
Ciasny horyzont sceny zamknięty półkolem kamiennych ław amfiteatru. Ni to antyczny, ni to nowoczesny, bo jakiś taki szaro-betonowy, jakie widuje się jeszcze gdzieniegdzie w postkomunistycznych parkach miejskich. Zaledwie kilka pięter, wąskie szpary po bokach między polem gry na poziomie podłogi a pierwszym rzędem widowni, wokół jawna ciemność pudełkowej sceny. Ta aranżacja przestrzeni zostanie z nami do końca, będzie ekranem projekcji i miejscem spotkań postaci oznaczanym jedynie ich działaniami. W środku dziura, może kałuża mitycznego jeziora Gopło, może czeluść piekielna, z której wyłonią się zmory i w którą wpadną nieszczęśnicy. A może – nic. Zmaterializowana nicość, niepodobna nawet do śmierci, po prostu duchowa pustka, albo bagno absolutnej materii… Od początku wiemy, że ta komedia będzie przygnębiająca, ale przecież to dopiero początek! Przed nami dwie godziny dramatu, coś musi się zdarzyć. Czyż nie jesteśmy u źródeł teatru, który obiecuje oczyszczenie?
Ten znak teatralności będzie się powtarzał w różnych odmianach: od antyku, przez komedię włoską i jej angielską odmianę, do nowoczesnej pustej sceny i w końcu tej dzisiejszej, zabazgranej projekcjami. W takiej przestrzeni tradycji nie trudno rozbudzić oczekiwania, albo… zastawić pułapkę ułudy. Z pozoru neo-ascetycznie jest więc i post-nowocześnie, a na tym tle kolorowe przebrania rodem z Parady Równości w wielkim mieście po postępowej stronie globu. Głosy obowiązkowo przepuszczone przez mikroporty docierają do widzów z głośnika zawieszonego nad ich głowami, chociaż ci siedzą tak blisko, że mogliby rzucić w manifestantów słowem potępienia lub gestem poparcia. Głos właściwie jeden, rozszczepiony, nie wiadomo czyj i skąd, głos Technologii na usługach Technokracji, chociaż głoszący swoją władzę nad ludźmi w świecie już w zasadzie post-technicznym, bo znowu jakoś prymitywnym, sprowadzonym do stanu wtórnej biologii, tej która przyjdzie po epoce nieudanych prób powstrzymania globalnego zdziczenia.
Akcja, a właściwie seria kolejno wnoszonych zza kulis działań, będzie się przez to miejsce – na ziemi, na pewno na ziemi – przetaczała spowita zmianami światła i odmianami kostiumów. Na tym skończy się działanie reżyserskiej ręki. Reszta należy do performerów i ich spontanicznej inwencji, toteż jednym lepiej, innym gorzej ta farsa wychodzi. Trzeba jednak przyznać, że się starają, mają w końcu warsztat wyniesiony ze szkoły i chyba nawet trochę zabawy, jaką daje uczestnictwo w nieustającym parodiowaniu czego popadnie. Ten pierwszy ratuje solidnymi manieryzmami, ta druga wciąga na mielizny i sprowadza na drogi przypadkowo wybrane. Gesty nie sięgające celu, albo trafiające w cel do bólu przewidywalny bawią przez pierwszy kwadrans, a wyrazistości nabierają tylko w krótkich etiudach solistów, którym chwała za odpowiedzialną postawę w boju o ratowanie godności sztuki wygadanego mima. Kiedy reżyser nie ma pomysłów, jedyne, co aktorom pozostaje, to stare dobre naśladowanie – skompromitowanego teatru i zgranych filmów. Kiedy wchodzą w formy gotowe, kuglarze wyraźnie czują się pewniej, a widz znajduje satysfakcję w rozpoznawaniu schematów, każdy na miarę swojej erudycji. Bo stopień satysfakcji na tego rodzaju spektaklu (czyż nie oglądam kolejnego odcinka ciągnącego się latami serialu?) zależy od ilości skojarzeń, jakie zapatrzony wyłuska z zasobów pamięci wypełnionej modnymi filmami sprzed lat, nowszymi serialami z kablówki, klipami lansowanych kapel, a dla wybranych doktorantów/ek coś z historii kina i „mitycznych” zasobów popkultury ku słodkiemu zadowoleniu z przynależności do artworldu. Słowem: wynudziłem się setnie, dając upust staroświeckim oczekiwaniom na teatr dramatyczny, chociaż nie powinno mnie dziwić, że zobaczę kolejny skecz estradowy rozciągnięty w przepisowe dwie godziny. Oklaski na koniec zabrzmiały słabo, ale przecież gdzieniegdzie mocniej, bo jednak niektórzy wyszli zadowoleni, że ktoś znowu przemówił do nich językiem, bez którego już nie umiemy się porozumieć. Nie tylko zresztą w teatrach. Nie tylko w świecie zrobionym i opakowanym w symulakra teoretycznych modeli, również w świecie doświadczanym na co dzień, czającym się w nocnej czeluści miasta kulturalnego. Przy całej bowiem mojej niechęci, nie mogę przecież zaprzeczyć, że ten hipsterski szoł w końcu okaże się nieodparcie prawdziwym wizerunkiem realu – ikoną naszych czasów, prześwietloną obowiązkową „krytycznością”, chociaż tym razem z konkluzją brzmiącą zaskakująco konserwatywnie. Kiedy po wstępnych manewrach miłosnych leśnych stworków na kamiennych kręgach antycznej sceny pojawią się dwie bliźniaczki, to wiemy od razu, że staje przed nami nie radykalnie dramatyczny wybór, lecz subtelnie performatywne rozsunięcie. Głupiutką lecz prostolinijną siostrę zastąpi siostrzyca, cyniczna manipulantka. Ta pierwsza, gdyby wygrała wybory, zaprowadziłaby chyba królestwo wyśpiewane przez gwiazdorów disco polo, ta druga na pewno ogłosi się królową Unii Nowoczesnych. W tym momencie zaczyna się balladynizacja, czyli odczarowywanie mitów. Bo przecież dalej wszystko potoczy się wcale nie samo, lecz za przyzwoleniem biernych – nowobogackich singli, Kirkorów ze stolicy, i niedowartościowanych samotnych matek z prowincji. Oczywiście w krakowskim (wrocławskim, szczecińskim, rzeszowskim, olsztyńskim, itd.) spektaklu balladynizacja musi przepoczwarzyć się w kalifornizację, bo kto jeszcze na widowni ogarnia coś po polsku? Ale ta zmiana znaków nie ma znaczenia, wszak nauczono nas skutecznie, że różność nie robi różnicy. Romantyczny język staroświeckich romansów pozostanie zatem niemy, bezradny jak gesty Filona upozowanego na aktora z filmów, które pokazywały świat jeszcze naiwnie czarno-biały. Za to przemówią obrazy, i to one głębię antycznego amfiteatru pokryją projekcjami, doskonale pokrywającymi wszelkie nierówności ruin.
Godzi się zatem powiedzieć, że Balladyna w wydaniu Pawła Świątka pozostaje dramatem Juliusza Słowackiego; wybrzmiewa niemal pełnym tekstem poety, nawet jeśli podaje się go w cudzysłowie, jakby dodatkowym, bo przecież już sam Mistrz dał upust swoim prześmiewczym skłonnościom, wkładając wersy rodem z Szekspira w usta lechickich pokrak. Jeśli jednak poemat dramatyczny polskiego romantyka bawi się śmietnikiem infantylnej mitologii rodaków, to przecież po to chyba, żeby stopniowo przekształcić się w mityczną baśń, dostatecznie od początku niewiarygodną psychologicznie, żebyśmy zaczęli ją czytać jako scenariusz pewnego rytuału celebrowania ludzkich, a zatem i polskich, marzeń… Słowacki wpisał w Balladynę opowieść o narodzinach narodu z ducha natury, bo opisał mozół wydobywania się człowieczeństwa z błota ciała ku duchowym dziedzinom moralnej dojrzałości, która przemienia pożądanie w powinność, a nieuchronne uwarunkowania ludzkiego mięsa w niekonieczne sądy osobowej woli. Poeta, jeszcze wówczas młody dandys, rozwija się wraz z tym poematem – od satyry i groteski do czegoś w rodzaju nawet nie tragedii szekspirowsko-słowiańskiej, lecz Ramajany, pełnej cudów powieści, która uczy maluczkich wielkości ukrytej w najlichszym nawet stworzeniu Bożym – w postaci sumienia. Tyle, że w czasach odczarowanych moralitetu przedstawić się nie da, bo trzeba by pokazać… pustkę. Jeśli więc to Nic miało by jakoś, mimo wszystko, wyglądać, to chyba tylko w przebraniu. Świątek, jak przystało na nowoczesnego twórcę post-dramatu uwspółcześnia aż do pełnej oczywistości. Nadmuchane samozadowoleniem duszki i rozdęte samouwielbieniem nimfy, drewniane królewny i zardzewiali królewicze, okazują się łatwo identyfikowalnymi kolegami z kawiarni, celebrytami z ekranu, politykami z tabloidów. Każdy zna takiego i taką, każdy też, uderzmy się w piersi, zna siebie, tę małpę i świnię, która nam patrzy w oczy z lusterka, kiedy szykujemy się do wyjścia na miasto. Choćby do teatru. A że Chochlik i Skierka, i sama nawet Goplana występują w przyodzieniu transwestytów i dragqueenów to tylko znak czasów, pozbawiony (Dzięki Bogu!) ideologicznej manify; nawet słabiutkie polityczne aluzyjki służą tu raczej za haczyk na publiczny rechot niż za jakąkolwiek poprawnościową deklarację, o krytycznej analizie nie wspominając. Gdyby nie nużąca prostota mechanicznego zmieniania obsady antycznych schodów mógłbym się nawet wciągnąć w tę epopeję współczesności. Po pierwszej półgodzinie robi się przecież mroczniej i poważniej, każda scena oddaje każdej postaci należne jej pięć minut, żeby pokazać… No, właśnie. Chcąc nie chcąc – to samo.
Bo pierwszym i jedynym chyba przesłaniem tego spektaklu pozostaje przekonanie o całkowitej klęsce naszej, osobniczej i wspólnotowej, kondycji moralnej. Klęsce wszakże, która skutkiem się okazała owego regresu indywiduum do egalitarnego shopping & fucking. Kiedy więc przeczyta się Balladynę w kodzie „eco”, to okaże się, że mówimy nie o Naturze ze starych mitów, lecz o zmutowanych genach naszych krewnych. Dramat władzy, dramat polityczny zostaje daleko w tle po prostu dlatego, że jakikolwiek dramat w świecie pozbawionym pozascenicznych odniesień nie jest możliwy. Trwa więc na naszych oczach sens zbrodni, surowych i dziecinnych, zabaw w ranienie słowem, kaleczenie gestem, zabijanie bezwolnością. Przerażające wrażenie bezdusznej bezwrażliwości i bezmyślnego bestialstwa narasta, ciągnie się, powtarza i w końcu zostaje. Bez jednej szczeliny, przez którą nasza nadzieja, że może ktoś jednak w tym świecie duchowo wyczerpanym i emocjonalnie wydrążonym przebudzi się wstrząśnięty własnym odbiciem w innym-bliźnim. Coraz bardziej zmęczeni pustką zapełnianą banałem przez dwie godziny patrzymy jak manekiny ludzkie, lalki poprzebierane za humanoidy, transhumanistyczne stwory wpełzają na kamienne kręgi teatru, który trwa jeszcze póki przydaje się do wyświetlania w nim starych filmów i urządzania małych orgietek. Mówią dużo, mówią do siebie z odwróconymi do widza twarzami, bo nie mają siły spojrzeć sobie w oczy, ale nie rozmawiają, potrafią zaledwie skomleć o zmiłowanie nad męczącymi ich zmysłami albo znęcać się nad słabszymi, kiedy tylko bezwzględna manipulacja wyniesie ich ponad braci mniejszych. Jedynym wyjątkiem w tej czeredzie zimnych drani i infantylnych okrutników jest inteligent w średnim wieku, u którego wszyscy ci zagubieni szukają rady i rozgrzeszenia, ale na próżno, nie ma wszak odpuszczenia bez poczucia winy, bez skruchy, bez woli poprawy. W pikowanej kurteczce i bejsbolówce, rażąco niemodny i jaskrawo nieskuteczny terapeuta Pustelnik, skrywający w sobie Popiela, protoplastę niezrealizowanego ludowego królestwa, w końcu jakiś mityczny Każdy, który wyjątkowo nie chciał zostać artystą, bo zamiast oddać się samorealizacji wolał dać się ponieść litości nad duchowymi kalekami. Nie łudźcie się jednak, i on poniesie klęskę.
Ale, cóż jest klęska w dramie pozbawionej konfliktu? Wszyscy zepchnięci na jedną stronę, zamknięci w spektaklu pozbawionym konstrukcji, bo każdy gest rozpływa się w banał. Grom z jasnego nieba nie pada. Nad miastem wisi ciemna chmura, która była tam od zawsze, tylko mieszkańcy jej nie zauważali, jedyne co może z niej spaść to cień, betonowa szarość nicości, jak w nienapisanych dramatach absurdystów, którzy odeszli bez nadziei, ale mając jeszcze wątpliwości. Kiedy na koniec podstarzała prowincjuszka, nagle odarta z kostiumów i fanaberii, wychodzi na scenę sądowej sali, odsłania się w niej żywa matka, skarżąca córkę przed córką. Bez kostiumu, wprost z dokumentu o bezdusznych sądach, cierpiąca niesprawiedliwość i okradziona z miłości samotnie reprezentuje człowieka wobec lalek i przebierańców. Jej wyrodna córka Balladyna oskarża się arogancko, ale równie arogancko się nie przyznaje. Wyrok zapada, ale zagęszczona kara wisi pod sufitem. I może zaraz się rozwieje.
Balladyna Juliusza Słowackiego, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie, reżyseria i opracowanie tekstu Paweł Świątek, scenografia i kostiumy i reżyseria światła Marcin Chlanda, muzyka Dominik Strycharski, prem. 7 II 2020.Obsada: Katarzyna Zawiślak–Dolny – Balladyna, Natalia Strzelecka – Chochlik, Marta Konarska – Wdowa, Marta Waldera – Grabiec, Dominika Bednarczyk – Goplana, Alina Szczegielniak – Alina, Gralon, Karolina Kazoń – Skierka, Rafał Dziwisz – Pustelnik, Karol Kubasiewicz – Filon, Rafał Szumera – Kostryn, Marcin Sianko – Kirkor
Ilość odsłon archiwalnych: 101