Kamil Bujny / W POSZUKIWANIU WSPÓLNOTY

fot. Filip Wierzbicki

Wyskubki według Tadeusza Różewicza, reżyseria Paweł Kamza, Wrocławski Teatr Współczesny.

Paweł Kamza wyreżyserował we Wrocławskim Teatrze Współczesnym przedstawienie, którego – jak się okazuje – wielu z nas potrzebowało. Wyskubki, powstałe w oparciu o wiersze i fragmenty prozy Tadeusza Różewicza, stanowią zaproszenie do współtworzenia świata, który zdawał się już nie istnieć. Mam na myśli nie tyle odtwarzaną w pokazie wyidealizowaną dwudziestowieczną wiejską rzeczywistość, gdzie wszyscy tańczą i śpiewają przy pracy, ile rodzącą się na zawołanie wspólnotę. Pierwszy świat pewnie nigdy nawet nie istniał (lub tylko w wyobraźni literatów i reżyserów), a drugi – jak sądziłem – przepadł wraz z pandemią. Spektakl dowodzi jednak, że sytuacja wygląda zgoła inaczej: publiczność, niezależnie od wieku i znajomości scenicznych konwencji, chce się nie tylko integrować z innymi odbiorcami i aktorami, lecz także opowiadać o sobie i wchodzić w interakcje.

Przedstawienie – jak każda wiejska rodzinna uroczystość – rozpoczyna się od zaproszenia i przywitania gości przez jednego z gospodarzy. Do stłoczonych na ciasnej klatce schodowej widzów wychodzi Matusek (Krzysztof Boczkowski) i zaprasza ich na spektakl; robi to niby przyjaźnie, lecz z wyczuwalną irytacją – z powodu tłoku i wolnego tempa wchodzenia; czasem kogoś skomplementuje lub upomni, dziwiąc się przy tym, że goście przyszli do teatru tak elegancko ubrani. Po wejściu do niedużej Sceny na Strychu okazuje się, że przestrzeń działań aktorskich została tak zaprojektowana, by możliwie najszerzej znosiła podział na widownię i wykonawców: na samym środku sceny ustawiono stół, wokół którego – po okręgu – porozstawiano inne stoły wraz z krzesłami (miejsca dla publiczności). W trakcie prezentacji, między śpiewanymi przez cały zespół piosenkami, do oglądających podchodzą aktorzy, pytając o różne, związane z akcją spektaklu, sytuacje: zwyczaje świąteczne, praktykowane tradycje czy ślubne wspomnienia. Widzowie ochoczo wchodzą w dyskusję, dzieląc się z wykonawcami i między sobą nie tylko opowieściami z własnego życia, lecz także różnymi radami – co do przepisów bożonarodzeniowych czy organizowania uroczystości ślubnych.

Już na samym początku pokazu zostały ustalone zasady „współpracy”: na Wyskubki nie przychodzi się dla rozrywki. Każdy – i widz, i aktor – musi przez cały czas pracować, skubiąc pierze na poduszki i pierzyny. Pierze, czyli wielkie połacie kartonowego brystolu, który chwilę po zajęciu przez publiczność miejsc został dostarczony na każdy ze stołów. Nie ma wymówek, choć oczywiście zaplanowano też przerwy – na śpiewanie; oglądający zostają dokładnie poinstruowani, że gdy tylko usłyszą jakieś dźwięki, mają przerwać skubanie; gdy jednak aktorzy przestaną śpiewać, wszyscy mają wrócić do pracy. Ci, którzy się lenią lub nie przestrzegają narzuconych reguł, muszą liczyć się z tym, że zostaną publicznie upomniani. Skubanie następuje w ustalonym porządku, gdyż nie wszystkie „piórka” nadają się do pościeli: dwa trzeba odrzucić na ziemię, a dopiero trzecie – najlepsze – odłożyć na stół. Oglądając spektakl, obserwowałem zaangażowanie publiczności, która rzeczywiście dostosowała się tych reguł: gdy trzeba było skubać – skubała, a gdy śpiewać – śpiewała (zwłaszcza piosenkę o bardzo prostym, zapadającym w pamięć tekście: „idzie zima, zima idzie, idzie zima / pęka kasztan, leci bocian / idzie zima / pęka kasztan, leci bocian / idzie zima”).

fot. Filip Wierzbicki

Opisuję interakcyjność przedstawienia Kamzy, bo – od premiery Księcia Pawła Świątka z Teatru Polskiego w Podziemiu – nie było we Wrocławiu pokazu tak silnie angażującego widza. Wprawdzie w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego realizowane są prezentacje, które eksperymentują z rolą publiczności (w Łupinach Małgorzaty Jakubowskiej oglądający, podobnie jak we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, siedzą nawet przy stole i rozłupują orzechy), jednak w Wyskubkach twórcy poszli o krok dalej: przez zaproszenie odbiorcy do działania nie tyle włączyli go w sam spektakl, ile w celebrację współobecności i procesu zawiązywania się wspólnoty. Odnoszę wrażenie, że dla całego zespołu aktorskiego, który bez wątpienia odczuwa dużą radość z grania tego tytułu (widać to po energii i zaangażowaniu wykonawców), ważny jest nie tyle temat samej wsi czy kontekst, w jakim obsadzają twórczość Różewicza, ile właśnie współdziałanie i przebywanie z widzem. Poszczególne utwory, jakże często wybrzmiewające w ostatnim czasie na dolnośląskich scenach teatralnych, nie zyskują bowiem u Kamzy nowych znaczeń i nie są nawet szczególnie oryginalnie interpretowane. Twórcy przyglądają im się przede wszystkim przez pryzmat fascynacji autora Kartoteki ludowością i Gabrielowem, wioską na Ziemi Wieluńskiej, z której pochodził ojciec Różewicza – Władysław. Na scenie widzimy jednak przede wszystkim żeńskie przedstawicielki rodziny Gelbardów, z której wywodziła się matka poety, Stefania. Mieszkali oni w pobliskim Osajkowie. Ślady obu tych miejscowości można odnaleźć w wielu opowiadaniach i wierszach Różewicza, a także w samych Wyskubkach. W przedstawieniu pojawiają się teksty między innymi z takich tomów jak Echa leśne, Poemat otwarty czy Matka odchodzi. Kluczem do ich doboru było zaangażowanie autora w opisywanie prostego, wiejskiego i sielankowego życia.

Reżyser, odpowiedzialny za adaptację tekstów, nie podchodzi do Różewicza jak do klasyka, lecz do pisarza, z którego twórczością można się też bawić. Cała opowieść naznaczona jest humorem, dużo w niej luzu i swobody. Niektóre z postaci wydają się przez to karykaturalne (jak babka Florentyna grana przez Miłosza Pietruskiego), a wiele ze scen ujmuje dowcipem (wymienić można choćby tę, podczas której jeden z bohaterów nie może uwierzyć widzowi utrzymującemu, że nie święci pokarmów wielkanocnych). Sama muzyka (odpowiada za nią Aleksander Brzeziński), jakże istotna dla rytmu tego pokazu, została zaaranżowana również z przymrużeniem oka: słyszymy niby ludowe melodie, jednak bardzo uwspółcześnione, wygrywane przede wszystkim na syntezatorach. Choć mogłoby się wydawać, że wszystko to – cały kreowany przy udziale widza teatralno-poetycki świat – bierze się sam z siebie, niejako z improwizacji, to trudno nie zauważyć, jak konsekwentnie poprowadzone jest przedstawienie. Nie ma w nim przypadkowości, wszystko, co oglądamy, jest oparte na twórczości Różewicza. Widać to na przykład w scenografii (przygotowała ją Iza Kolka), która, poza ogólnym wykorzystywaniem popularnych wyobrażeń na temat wsi i ludowości, ucieleśnia obrazy z utworów autora Kartoteki. Do jednej ze śpiewanych w finale piosenek Kamza adaptuje wiersz W środku życia, w którym pojawia się wiele powtórzonych na scenie elementów – symbol stołu, metafora spotkania czy znaczenie żywiołów, w tym wody i ziemi. Te ostatnie ciekawie zinterpretowała scenografka, wkomponowując w przestrzeń działań aktorskich wysokie i przyozdobione platformy – ni to mansjony, ni ołtarze. Stoją one z różnych stron sceny, symbolizując cztery żywioły, pory roku i kierunki świata. Umiejscawiają ponadto postaci w polu wciąż zmieniających się znaczeń i walk o symboliczną władzę nad ich wyobraźnią – raz sprawuje ją natura i narzucany przez nią rytm pracy, innym razem Kościół katolicki i jego tradycje (trudno nie skojarzyć wspomnianych platform z ołtarzami powstającymi na Boże Ciało).

Choć dla twórców punktem wyjścia przy pracy nad Wyskubkami były utwory Różewicza, to dla widzów ważniejsza niż ich treść okazuje się zabawa i integracja z aktorami. Przesłanie poszczególnych tekstów zdaje się schodzić na drugi plan, zwłaszcza że na scenie przez cały czas naprawdę wiele się dzieje – rozbudowana jest nie tylko scenografia, lecz także zespołowa choreografia (stworzył ją Adrian Rzetelski). Wiersze, w których poeta opisywał Gabrielów, ludowość czy proste życie podporządkowane pracy, pozwoliły Kamzie przygotować przedstawienie zupełnie samodzielne, od początku do końca angażujące publiczność. Reżyser nie próbuje stawiać Różewiczowi kolejnych pomników, co – jak sądzę – przypadłoby mu do gustu. Stawką wystawionego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym spektaklu jest raczej dobra zabawa i próba odbudowywania osłabionego w ostatnim czasie poczucia wspólnoty – na przykład poprzez kolektywne śpiewanie i tańczenie. Sam zostałem porwany do tańca aż trzy razy, czego wcześniej – jeśli mnie pamięć nie myli – w teatrze nigdy nie doświadczyłem.

Wyskubki według Tadeusza Różewicza; reżyseria: Paweł Kamza; scenografia: Iza Kolka; ruch: Adrian Rzetelski. Występują: Miłosz Pietruski (Florentyna), Zina Kerste (Stanisława), Anna Błaut (Stefania), Dominika Probachta (Janka), Ewa Niemotko (Dziewczynka), Krzysztof Boczkowski (Matusek). Wrocławski Teatr Współczesny im. Marii i Edmunda Wiercińskich (Scena na Strychu), premiera 3 czerwca 2022.