Artur Grabowski / ŻYCIE KLINICZNE – NIESCENICZNE

plakat teatru

Najciekawszą częścią wydarzenia teatralnego pod tytułem Głębiej, mającego miejsce w Teatrze Starym w Krakowie, jest program; spektakl bowiem, do którego owa publikacja ma być komentarzem, to godzina nudy. Widz może w tym czasie poznać własne ciało dogłębnie, ponieważ z minuty na minutę coraz głębiej osuwa się w fotel bez podłokietników, we wnętrzu dusznym niczym zadymione płuca. Ziewanie, ból mięśni, duszności, pustka w głowie i czekanie, czekanie, czekanie – na oklaski. Te przychodzą jak umycie rąk, odprawiany grzecznie rytuał wdzięczności za wysiłek aktorek i aktora – jesteśmy wdzięczni za to, że nasze ciała wychodzą z cielesnej klatki teatru na wolność, czyli znowu w świat umysłu. Tutaj, nawet tutaj, w mieście ufundowanym na scholastycznym planie Logosu, można przynajmniej zarazić się jakimś wirusem, który jest przecież intruzem z obcego świata. Skąd?

Program wydrukowany prowokacyjnie, bo na różowym tle, czcionkami: czarną, mocno kontrastową, oraz białą, ledwie widoczną, zawiera ciekawą rozmowę z Aleksandrą Zielińską, autorką dramatu, oraz zupełnie zbędny esej (zmierzający w stronę socjologicznego reportażu) autorstwa Pauliny Klepacz i Aleksandry Nowak, dotyczący nagannych praktyk, jakie kultura białego mężczyzny uskutecznia na bladym ciele feminy. Chociaż trzeba przyznać, że wartość praktyczna zawartych w nim zaleceń dotyczących profilaktyki chorób kobiecych nie jest do pogardzenia… Również tekst dramatu, który dociekliwy teatroman może znaleźć na stronie internetowej teatru w zgrabnie zredagowanej przez Agatę Dąbek antologii, będącej pokłosiem warsztatu prowadzonego przez tę doświadczoną dramaturżkę i badaczkę dramatu, wydaje się znacznie bardziej interesujący niż przedstawienie. Wywiad z autorką przeprowadziła reżyserka Małgorzata Wdowik; i wiele wskazuje na to, że ta młoda adeptka sztuk scenicznych czyta rozumnie, interpretuje wnikliwie i nawiązuje porozumienie z autorką. Przeglądałem ten program po spektaklu. Tym większe mam zatem poczucie zawodu, przypominając sobie, czego doświadczyłem, obcując ze scenicznym rezultatem współpracy całego zespołu utalentowanych pań.

A przecież potencjał metaforyczny, intelektualny, może nawet krytyczny tekstu autorki znanej z wcześniejszych oryginalnych powieści i opowiadań, był niemały. Odrobinę surrealna wyobraźnia, obsesyjna atmosfera zagrożenia, mroczne nastroje rodem z romantycznych horrorów, nieco wymuszona tajemniczość (nie zawsze wykraczająca poza schematy), liczne, ale nie natrętnie erudycyjne, aluzje literackie, wreszcie autentyzm poruszanego tematu ułomności ciała i duszy, oraz prawda przeżycia wiejskiego, dzikiego nawet krajobrazu – wszystko to sprawiało, że proza Zielińskiej prosiła się o zwizualizowanie; nic dziwnego, że w końcu autorka zdecydowała się pisać dla teatru. Tym bardziej żal, że właśnie tego – wizji i dramaturgii – zabrakło w realizacji młodej reżyserski z Krakowa. Zabrakło tego również w projekcjach video Natana Berkowicza, banalnie ograniczonych do zużytych wizualnie obrazków spod mikroskopu, do pseudo-penetracji we wnętrze organizmu, które nieznośnie przypominały mi grę komputerową wczesnej generacji. Czasem w tych obrazkach, symetrycznie rzuconych na otwarte wrota sceny uformowanej na zapadłą dziurę, mającą symbolizować uniwersalne „wnętrze”, pojawiają się tajemnicze, dziecięco nieudolne, albo z premedytacją sprymitywizowane rysunki, niby to współczesne ryty naskalne, a poza tym już tylko napisy, jak to się często zdarza, wspomagające reżyserów w nieporadności narracyjnej performansu. Jednym słowem: w scenicznych obrazach zabrakło tego wszystkiego, co zawiera obrazowanie wypowiadanych słów, a i te wybrzmiewają ledwo co, pozbawione dramaturgicznego kontrastu, który pozwoliłby im uruchomić wyobraźnię słuchaczy, o ingerencji w ich emocje nie wspominając.

Powstało przedstawienie zawieszone niepewnie między długo rozwijającą się instalacją a naturalistycznym studium klinicznego przypadku, przedstawienie zdradzające zaledwie jakiś pomysł, którego reżyserka nie potrafiła rozwinąć w żaden myślowy proces. Ani bowiem historia głównej bohaterki nie komplikuje się, ani działania aktorki nie obudowują się żadnym uniwersalizującym jej przeżycia komentarzem, czy metaforą. Magda Grąziowska gra ile może, bywa uroczo bezradna, dziewczęco zagubiona, ale przecież wyraźnie udaje, ani nie komentując swoim ciałem postaci, ani nie wcielając jej na miarę „prawdziwej” ekspresji intymności. W sumie, jak zwykle w takich sytuacjach, aktorka nie prowadzona ani celowością, ani motywacją popada w schemat; co gorsza: wcale nie tak bardzo kobiecy schemat – definiowania kobiecości – bo raczej w ten schemat, na jaki mogliby wpaść mężczyźni, sprowadzający kobiece doświadczenie do fizjologii. Dorzucone do somatycznej opowieści o debiutantce w systemie opieki medycznej historie baśniowe o zwierzętach, rybach i szczurach, wydają się już tylko kolejną niezrealizowaną szansą na poetyckość, która przecież – gdyby zestawić ją z autentycznym działaniem fizycznym – dałaby widzom poczucie, że po coś przyszli do teatru, zamiast poczytać sobie ulotkę jakiejś fundacji na rzecz pomocy… O ile jeszcze role Małgorzaty Gałkowskiej i Katarzyny Krzanowskiej, jako pielęgniarek-nadzorczyń, oraz Anny Paruszyńskiej, jako współpacjentki, dają się zaakceptować w konwencji parodii, o tyle Bolesław Brzozowski w roli lekarza, jedynego mężczyzny na scenie, nie ma po prostu tekstu do zagrania, co oczywiście może być zamierzoną zemstą na samczej armii służbistów zdrowia, ale samą postać marginalizuje, zamiast wykorzystać jej wyrazistość na tle sfeminizowanego chórku.

Banalna historia diagnozowania guza w lewej piersi rozgrywa się w sterylnej klatce, we wnętrzu obrazu ładnie pokolorowanego błękitnymi kostiumami personelu medycznego i jaskrawą pomarańczą młodzieżowej bluzy pacjentki. Rzeźby z różowej materii imitującej ciało, coś w stylu Teresy Pągowskiej, i drzewko symbolizujące chyba martwą naturę, komponują się ze sobą, ale na tym ich rola się kończy. Tylko sztuczny szczur na chwilę wzbudza autentyczny wstręt. Dużo mówi się tu o czekaniu, ale atmosfera wyczekiwania, oczekiwania, czy choćby przeczekiwania nie realizuje się teatralnie. A szkoda, bo to mógłby być nie tylko temat, ale i wydarzenie, nie tylko obrazek, ale i symboliczna układanka. Została scenka półamatorska, którą ratuje czasami profesjonalna ironia aktorek ze starej szkoły.

Współczesna sztuka inscenizacji ma przecież dawno za sobą doświadczenie przekształcania znaków w wydarzenie. Jeśli to się nie dzieje, to lepiej przeczytać wywiad z pisarką. Przez literaturę wchodzą bowiem w ludzki organizm wirusy myśli, dla których warto wychodzić z ciał – kobiecych i męskich też. Dokąd?

Głębiej wg Kobiety Schrödingera Aleksandry Zielińskiej. Teatr Stary w Krakowie (Nowa Scena), reżyseria: Małgorzata Wdowik, scenografia: Tomas Mróz, kostiumy: Anna Baumgart, projekt i realizacja makiety: Katarzyna Przezwańska, wideo i reżyseria światła: Natan Berkowicz, muzyka: Jan Rabiej. Obsada: Małgorzata Gałkowska, Magda Grąziowska, Katarzyna Krzanowska, Anna Paruszyńska, Bolesław Brzozowski [Zygmunt Józefczak]. Prem. 28 lutego 2020

Ilość odsłon archiwalnych: 73