
„Jestem coraz bardziej zafascynowany opowiadaniem historii” – wyznaje Jan Lauwers w rozmowie z Piotrem Dobrowolskim (Chcę zniknąć, http://teatralny.pl/rozmowy/chce-zniknac,2425.html). I rzeczywiście, oglądając wyreżyserowany przez Lauwersa spektakl Wojna i terpentyna, ulegamy czarowi narracji. Przedstawienie zostało przygotowane na podstawie powieści flamandzkiego pisarza Stefana Hertmansa noszącej w oryginale tytuł Oorlog en terpentijn. Książka wydana w 2013 dość szybko wzbudziła zainteresowanie czytelników, także tych spoza niderlandzkiego obszaru językowego. W kolejnych latach od Afryki po Japonię zaczęły ukazywać się jej tłumaczenia. Przekładu na język polski dokonała Alicja Oczko, a ogłoszony został w 2015 przez wydawnictwo Marginesy.
Powieściopisarz przedstawił w Wojnie i terpentynie historię swojego dziadka, odtworzoną na podstawie odziedziczonych po nim dzienników. Powołaniem Urbaina Martiena jest twórczość malarska, ale życiowe okoliczności co i raz zmuszają go do wcielania się w inne role. Ubóstwo skłania go do podjęcia ciężkiej i wyniszczającej pracy w stalowni, a historyczne zdarzenia powodują, że w czasie pierwszej wojny światowej musi wyruszyć na front. Pełne dramatycznych momentów jest również jego życie osobiste. Cień na nie rzuca przedwczesna śmierć ojca, a już po wojnie epidemia hiszpańskiej grypy, na skutek której odchodzi także jego ukochana. Pogodzony z losem ostatecznie poślubia niekochaną siostrę zmarłej i skupia się na malarstwie, oddając się kopiowaniu dzieł wielkich mistrzów.
W przedstawieniu wyreżyserowanym przez Jana Laurensa z jego grupą Needcompany najważniejszą osobą na scenie jest Viviane de Muynck. Dojrzała belgijska aktorka, stanowiąca główną siłę wykonawczą zespołu, warsztat zdobywała pod opieką Jana Decorte’a, a z czasem stała się jedną z najważniejszych w Belgii artystek, grających zarówno na scenie, jak i w produkcjach filmowych. Biorąc pod uwagę jej wszechstronne uzdolnienia, nie powinniśmy się dziwić, że posługuje się pięcioma językami. Obok niderlandzkiego są to: francuski, hiszpański, niemiecki i angielski. W tym ostatnim zagrano w Poznaniu omawiany tu spektakl. Wcielając się w postać Narratorki, Muynck bierze na siebie główny ciężar przedstawiania opowieści. Jej słowa i jej fizyczność dominują w przedstawieniu. Snuta narracja oczarowuje tembrem jej głosu i tym urzekającym „r”, które mimo swobody w posługiwaniu się angielszczyzną, zdradza, że nie jest to jej język ojczysty. Z kolei przyjęta przez Lauwersa konwencja przedstawienia ukazuje nam warsztat i świetną kondycję aktorki. Spektakl bowiem wyreżyserowany jest w ten sposób, że Narratorka jest jedyną pierwszoplanową personą. Pozostałych dziesięcioro aktorów jedynie uzupełnia wykonywany przez nią monodram, ilustrując czy wizualizując przywoływane przez nią sytuacje. Ich działania w wielu scenach przybierają formę typową dla teatru tańca bądź ruchu. Artyści ci pojawiają się albo w głębi sceny, albo z jej boku, rzadko wkraczając na proscenium. Trzech z tych „drugoplanowych” aktorów wykonuje na żywo muzykę (Alain Franco gra rolę Generała, a zarazem gra na fortepianie, Simon Lenski jest Kapelanem, ale i wiolonczelistą, a George van Damme występuje jako Żołnierz i skrzypek). Świetnie zaplanowana przestrzeń i scenografia to dzieło reżysera prowadzącego artystyczne poszukiwania w obszarze różnych sztuk wizualnych. Na proscenium oglądamy spokojne wnętrze należące do Narratorki (dywan o ciepłych barwach i rzeźbiony stolik). Z prawej umieszczono pracownię Martiena (w spektaklu jest on ojcem Narratorki). Widzimy tu niewielką, zagraconą blejtramami przestrzeń, w której tle znajduje się szafa z albumami. W głębszej części sceny dekoracje zmieniają się, przedstawiając, już to stalownię (symbolizuje ją metalowa konstrukcja), już to pole walki (zawieszone z tyłu wielkie drewniane płyty mogą skojarzyć się z umocnionymi ścianami okopów). Jako miejsce umierania kolejnych postaci posłuży białe, szpitalne łóżko. Niepokojące wrażenie wywrze ruchomy podest, na którym w scenach wojennych wystąpią instrumentaliści. Nie dość, że przyozdobiony zostanie obrazem przedstawiającym ludzką czaszkę, to i sam jego kształt zdaje się ją przypominać.
Okropieństwa wojny zostały w spektaklu ukazane przy pomocy różnorakich znaków. Obok przywołanych przed chwilą symboli wprowadzono również motyw uderzania w stanowiące dekoracje płyty, co w sferze akustycznej przywołuje odgłos wystrzałów. Najsilniejsze jednak wrażenie robią zwykłe komentarze, przypominające o udręce życia w błotnistych okopach, w nieznośnym smrodzie, z tyłkiem piekącym od uciążliwej biegunki czy ze zranionym o zasieki palcem.
Obok wizji bitewnych istotną rolę w przedstawieniu odgrywają oczywiście obrazy malowane przez głównego bohatera (Martiena gra Benoît Gob) bądź dzieła wielkich mistrzów. Twórcy przedstawienia całą tę sferę potraktowali z urokliwym przymrużeniem oka. Kiedy Muynck opowiada o Wenus Velazqueza, aktorzy nerwowo zaczynają szukać odpowiedniej reprodukcji w szafie, aby, wreszcie ją wydobywszy, ustawić naprzeciw kamery. Kiedy później mowa o najwybitniejszym rzekomo dziele Martiena, naszym oczom ukazana zostaje dość wątpliwej jakości podobizna De Muynck. Wreszcie, gdy na scenie pojawią się obrazy przedstawiające zwierzęta, będą one w komiczny sposób animowane przez aktorów umieszczających ręce w odpowiednio spreparowanych otworach. I tak zagięty palec posłuży jako świński ogonek, a cała dłoń jako kozie wymiona. Rzecz ciekawa, że z powagą zostały potraktowane szkice, których powstawanie możemy oglądać w formie projekcji. Na żywo rysuje je aktor grający malarza.
Doceniając pracę wszystkich artystów (wymieniłbym tu jeszcze Grace Ellen Barkey jako Anioła Historii), muszę jednak stwierdzić, że na największe uznanie zasługuje dźwigająca ciężar całego przedstawienia Viviane de Muynck. Wyposażona w doskonały warsztat monodramistki po prostu hipnotyzuje widownię. Bez problemu wywołuje wśród publiczności gwałtowne zmiany nastroju. Dla większego zaintrygowania wyprowadza w pole, aby po chwili zaskoczyć nas jakimś zwrotem w narracji.
Spektakl przygotowany przez zespół Needcompany wywiera silne wrażenie. Wpływ na to ma przedstawiana opowieść, choć znaczenie ma też odpowiedni sposób jej snucia. Przedstawione na scenie zdarzenia składają się w obraz pełnego nadziei i rozczarowań ludzkiego losu, napiętnowanego wojną i nieszczęściami. (W polskiej literaturze dziełem o podobnym nastroju są bez wątpienia Noce i dnie Marii Dąbrowskiej). W omawianym spektaklu istotnym wymiarem wydaje się jeszcze walka o tożsamość, co w jakiś sposób sygnalizuje już sam tytuł, wskazujący na rozdwojenie bohatera pomiędzy rolami żołnierza i artysty. Ale ów motyw tożsamości wprowadzony zostaje w jeszcze inny sposób. Kiedy Urbain Martien wcielony zostaje do armii, przełożeni przekręcają po francusku jego nazwisko, lekceważąc niderlandzką wymowę. Tym większe więc wrażenie robi scena finałowa, kiedy Narratorka opowiada, jak jej zmarły ojciec dobija się do niebios. Święty Piotr, znalazłszy wreszcie nazwisko w spisie odznaczonych, upewnia się po francusku: „Starszy sierżant sztabowy Marsię?”. Główny bohater zaś ze spokojem odpowiada: „Martien, panie komendancie”.
Oorlog en terpentijn (War and Turpentine) według Stefana Hertmansa, reż. Jan Lauwers, Needcompany, prem. 7 XII 2017 w Antwerpii; pokazy w ramach Malta Festival Poznań 22–23 VI 2018
Ilość wpisów archiwalnych: 90