę się z Twoim wyrokiem i będę oto zmierzał w stronę epilogu. Ogłaszałem tę korespondencję przez dwa lata, starając się poruszać w niej sprawy ważne, niekiedy chyba kontrowersyjne, częstokroć niewygodne dla każdej ze stron politycznego sporu. Wynikało to z mojej natury – zawsze skłonnej, aby podążać własnymi ścieżkami. Nawet wówczas gdy wspinanie się nimi wymaga ileż więcej trudu niż dreptanie szeroko wydeptanym gościńcem. Wysyłając Ci kolejne listy, starałem się naświetlać sprawy, które inni woleliby przemilczeć, podejmowałem próbę jak najuczciwszego ich przedstawienia, choć świadom jestem, że na niejednej z mych opinii odcisnąć się musiał nieunikniony subiektywizm. Poruszenie drażliwych wątków wywoływało niekiedy dyskusje, skłaniało oponentów do replikowania. Tam, gdzie dostrzegałem jakąś możliwość wymiany myśli, starałem się wchodzić w dialog. Tam, gdzie widać było jedynie złą wolę, skłaniałem się ku milczeniu.

Muszę Ci zresztą przyznać, Droga Madeleine, że w tym milczeniu znajduję coraz to większe upodobanie. I nieszczególne czuję powołanie do publicystyki. Ważniejszym dla mnie wyzwaniem była zawsze działalność badawcza i tej wolałbym poświęcić swoje siły. Podobno jeszcze w czerwcu ukaże się moja książka o staropolskiej recepcji Molière’a. Tymczasem zaś zabieram się za realizację kolejnych zamierzeń, cieszę z inspirującej współpracy ze studentami, szkicuję nowe projekty, które może uda się uruchomić, gdy świat już poradzi sobie z trapiącą go zarazą.

Bardzo chciałbym znowuż Cię zobaczyć na żywo. To aż trzy lata w sierpniu miną, kiedy Cię ostatnio widziałem nad Sekwaną, zanim z Paryża wyruszyłem w podróż na południe Francji. I naprawdę zdążyłem się stęsknić i za Tobą, i za zapachem deszczu na Montparnassie, i za oszałamiającym odgłosem cykad w Avignonie.

Ale teraz, Droga Madeleine, sięgnę znów po wiersze Omara Chajjama i otworzę je na czterowierszu, który zawsze tak bardzo nam się podobał, a który perski poeta napisał kilkaset lat przed słynną fraszką Kochanowskiego. I będę się pochylał nad słowami pouczającymi nas, że nie jesteśmy niczym więcej, jak tylko cieniami na ścianie jaskini, kukiełkami, które po przedstawieniu znów trafią do skrzyni…