
Ludwiczek, fantazja o życiu Ludwiga van Beethovena, a zarazem satyra na media, to kolejne, obok Jedzonka, farsy na tematy ekologii i żywienia, przedstawienie przygotowane przez zespół krakowskiego teatru im. Słowackiego na otwarcie sezonu… Oba są rodzajem teatralnej zabawy, oba zdają się podejmować dziedzictwo surrealistyczno-dadaistycznej awangardy, oba silą się na społeczne krytykanctwo, używając instrumentów parodii medialnych rytuałów, oba wreszcie pozwalają sobie na metateatralne igraszki z sytuacją performansu na żywo… Ten ostatni fakt każe mi zatrzymać na moment moją pośpieszną interpretację, bo niepokojąco koresponduje ze współczesnością… Nie tylko z tą okresowo pandemiczną, również z tą sezonową – teatralną.
Biorę te symetrie i asocjacje repertuarowe, z naiwnie dobrą wolą, za symptom zmiany trendu w teatrze przy Plantach. Z pseudorewolucyjnego prężenia artystycznych muskułów (nie tak dawno temu przecież słyszeliśmy manifesty wykrzyczane z dachu gmachu) krakowskim aktywistom/tkom wyszła co najwyżej wysilona perwersja, czas więc może przyszedł na poluzowanie cugli ambicji? I nie chodzi mi bynajmniej o zmianę tematów, z ciężkawo poważnych na frywolne, lecz o powrót do teatru z wycieczki w publicystykę, skoro ta ostatnia okazała się ucieczką w inteligencką wersję populizmu. Czy oznacza to również powrót solidnego rzemiosła na miejsce zajęte dotychczas przez efemeryczne koncepty? Niekoniecznie, albo na razie: nie posuwajmy się za daleko. Na razie skorzystajmy z przesuniętej granicy estetycznej tolerancji i zróbmy sobie przerwę, antrakt na interludium – o nas samych. Coś jakby krótki moment refleksji przed startem w nieznane? W takim przedstawieniu jak Ludwiczek, które waha się z niepewną siebie bezczelnością między dadaistycznym kabaretem a purnonsensowym skeczem z piosenkami, wyczuwam coś, co może wyniknąć ze znudzenia teatrem wymyślonym przez sprofilowanych akademików dla zunifikowanych absolwentów i teatrem zakontraktowanym przez dystrybutorów europejskich grantów dla beneficjentów dochodu gwarantowanego. Kibicuję temu niepokojowi, nawet jeżeli – póki co – kosztuje mnie to stratę odcinka ulubionego serialu na Netflixie.
Bo nie mogę powiedzieć, że się nudziłem, powiem nawet, że zdarzyło mi się parsknąć śmiechem, ale też, żebym temu miał oddać coś więcej niż lajka na profilu, to już nie powiem. Jeśli jednak miałbym coś rzec poważnie: najciekawsze w tym spektaklu było to, co w nim było opowieścią, mimowolną chyba, o sobie samym – o teatrze w tym tu miejscu, w tym czasie, w mikro i w makroskali.
Spektakl o Beethovenie nie jest przecież o niemieckim kompozytorze, nie jest nawet o gwiazdorstwie, o zakłamaniu, o sztuce i jej bliźniaku udawaniu, nie jest o samotności, odmienności, chorobie… Jest chyba przede wszystkim o lęku, który tkwi w głębi duszy współczesnego artysty – o strachu, że pośród nadmiaru „artystycznej produkcji” każdy wytwórca z osobna jest zbędny, niczym rzemieślnik w obliczu globalnej korporacji. Gdyby wielki kompozytor z czasów nie tak znowu zamierzchłych znalazł się w filmie, przenoszącym go w nasze stulecie, to zanim zabrałby się za autoadaptację musiałby odpowiedzieć sobie na pytanie nieznane dotychczas herosom mitu Kultury, na którym ponoć wzniesiono fundament zunifikowanego kontynentu: Czy mój wysiłek ma jakąkolwiek wartość, poza satysfakcją (wzajemną) z aplauzu gawiedzi, albo nawet z anonimowej aprobaty urzędników jakiegoś ministerstwa bądź fundacji? Odpowie mu… cisza. Przewrotnie hałaśliwa, gorzko słodka, płaczliwie kiczowata – sztuczka czasów „post”. Zostanie smutek tworzenia? Tym smutniejszy, że będzie toczył artystów jeszcze długo. Bo czyż nie to właśnie „melancholijne cytowanie” jawi się już dziś dominującym tematem przyszłej sztuki? W sam raz na przeczekanie! Temat, który przekracza ograniczenia abstrakcyjnego autotematyzmu, wykracza poza polityczne horyzonty akcji bezpośrednich. To się dzieje tu i teraz. Dzieje się podczas bezpretensjonalnych zabaw scenicznych, podszytych jednak dotykalną niemal nicością. Bo podejrzewam, że teraz strategom ze „Słowaka” grozi raczej poluzowanie samokontroli, aż do granic, za którymi rozciąga się pustka gry bez ryzyka strat, ale i bez szans na zgarnięcie jakiejkolwiek wygranej. Oglądając Ludwiczka, jako zapowiedź tego, co nas czeka w nowym sezonie teatru mieszczańskiego w królewskim grodzie smoka, odnoszę wrażenie, że zaczyna się karnawał. Ktoś chyba spodziewa się, że a nuż ziści się marzenie surrealistów o cudzie automatycznego tworzenia.
Takie spektakle zszywa się jakby ze skrawków, z resztek dawnego teatru, trochę wziąwszy z awangardy, trochę z popkultury, trochę z postmodernistycznej erudycji – wychodzi wdzianko zawsze modne, bo bezstylowe, a za to charakterystyczne w swojej dziwaczności… Scenariusz napisany i wyreżyserowany przez dwóch debiutantów (chyba) dramaturgicznych – Daniela Malchara i Rafała Szumskiego – oraz umuzyczniony również przez pana Daniela staje się właściwie przedsięwzięciem autorskim, a zważywszy, że autor i reżyser gra tu jeszcze główną rolę, to właściwie otrzymujemy dzieło totalne i samodzielne. Multimedialność, multistylowość i multigatunkowość tego przedsięwzięcia nie mogą być więc już wzięte jedynie za doraźną metodę twórczą, lecz należy traktować je jako wyraz subiektywnej wyobraźni, coś w rodzaju prywatnego archiwum pamięci. Trudno bowiem pozbyć się wrażenia, że maestro postępuje niczym magik, który wyciąga z kapelusza to, co uprzednio ukrył pod stołem. I tak właśnie, jak na pokazie prestidigitatora, mamy się z tego cieszyć dlatego tylko, że się pojawia. No to, wrzućmy na luz i niech się toczy – nowy teatr bezkrytyczny.
Otwieramy sezon otwarciem berlińskiego kabaretu! Wchodzących wita – a jest nas garstka na miniaturowej scenie zapełnionej dla bezpieczeństwa w połowie, więc każdy ma prawo poczuć się zauważony – autentyczna operetkowa diva, do której krągłości aż chciałoby się przytulić, gdyby nie to, że za dobrze mówi po niemiecku.

Po lewej jakieś dziwolągi przyodziane w dadaistyczne kostiumy brzdąkają nieudolnie na dziwacznych instrumentach, po prawej białe pianino z rockowego koncertu, a pośród tego wszystkiego przechadza się chudy facet w za dużym surduto-fraku z rozczochraną peruczką na głowie.
Ot i cała akcja. Jesteśmy gdzieś między Zurichem z czasów Wielkiej Wojny, a New Yorkiem z epoki zimnowojennej, zaraz wejdzie Marcel Duchamp, żeby przywitać się z Andy Warholem. Wszystko oczywiście pomieszane kampowo, ale i nie tak całkiem bezmyślnie, bo przecież – w końcu mamy postmodernizm – równie dobrze może uchodzić za smakowity rebus kulturowy dla erudytów.

Na ekranie raz po raz sprawnie zmontowane kawałki nawiązują a to do reklamowych spotów, a to do znanych formatów telewizyjnych; przetasowują się fikcja z realem, bo oglądamy postacie wprost wzięte ze sceny w kontekstach okolicy współcześnie nawiedzanej okiem kamery. Mam uczucie jakbym przerzucał kanały w telewizorze, ale ponieważ nie mogę tego zatrzymać, to mogę tylko zdystansować się do tego. Aktorzy są więc niby tuż, a jakby za przeźroczystą przyłbicą.
Wesołość to budzi raczej niż radość, bo ktoś tu ma chyba za dużo zabawek, więc nie wie, co z nimi zrobić. Opowiadanie o Beethovenie zdaje się zaledwie pretekstem do kabaretowych gagów, żywot geniusza poznajemy szczątkowo, bo jego postać służy raczej za spoiwo rozrzucanych nonszalancko aluzji i dygresji. Sporo w tym scenicznym wydarzeniu muzyki, ale nie tyle do posłuchania, co do usłyszenia, bo w podśpiewywanych i podgrywanych melodiach znowu należy raczej doszukiwać się nawiązań tematycznych, tudzież kryptokomentarzy do tego, co nam w głowach rezonuje. Aliści broń Boże nie do polityki! Choć na upartego można by i tu dopatrzyć (dosłuchać?) się sporów o treść unijnych traktatów oraz debat o praworządności… Zbyt wysoko sięgam? No, sami zobaczcie, czy w naszych gierkach, sterowanych medialną bezcelowością, nie słyszycie głosu wydobywającego się z obrazka, łudząco okłamującego was (nas?) swoim (czyim?) podobieństwem do prawdy i mamiącego pretensją do ważności. Nie pytajcie więc, o czym to jest, bo tutaj cudzysłów widać wyraźniej niż jego zawartość. Takie urządzenie działa jak słuchawki – gdybyśmy je sobie zdjęli z głowy, ogłuchlibyśmy na informację. Bo na rzeczywistość od dawna nie mamy uszu do słuchania.
Rzecz toczy się szybko, choć nie tak sprawnie, jakbym spodziewał się po zapowiadającej się na początku formule show. Na szczęście występująca gościnnie Ewelina Cassette wykonuje partie wokalne z taką precyzją, że kompromituje przy tym zabawnie wokalne wysiłki aktorów. Dzięki temu opowieść o wybitnym twórcy staje się również opowieścią o jego wyjątkowości jako przyczynie jego klęski; ktoś taki wnosi przecież swoją sztukę do świata pospolitych ludzkich ułomności. To nie Beethoven jest głuchy, to słuchacze głośno krzyczą, bo faktycznie chcą słuchać własnego trzewiowego aplauzu, a nie skomplikowanych kombinacji sztucznie wygenerowanych dźwięków. Więc coś w tym jest? Tkanina spektaklu, w miarę tkania i prucia wzorów, ujawnia wiele możliwych interpretacji, ale nie składają się one na jeden konterfekt, więc pozostaje nam cieszyć się migawkami skojarzeń. Trochę to jednak za mało; i wyciąganie ręki do widza w postaci wspólnego śpiewania albo machania rączkami nic tu nie pomoże. Ale, gdyby autorowi zachciało się kiedyś coś dodać, to może to zrobić w każdym momencie, w dowolnym miejscu. Jest nadzieja na kolejne odcinki.
Tylko, co nam po tej zabawie? Ostatnim akordem wybrzmiewającym w krakowskim performansie będzie słowo „cisza”; aktorzy przekonują nas, że ponoć nie umiemy jej usłyszeć. Czyżby? Czy raczej nie jest odwrotnie? Czy my, którzy nawet w czas morowy, uparcie wychodzimy z domu do teatru nie nastawiamy uszu, żeby wreszcie usłyszeć Kogoś, kto ma Coś do powiedzenia? Po godzinie spędzonej wśród dźwięków w towarzystwie nie bardzo zmęczonej trupy komediantów opuszczamy obszar zdezynfekowany i wychodzimy na Planty… Zmierzając wolno do siebie, mijamy obojętnie sferę społeczną, wchodzimy w zonę spacerowego relaksu. Żeby stamtąd pooglądać sobie zabytkowy teatr z czasów Wyspiańskiego i posłuchać gwaru cudzoziemców?
Ludwiczek Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Tekst i reżyseria: Daniel Malchar, Rafał Szumski, multimedia oraz produkcja muzyczna: Paweł Penarski, scenografia i kostiumy: Rafał Szumera, Choreografia: Aleksander Kopański, opracowanie muzyczne: Daniel Malchar. Obsada: Ewelina Casette, Karolina Kamińska, Karolina Kazoń, Tomasz Międzik, Daniel Malchar, Rafał Szumera, Alina Szczegielniak. Premiera: 18 września 2020.