
Czerwone nosy Petera Barnesa, reżyseria Anna Wieczur, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu.
Co zrobić, by nie dać się zarazie? To pytanie, postawione w napisanym w 1985 w Londynie brytyjskim dramacie Petera Barnesa Czerwone nosy, jeszcze kilka lat temu w naszej szerokości geograficznej mogło dotyczyć niemal wyłącznie średniowiecznych epidemii, lecz za sprawą pandemii koronawirusa jawi się dziś na wskroś współcześnie.

Bohaterowie sztuki, przetłumaczonej na polski przez mieszkającego pod Bostonem poetę Stanisława Barańczaka i opublikowanej w „Dialogu” w 1993 oraz natychmiast wystawionej w Teatrze Nowym w Poznaniu, żyją w cieniu dżumy. Jest rok 1338. Europę dziesiątkuje niebezpieczna choroba, a ludzie – i ci zamożni, wpływowi, i ci najubożsi, pozbawieni jakiejkolwiek sprawczości – dwoją się i troją, by nie paść ofiarą czarnej śmierci. Co jednak, jeśli nic nie pomaga, a człowiek w obliczu niebezpieczeństwa pozostaje całkowicie bezradny? Może warto w takiej sytuacji spróbować uciec w coś nieoczywistego, na przykład w śmiech? A nuż to pomoże? Na taki pomysł wpada ojciec Flote, grany w kaliskim teatrze przez Jakuba Łopatkę. Jeśli płacze, modły i pokuty nic nie pomagają, to – jego zdaniem – wybawieniem może okazać się już tylko śmiech.

Przybliżając sztukę Barnesa, można by zacząć od próby wyobrażenia sobie, co musieli czuć i myśleć ludzie z czternastego wieku, którzy wiedzieli, że dookoła panuje dżuma, a oni nic nie mogą zrobić, by się przed nią uchronić. Co to mogło być? Niepokój? Strach? Przerażenie? Jakie słowo należałoby wybrać, by okazało się najbardziej adekwatne? Żeby nie dywagować i nie próbować odtwarzać niemożliwego do odtworzenia doświadczenia, warto przypomnieć sobie, co czuliśmy, gdy rozpoczęła się pandemia. Jaki rodzaj strachu nam towarzyszył? Przerażenie połączone z dezorientacją i niedowierzaniem? W podobnym stanie zastajemy bohaterów Czerwonych nosów: wiedzą, że jeśli czegoś nie zrobią, to najpewniej umrą, ale przy tym nie wiedzą, jak powinni zachować się w obliczu tragedii. Obierają w związku z tym różne, nierzadko sprzeczne, strategie przetrwania. Jedni próbują uciekać (arcybiskup Monselet, grany przez Zbigniewa Antoniewicza, zapowiada, że schroni się wysoko w górach). Drudzy izolują się od otaczającego ich świata (przebywającego w niewoli w Awinionie papieża Klemensa VI, którego odtwarza Lech Wierzbowski, widzimy wyłącznie zza przeźroczystej kotary). A jeszcze inni proszą Boga o przebaczenie i ratunek. Do tych ostatnich zalicza się przede wszystkim grupa biczowników (Jacek Różański, Filip Kempiński, Przemysław Kubiak), dobrowolnie zadających sobie cierpienie – w ramach pokuty i ofiary. Odmienną metodę na walkę o przetrwanie znajduje ojciec Flote: jego zdaniem należy się nie tyle zamartwiać, ile radować; sądzi, że strach trzeba przekuwać w śmiech, tak, by wystarczająco przerażonych już ludzi dodatkowo nie frasować. Zakłada więc – zyskując uprzednio zgodę najpierw arcybiskupa, później samego papieża – „bractwo wesołków, klownów Chrystusa” i wyrusza w świat, by nieść zlęknionemu społeczeństwu otuchę. Towarzyszą mu w tym m.in. ksiądz Toulon (Wojciech Masacz), wyzwolona seksualnie zakonnica Małgorzata Delair (Izabela Wierzbicka) oraz będący niemową, więc kontaktujący się z innymi za pomocą dzwoneczków, Sonnerie, nazywany też mistrzem Din Don (Malwina Brych). Tam, gdzie ludzie potrzebują radości i nadziei, zjawiają się oni, wystawiając wesołe, cyrkowe i wychwalające życie przedstawienia teatralne. Ich wymowa podnosi widzów na duchu, gdyż prezentowane widowiska podkreślają, że wszystko, co złe, kiedyś minie, a największą wartością dla człowieka powinno być samo życie. Trupa czerwonych nosów, zadając kłam powszechnemu w średniowieczu przekonaniu, jakoby należało się umartwiać, by zyskać u Boga łaskę, staje się coraz bardziej popularna, co nie jest na rękę władzy kościelnej – gdy tylko zaraza dobiega końca, papież nakazuje rozwiązać amatorski zespół. Ojciec Flote, chcąc pozostać wiernym swoim ideałom, nie wykonuje poleceń głowy Kościoła, co skończy się dla niego tragicznie – zginie wskutek decyzji apodyktycznego Klemensa VI.

Anna Wieczur w bodaj jedynym przedpremierowym wywiadzie, udzielonym lokalnej rozgłośni radiowej, powiedziała, że jej Czerwone nosy będą baśnią dla dorosłych. I rzeczywiście zrealizowane w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu przedstawienie pod wieloma względami zostało poprowadzone tak, jak baśń – z tą różnicą, że trudno mówić tu o szczęśliwym zakończeniu, a w sprawy śmiertelników nie mieszają się żadne nadprzyrodzone siły. Wręcz przeciwnie – dramat kończy się triumfem zła i niesprawiedliwości, a świat, który poznajemy, nie jest fantastyczny czy magiczny; to rzeczywistość całkowicie człowiecza, ze wszystkimi konsekwencjami i następstwami tego słowa. Obserwujemy bowiem zachowania bohaterów, którymi kieruje to, co w ludziach najlepsze i najgorsze zarazem: widzimy z jednej strony wiecznych optymistów, Prometeuszy pragnących za wszelką cenę nieść innym pomoc, a z drugiej ludzi interesownych, którzy moralność mają za nic i myślą wyłącznie o sobie. Te dwie postawy przyjmowane wobec świata, dychotomicznie symbolizujące odwieczną walkę dobra ze złem, prezentują dwie postaci: ojciec Flote oraz papież Klemens VI. Dla tego pierwszego, może nazbyt optymistycznego, nieco infantylnego, najważniejszy jest drugi człowiek; dla głowy Kościoła kluczowe okazuje się zaś coś zupełnie innego – niepodzielne i nieograniczone sprawowanie władzy.

Reżyserka fantastycznie osadza bohaterów w jednocześnie oczywistym i nieoczywistym świecie średniowiecznej, pogrążonej w zarazie, Europy. Na kaliskiej scenie odbywa się przegląd osobistości i osobliwości – widzimy kościelnych dostojników, odzianych w purpurowe szaty, roszczących sobie wyłączne prawo do mówienia o tym, co boskie; w ślad za nimi idzie ślepy, bezmyślny tłum wiernych, bezkrytycznie przyjmujący wszystko to, co słyszy (na przykład, że zaraza jest karą za grzechy). Z postawą papieża skontrastowane są zachowania innych postaci – ówczesnych rewolucjonistów, odmiennie interpretujących boskie przykazania. Należy do nich, rzecz jasna, ojciec Flote, szerzący wszem i wobec flotyzm – przekonanie, jakoby najważniejsze w życiu człowieka było szczęście. Poza bohaterami, którzy reprezentują dwie strony teologicznego konfliktu o wolę Boga (co do tego, czego Stwórca oczekuje od ludzi – życia w szczęściu lub w cierpieniu i wiecznej pokucie), widzimy też złoczyńców, robiących niemałe, choć zupełnie niemoralne, interesy na zarazie oraz wszelkiej maści wyrzutków społecznych, ochoczo przyłączających się do formującej się na scenie trupy aktorskiej. W ten sposób reżyserka, wiernie podążając za didaskaliami Barnesa, tworzy intrygujący drugi plan, zaskakujące tło historii ojca Flote’a, na które składają się losy łowców trupów i średniowiecznych grup przestępczych oraz postaci-dziwaków, jak jednonodzy tancerze, jąkający się mówcy czy ślepi przewodnicy. Wieczur udaje się dla wszystkich tych bohaterów, jakże różnorodnych, acz wpisanych w utrwaloną w kulturze wizję średniowiecza, znaleźć ich własne miejsce. Oglądamy więc niby koherentny, kompletny świat, w którym każdy pełni określoną rolę, lecz z uwagą przyglądamy się każdemu z osobna. Mam na myśli zarówno kluczowych dla fabuły protagonistów, jak i tych, którzy pojawiają się choćby na moment. W pamięci zapada na przykład człowiek-drzewo (Dariusz Sosiński), próbujący na własny sposób przechytrzyć śmierć, czy wspomniany wcześniej, komunikujący się ze światem wyłącznie przy użyciu dzwoneczków, Sonnerie.

W kaliskich Czerwonych nosach występuje ponad dwudziestu aktorów, a mimo to każdy z nich wydaje się osobno poprowadzony – czy to pod względem psychologii postaci, czy charakteryzacji. Oglądając więc spektakl Wieczur, skupiamy się z jednej strony na pewnym ogólnym obrazie, jakim jest życie w czternastowiecznym, pogrążonym w pandemii, świecie, a z drugiej – na detalach. Ten trwający ponad trzy godziny spektakl to popis warsztatowy całego zespołu – tak aktorskiego, jak i technicznego. Wszystko w tym przedstawieniu wydaje się dopracowane i nieprzypadkowe: każdą z postaci kieruje zrozumiała dla widza motywacja, relacje między bohaterami nie są powierzchowne, a cała scenografia Marty Śniosek-Masacz jest jak najbardziej funkcjonalna. Jako że trupa aktorów-amatorów to cyrkowcy, wykonawcy – pod okiem trenera Wojciecha Rotowskiego – nauczyli się różnych sztuczek; świetnie wypadają więc sceny zespołowe, gdy członkowie tytułowej grupy na przykład żonglują, jednocześnie przy tym śpiewając. W tym rozmachu inscenizacyjnym, związanym również z bogatymi, historycznymi kostiumami i ciekawie zaaranżowaną przestrzenią (scenę, z przodu i z tyłu, zamykają i otwierają tiulowe ścianki, na których wyświetlane są różne wizualizacje – na ogół rekonstrukcje średniowiecznego miasta), zespołowymi układami choreograficznymi (Anna Iberszer) oraz partiami wokalnymi (Jacek Laszczkowski), nie giną jednak aktorzy i ich postaci; wszystko, co pojawia się w spektaklu Wieczur, służy ich wyeksponowaniu. Dlatego też z przejęciem przyglądamy się dramatowi ojca Flote’a, z nieukrywaną pogardą traktujemy zdeprawowanych dostojników kościelnych, zaintrygowani obserwujemy Mistrza Din Don i ze współczuciem przyglądamy się cierpieniom biczowników. W wyreżyserowanych przez Wieczur Czerwonych nosach właściwie każda z postaci wzbudza w widzu jakieś emocje.

Wspomniałem o wielu zaletach kaliskiego spektaklu, ale myślę, że warto sformułować dwie sugestie techniczne. Można by popracować nad nadaniem większej dynamiki całej historii, by spektakl, zwłaszcza w pierwszej części, zyskał szybsze tempo. Należałoby również sprawić, aby aktorzy, grający – co trzeba zauważyć i pochwalić! – bez mikroportów, wykonywali piosenki z większą artykulacyjną precyzją, bo obecnie widz jest w stanie zrozumieć zaledwie powtarzane refreny.

Przedstawienie Wieczur nie próbuje w żaden sposób aktualizować politycznych sensów sztuki, nie jest również w nikogo wymierzone – ani w polityków, ani hierarchów kościelnych, ani tych, którzy na przykład na ostatniej pandemii w niejasnych okolicznościach zbijali fortuny; to raczej uniwersalna sztuka o ideach i prometeizmie, uwspółcześniona właśnie nie tyle przez inscenizacyjne czy dramaturgiczne zabiegi twórców, ile kontekst koronawirusa. Reżyserka, w przeciwieństwie do Jana Klaty, który w lutym 2021 w Teatrze Nowym w Poznaniu ponownie wystawił Czerwone nosy, nie demonstruje chęci uczestniczenia poprzez spektakl w bieżącym życiu politycznym Polski, choć sztuka Barnesa zdaje się niekiedy do tego wręcz prowokować. Dla Wieczur ważniejsze okazuje się zupełnie co innego – jak w Amadeuszu Petera Shaffera wystawionym pod koniec poprzedniego sezonu w Teatrze Dramatycznym w Warszawie – magia i iluzja teatru, piękno widowiska czy wreszcie radość widza. Przedstawienie jest zatem apoteozą opowieści rozkwitającej najpełniej – dzięki połączeniu wielu elementów – właśnie w dramatycznym teatrze.

Co jednak, poza docenieniem warsztatowej sprawności całego kaliskiego zespołu i wysokiej artystycznej formy Wieczur, po obejrzeniu Czerwonych nosów zostaje? Przede wszystkim poczucie, że niezależnie od czasów, w jakich żyjemy, o ludziach zawsze stanowią te same prawa. Czy to w trakcie dżumy, czy koronawirusa – zachowujemy się bardzo podobnie, a strategie przetrwania, które obrali bohaterowie dramatu, na wielu poziomach przypominają nasze – być może już zapomniane – metody na radzenie sobie z pandemią. Postępowanie ojca Flote’a oraz jego trupy przywodzi na myśl rozmaite formy artystycznego wyrazu i akcje społeczne, podejmowane przez nas i współczesnych artystów w trakcie lockdownu (dość przywołać internetowe wyzwania typu #Hot16Challenge, w których brali udział niemal wszyscy – od aktorów przez dziennikarzy po prezydenta). Czyżby to właśnie karnawalizacja, zabawa i śmiech były najlepszymi sposobami na przetrwanie? Niewykluczone.
Czerwone nosy. Autor: Peter Barnes, przekład: Stanisław Barańczak; inscenizacja i reżyseria: Anna Wieczur; scenografia i kostiumy: Marta Śniosek-Masacz; muzyka: Ignacy Zalewski; projekcje wideo: Stanisław Zaleski; światło: Paulina Góral; przygotowanie muzyczne: Jacek Laszczkowski; ruch sceniczny i choreografia: Anna Iberszer; treningi cyrkowe: Wojciech Rotowski. Teatr im. W. Bogusławskiego w Kaliszu, premiera 25 marca 2023.