
VII Festiwal Kierunek Wschód, Białystok, 2-15 października 2023
Pomiędzy 2 a 15 października 2023 roku w Białymstoku odbyła się siódma edycja festiwalu Kierunek Wschód, organizowanego przez Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki. To niezwykłe wydarzenie od samego początku podjęło się misji prezentowania najnowszych dokonań teatralnych polskiego pogranicza oraz krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Podczas tegorocznej edycji zaprezentowały swoje przedstawienia następujące zespoły: organizatorzy i Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie (Polska), Teatr Tutejszy (Białoruś)/Fundacja Tutaka (Polska), Grupa Teatralna Kupalaŭcy (Białoruś), Narodowy Teatr Akademicki im. Gabriela Sundukyana w Erywaniu (Armenia), Narodowy Teatr w Bitoli (Macedonia Północna), Oskaro Koršunovo Teatras/Teatr Miejski w Wilnie (Litwa) oraz Kijowski Akademicki Teatr Dramatu i Komedii na Lewym Brzegu Dniepru – Left Bank Theater (Ukraina). Spektakle grane były w językach narodowych, polskiej publiczności wyświetlano napisy z tłumaczeniami. Uczestnicy siódmej edycji Kierunku Wschód mogli obejrzeć osiem różnych przedstawień. Udział w wydarzeniu był darmowy, należało jednak odpowiednio wcześniej zgłosić się po wejściówkę na festiwal.
Organizatorzy festiwalu Kierunek Wschód VII zdecydowanie postawili nie na ilość, ale na jakość przedstawień. Nie zamierzam opisywać każdego spektaklu, ponieważ wykraczałoby to poza rozmiary recenzji czy raczej relacji z tego wydarzenia. Zamiast tego przywołam kilka tytułów, które dobrze ukazują charakter całego wydarzenia, mającego miejsce na Podlasiu. Przestrzeń liminalna, którą są peryferie naszego kraju, ale i Europy, okazała się mieć niebagatelny wpływ na prezentowaną sztukę.
fot. Bartek Warzecha
Demony to dramat psychologiczny szwedzkiego pisarza Larsa Norena, a ich reżyser Wasyl Hristow nie krył nawiązań do sztuki Edwarda Albeego Kto się boi Virginii Woolf. Sytuacja wyjściowa była zresztą bardzo podobna – dwie pary (Ilina Chorevska, Maria Stefanowska, Ognen Drangovski, Witam Stoymirow) spotykają się pewnego zakrapianego wieczoru, aby wymienić się kurtuazyjnymi komplementami, życiowym doświadczeniem, rozterkami, głęboko ukrywanymi ranami, tytułowymi demonami, a nawet partnerami. Spektakl był się okrutny i przewrotny w swoim zdystansowaniu wobec bohaterów, którzy okazali się zupełnie podli – podli jak każdy z nas. Dramat psychologiczny został przepleciony największymi włoskimi przebojami. Z jednej strony nawiązywały one do pochodzenia jednego z bohaterów (Ognen Drangovski), włoskiego macho – impotenta bez skrupułów i hamulców w seksualnych dewiacjach – z drugiej strony miały rozjaśniać narastający mrok osobowości kłębiących się na scenie. Pozostałe postacie nie przerastały tamtych charakterem swoich „przymiotów”. Wasil Hristow z dużą precyzją przekuł wspomniane piosenki w ironiczny uśmiech, jeszcze bardziej dodający okrucieństwa wiwisekcji, która odbywa się na scenie. Kontynuując tę metaforę – to, co się dzieje na scenie, można porównać do trepanacji czaszek. Aktorzy wylewają z siebie potoki słów, pełne licznych odniesień i nawiązań do ich żyć, które często są jedynie zasygnalizowaniem czegoś bardzo dla nich ważnego, tworzącego ich tożsamość. Widzom postawiono więc zadanie pozornie bardzo trudne – odnaleźć sens, pozbierać rozsypane kawałki układające się w jakąś całość. Kiedy jednak zdystansujemy się od treści, skupimy się na szerszym oglądzie sytuacji, gdy zaczniemy pytać nie o treść wypowiedzi, a o przyczynę, nagle wszystko okazuje się bardzo jasne niczym podczas sekcji zwłok. Spektakl macedońskiej trupy nie zostawił jeńców. O ile bowiem punkt wyjścia był bardzo podobny do tego ze wspomnianej sztuki Kto się boi Wirginii Woolf, o tyle zakończenie utworu szwedzkiego dramaturga jest o wiele bardziej makabryczne. Czy to dobrze? Biorąc pod uwagę świetną, chociaż momentami zbyt egzaltowaną grę aktorów, można było poczuć się lekko zmęczonym, przygniecionym ostatecznym mrokiem Demonów. Być może obrócenie wszystkiego w żart, bagatelę, byłoby paradoksalnie o wiele poważniejsze i o wiele bardziej mroczne. Teatr z Macedonii zaprezentował wysoki poziom kunsztu scenicznego. Czwórka wykonawców zagrała swoje role bardzo dobrze, bez skazy. Dobrze było w Białymstoku zobaczyć aktorów takiego formatu.
fot. Bartek Warzechafot. Bartek Warzecha
Mewę Czechowa litewskiego OKT/Teatru Miejskiego w Wilnie uznaję za jeden z lepszych, jeśli nie najlepszy spektakl przedstawiony podczas VII edycji festiwalu Kierunek Wschód. Młodzi twórcy z Wilna (reżyseria Jokūbas Brazys) pokazali w Białymstoku nowy teatr, w pełnym tego słowa znaczeniu. I wyszło im to fenomenalnie. Reżyser zaprezentował zupełnie inne spojrzenie na treść Mewy. Jego interpretacja cechowała się jednak dużym szacunkiem dla dzieła Czechowa. Nie była to inscenizacja z serii tych, gdzie klasykę chce się przedstawić w taki sposób, aby przypominała ona wszystko poza dziełem wyjściowym. Reżyser oraz aktorzy wyraźnie poświęcili komedii rosyjskiego pisarza dużo czasu i cierpliwości, ponieważ historia przez nich opowiedziana oraz postacie przez nich odgrywane, choć częściowo poddane uwspółcześnieniom jak w spektaklu samego Koršunovasa z roku 2014, nie zostały jedynie „zainspirowane” treścią Mewy. Co więcej, poprzez bardzo przemyślane przeniesienie środków ciężkości udało się litewskiemu teatrowi wydobyć z Czechowa i postaci przez niego stworzonych to, co najgorsze. W spektaklu doszło bowiem do obnażenia motywacji wszystkich bohaterów komedii Czechowa, które – jak się okazało – były mroczne, nieludzkie, zwierzęce. Zwierzęcych metafor było zresztą dużo. Szczególnie kontrowersyjne okazało się wykorzystanie kategorii surowości w utworze. Na scenie bohaterowie byli obrzucani lub oblewani surową ziemią, mlekiem, wodą, krwią. Dodatkowo pojawiały się surowe artykuły spożywcze, jak jabłka czy kości. Najbardziej drastyczne wrażenie wywarło jednak posłużenie się wypatroszonym karpiem, który w pewnym momencie został ostentacyjnie rzucony na środek sceny. Delikatna aktorka (Sofija Gedgaudaitė) wyjęła następnie z jego wnętrzności naszyjnik, którym obdarowała pisarza. Proszę mi jednak wierzyć, że spektakl litewskiego teatru nie wydawał się nastawiony na wywołanie kontrowersji za pomocą tanich chwytów. Była to bardzo wyważona praca nad świadomie wprowadzoną estetyką i wyborami scenicznymi. Teatr litewski wypełnił całe 230 minut (!) licznymi świeżymi pomysłami przy użyciu formy, prac zbiorowych czy środków ekspresji, co uważam za duże jego osiągnięcie.
fot. Bartek Warzecha
Kolejną propozycją teatralną był Ha*l*t Kijowskiego Akademickiego Teatru Dramatu i Komedii na Lewym Brzegu Dniepru – Left Bank Theater w reżyserii Tamary Trunovej. Spektakl ten wzbudzał duże zainteresowanie już samymi okolicznościami swojego powstania. Otóż teatr był w trakcie prób do Hamleta, kiedy Rosja dokonała zbrodniczej inwazji na terytorium Ukrainy, która przerywała oczywiście jakiekolwiek prace artystyczne w całym kraju na tygodnie, a nawet miesiące. Aktorzy pojechali na front lub za granicę i tak właśnie z Hamleta wyszedł Ha*l*t. Reżyserka w niewielkim tylko stopniu bazuje na twórczości Shakespeare’a, traktując ją raczej jako pretekst do otwarcia rozważań czy dyskusji na temat roli artysty w czasie wojny. Bo czy aktorstwo ma sens w obliczu czegoś tak realnego jak (celowy paradoks) teatr wojny? Reżyserka przeformułowuje pytanie duńskiego księcia, którego monolog parafrazowano wielokrotnie na scenie, w: „grać czy nie grać?”. Rozważania nad tym dylematem rozciągają się na długość całego przedstawienia będącego raczej zbiorem pewnych artystycznych wizji lub scen niż spójną, konsekwentną fabułą. Jest to jednak zabieg jak najbardziej celowy i – wydaje się – właściwa decyzja reżyserska, ponieważ bardzo celnie oddaje chaos i niezorganizowanie życia aktorów na emigracji, bez jednej sceny, bez celu, za to z wielkim zadaniem – dania świadectwa. Jak to bywa z przedstawieniami opierającymi się na zestawie pomysłów scenicznych, Ha*l*t miał swoje lepsze i gorsze momenty. Ostatecznie jednak obronił się swoją pomysłowością, kunsztem aktorskim oraz gorzkim humorem, który odegrał niebagatelną rolę.
fot. Bartek Warzecha
Na zakończenie festiwalu przedstawiona została premiera spektaklu Światło w ciemności w reżyserii Andreja Saučanki. Był to efekt współpracy białoruskiego Teatru Tutejszego oraz polskiej Fundacji Tutaka. Autorzy spektaklu postawili sobie za zadanie opowiedzenia trudnej historii o pokoleniu poetów białoruskich zamordowanych tuż przed 1941 w wyniku stalinowskiego terroru. Drugi dzień z rzędu uczestnicy festiwalu mieli więc do czynienia z artystami, którzy musieli zmierzyć się z okrutnymi kołowrotami wielkiej historii. O ile dzień wcześniej, w czasie Ha*l*tu, padło pytanie „tworzyć, czy nie tworzyć”, o tyle Światło w ciemności dało wyraźną odpowiedź twierdzącą. Ciekawe wyszło porównanie spotkania z żywymi artystami-ofiarami represji i terroru totalitaryzmu oraz uczestnictwa w seansie spirytystycznym następnego dnia festiwalu. Jak się okazuje, artystów poległych z palmą męczeństwa o wiele prościej jest umieścić, podporządkować retoryce, wymowie i tezie. Żywi artyści nie byli aż tacy wygodni i elastyczni. Wizją reżysera wydawało się opowiedzenie historii pokolenia poetów ich własnymi słowami. Zdecydowana większość wypowiedzi aktorów to wiersze zamordowanych artystów. O ile jednak idea była szczytna, wykonanie i forma przysporzyło problemów – jak to z poezją na scenie bywa. Spektakl stracił na płynności, zmieniając się w sekwencję scen, często deklamowanych. Teatr Tutejszy można jednak pochwalić za dobór zaprezentowanych wierszy. Była to bowiem opowieść o terrorze prześladowań zaprezentowana za pomocą wierszy zupełnie na to niewskazujących. Dominowały młodość, wiosna, sielankowość i wola życia. Poeci okazali się dzięki temu niesamowicie bliscy i ludzcy, zdjęci z cokołu męczenników. Spektakl białoruskich artystów-emigrantów wyróżniał się jednak na tle pozostałych przedstawień poziomem artystycznym oraz świadomością formy. Reżyser i jego trupa powinni się jednak skupić na dopracowaniu elementów przedstawienia, ponieważ sam zamysł z pewnością jest ciekawy.
fot. Bartek Warzecha
Zmierzając do podsumowania, należałoby wykazać kilka zbieżności, podobieństw tematów czy form. Zdecydowanie dominował nowy teatr formy – i to na wysokim (choć nie zawsze równym) poziomie. Białostoczanie mieli okazję zobaczyć na lokalnych scenach coś nowego, świeżego i odkrywczego. Miejmy nadzieję, że ów powiew świeżości oraz nowości będzie się dało odczuć również po festiwalu i nie pozostanie on jedynie sentymentalnym westchnieniem recenzenta.
Niemal zapomniałem o Wielkim Nieobecnym – Rosji. Wątek rosyjski pojawiał się w przedstawieniach aż nazbyt często. Rosja była obecna, chociaż nieproszona. Warszawska Nastia Władimira Sorokina (reżyseria Jury Dzivakova) otwierająca podlaskie spotkania teatralne została jej niemal całkowicie poświęcona; Mewa to przecież komedia rosyjskiego pisarza; Ha*l*t nie powstałby bez agresji Rosji na Ukrainę; Światło w ciemności również, gdyby nie czystki NKWD na Białorusi. To przerażające, ale i dające do myślenia, jak przemożny wpływ ma rosyjskie imperium na kulturę wschodnich peryferii Europy, którą reprezentowały tegoroczne przedstawienia.
Inną ciekawą zbieżnością spektakli zaprezentowanych na VII edycji festiwalu Kierunek Wschód była obecność bardziej lub mniej przetworzonej klasyki. Czechow, Shakespeare, Boccaccio gościli na białostockich scenach – i bardzo dobrze. O wiele więcej było jednak odniesień do aktualności, do tego, co jest obecnie. A co jest obecnie? Jak się okazuje lęk, trwoga, niepewność. Owe niepokoje charakterystyczne są wszak dla przestrzeni liminalnych, do których zdecydowanie można zaliczyć Podlasie. Paradoksem jest, że Wielka Historia dociera najpierw na peryferie, a dopiero potem – już przetworzona – do centrum. Dobrze było więc być świadkiem autentycznych reakcji na Wielką Historię, które przekute zostały w przedstawienia wchodzące w skład VII edycji Kierunku Wschód.