
Resztki, reżyseria Ewelina Marciniak, Teatr Wybrzeże w Gdańsku.
Ulepić przeszłość ze skrawków pamięci, wypełnić kolorem wyblakłe barwy wspomnień, nasycić dźwiękiem echa dawno wypowiedzianych słów. Stworzyć świat z tytułowych resztek tożsamości, wdrukowanych głęboko i pulsujących w alternatywnym krwiobiegu, którego istnienie powoduje „zasklepienie postaci w czasie dokonanym”, uwikłanie w samoreprodukującym się cyklu. Te cele postawiła sobie i aktorom Teatru Wybrzeże Ewelina Marciniak, realizując somnambuliczny spektakl anektujący widza zarówno siłą plastycznej wizji, jak i sprawnością opowiadania pięknej, ważnej i niezwykle smutnej historii.
Resztki powstały jako sprawna kompilacja wybranych wątków stanowiącej oś przedstawienia znakomitej prozy Mikołaja Łozińskiego Stramer, dwóch opowieści Winfrieda Sebalda z tomu Wyjechali, a także dopisań dramaturga Jarosława Murawskiego. Całość układa się w historię o utraconej tożsamości, tęsknocie za potencjalną paralelną linią życia, której tok przerwała wielka historia i – w wymiarze jednostkowym- związane z nią nieodwołalne w skutkach decyzje. Realizatorzy spektaklu stanęli przede wszystkim przed niezwykle ambitnym zadaniem adaptacji scenicznej wielowątkowej powieści Łozińskiego. Próba przełożenia na deski teatru linearnego porządku narracji Stramera z uwzględnieniem wszystkich wątków i motywów z góry skazana byłaby na porażkę, co udowodnił w tym sezonie Marcin Hycnar, realizując spektakl dyplomowy studentów warszawskiej Akademii Teatralnej. Wybór poszczególnych epizodów i niektórych postaci, na jaki zdecydowała się Marciniak, wydaje się zatem artystyczną koniecznością. Resztki to opowieść, którą widzowie poznają przez pryzmat wspomnień Róży (Dorota Kolak), ocalałej z Holocaustu córki Rudka (Piotr Biedroń) oraz wnuczki Natana (Piotr Chys) i Rywki (Magdalena Gorzelańczyk) Stramerów.

Róża to jednocześnie dojrzała kobieta siedząca w kawiarni, jak i siedmioletnia dziewczynka, której podczas wojny odebrano rodzinę i tożsamość. Tragiczny bagaż pamięci i uwikłanie we własne dzieciństwo spowodowane nieprzepracowaną traumą zbliża ją do przejmującej Mirandy (Wanda Siemaszko) ze spektaklu Teatru Żydowskiego Burza. Pomiędzy w reżyserii Damian Josefa Necia.
Smak jagodzianki, niczym proustowska magdalenka, pozwala Róży odbyć mentalną podróż ku światu, w którym karmiono ją pączkami z różą, a w pełnym zgiełku mieszkaniu na tarnowskiej ulicy Goldhammera oczekiwało się na listy wuja Bena z Ameryki. Świat ten jej wyobraźnia tworzy z nicości (dominująca w scenografii biel), wypełnia jego puste miejsca barwnymi postaciami krewnych, ale także bohaterów opowieści Sebalda. Przywołana przez nią rzeczywistość ma charakter nieciągły, fragmentaryczny, utrzymana jest w estetyce rewii, co dodatkowo eksponuje oniryczny charakter spektaklu. Postaci wchodzą z sobą w interakcje, wygłaszają kwestie tych, dla których na scenie zabrakło miejsca (na przykład Wela, Mieczysław), zwracają się do widzów, przełamując nie tylko barierę czwartej ściany, ale też momentami gorset odgrywanej roli. Nadaje to spektaklowi pewnej lekkości, pozwala rozładować sceniczne napięcie i uniknąć ryzyka ewokowanego tematem patosu.
Niestety, dokonując niezbędnych skrótów, nie uniknięto błędów dramaturgicznych, nielogiczności, a także nadmiernych uproszczeń konstrukcji postaci, prowadzących niekiedy aż do zupełnego ich oderwania od intencji Łozińskiego. Nielogiczne i niepotrzebne jest zastąpienie występującej w tekście polskiej niani Róży, która wyprowadza ją z getta, postacią żydowskiej babci. Zamiana ta nie ma żadnych konsekwencji ani nie znajduje uzasadnienia w dramaturgii. Niejasne jest, dlaczego siedmioletnia Róża nie wspomina swej matki – Ruth, a jedynie kochankę ojca (Magdalena Boć), dlaczego jej dziadkowie przyjmują postać i zachowanie trzydziestolatków i nie różnią się w istocie wiekiem i zachowaniem od ojca i ciotki (Katarzyna Dałek). Bardzo uproszczona w konstrukcji jest postać Rudka, sprowadzona w spektaklu w głównej mierze do roli amanta dzwoniącego do swej kochanki. Usuniecie z akcji scenicznej jego młodszych braci, o których zwykł się troszczyć, przemilczenie tego, że był podporą rodziny powoduje, że widzowie nieznający powieści mogą mieć kłopot z interpretacją motywacji bohatera. Imponująca scena, w której Piotr Biedroń, konfrontując się z własną słabością, znakomicie odgrywa rozpacz, staje się nieczytelna dla wszystkich, którzy nie wiedzą, że aktor oddał całą złożoność literackiego bohatera, pełnego wewnętrznej siły.

Najdziwniejsza jest jednak koncepcja postaci Rywki. U Łozińskiego wyciszona, refleksyjna, bezgranicznie oddana rodzinie w spektaklu jawi się jako trzpiot, na co nie sposób znaleźć uzasadnienia. Niejasne jest także, dlaczego Marciniak i Murawski, rezygnując z wielu istotnych postaci, wprowadzili na scenę Botwinę (Jacek Labijak), bardzo epizodycznego bohatera jednego z opowiadań Sebalda.
Niedociągnięcia dramaturgiczne skutecznie maskują aktorzy, których brawurowa gra pozwala widzowi wyłączyć aparat analityczny i bezkrytycznie dać się porwać opowiadanej historii. Wszystkie postaci zbudowane zostały bardzo starannie, wyraziście, każda z nich emanuje nie tylko odrębnym kolorem kostiumu, ale też zróżnicowaną energią. Na uznanie zasługują umiejętności warsztatowe – bezbłędna dykcja i impostacja, nawet po wysiłkowych sekwencjach choreograficznych. Dorota Kolak ani na chwilę nie pozwala zapomnieć widzowi, że to wizje jej bohaterki kreują świat przedstawiany. Fenomenalnie gra jednocześnie dojrzałą kobietę z bagażem doświadczeń i pełną dziecięcej radości dziewczynkę. Patrzy na rzeczywistość ze świadomością nieuchronnego i naiwną nadzieją, że wyobraźnia dysponuje siłą zmieniania przeszłości.
Magnetyzującą, złożoną i pełną witalności postać stworzyła Katarzyna Dałek. Imponuje wrażliwością. Odgrywana przez nią Rena rozpaczliwie poszukuje miłości i gotowa jest zapłacić za nią każdą cenę. Uderza także wiarygodność, z jaką Dałek odgrywa nie tylko narrację, ale i sceny metateatralne, na przykład opowieść o tym, jak szukała odgrywanej przez siebie postaci.

Piotr Biedroń w pełnym skupieniu i z wyjątkową atencją prowadzi sceniczne interakcje. Aktor, dysponujący bogatym instrumentarium, demonstruje szeroką skalę emocji – od lekkości towarzyszącej flirtowi, przez przejmującą scenę rozpaczy aż do eskalacji ekspresji wyrażonej krzykiem. Każda z tych emocji budowana jest starannie i wyraziście, co nadaje im moc przekonywania.
Napięcie dramatyczne spektaklu umiejętnie budowane jest w scenach werbalnych, natomiast jego wewnętrzna dynamika zdecydowanie spada w zbyt długich sekwencjach choreograficznych w układzie Dominiki Knapik. Pierwsza z nich znajduje wprawdzie semantyczne uzasadnienie – postaci symulują czynności pakowania, towarzyszące im dreszcze i drgawki wynikające z wewnętrznego sprzeciwu, wyparcia czynności, którą zmuszone są wykonywać. Pozostałe, szczególnie rzekome danse macabre, wprowadzają zbędny chaos w świat znaczeń przedstawienia. Wspaniała jest natomiast scena, w której postaci ustawiają się do fotografii. Obiektyw zdaje się jednocześnie je zabijać i unieśmiertelniać.

Klimat spektaklu buduje w dużej mierze muzyka. Odpowiada za nią odgrywający postać Paula (nauczyciela z opowiadania Sebalda) i znakomicie grający na klarnecie Wacław Zimpel. Katarzyna Dałek przejmująco wykonuje utwór Give Me a Reason to Love You grupy Portishaed oraz pełne emocji wokalizy, a Piotr Biedroń nostalgicznie śpiewa Już nie zapomnisz mnie z repertuaru Aleksandra Żabczyńskiego.
Scenografia Grzegorza Layera i Eweliny Marciniak zachwyca wyrazistością bieli, której płaszczyzna w niemal reliefowy sposób eksponuje postaci w wielobarwnych kostiumach Natalii Mleczak. Bardzo trafionym pomysłem jest wycięte w tej płaszczyźnie koło. Przez nie z niebytu na scenę wkraczają postaci, panująca za nim pustka ewokuje nicość, królestwo Hadesu. Nie do końca zrozumiałe jest natomiast zawieszenie nad sceną kabli, które w pewnym momencie zaczynają świecić, oraz wiszącego do góry nogami odlewu głowy Doroty Kolak. Rekwizyty te nie zostały należycie ograne i racja ich scenicznej obecności sprowadza się właściwie do współtworzenia onirycznego charakteru spektaklu.

Ważną rolę odgrywają projekcje wideo. Niektóre z nich ukazują stare zdjęcia, co współgra nie tylko z eksploatowanym przez twórców przedstawienia fenomenem pamięci, ale także bezpośrednio odnosi się także do powieści Łozińskiego i opowiadań Sebalda, w których fotografie odgrywają kluczową rolę w procesie dokumentacji wspomnień. Pozostałe filmy rażą natomiast nadmierną dosłownością i abiektalnością, kontrastującymi z wizyjnością akcji scenicznej.
Ewelina Marciniak, etatowa reżyserka gdańskiego Teatru Wybrzeże, od dłuższego czasu tworzyła poza Trójmiastem. Jej spektakle zachwycały również widownię warszawską, poznańską i gnieźnieńską. Znaczące sukcesy odnosiła także na scenach teatrów niemieckich. Cieszy zatem, że znów mogła się skonfrontować z gdańską publicznością, mającą w pamięci między innymi jej znakomity Portret damy.
Resztki mają niezwykły potencjał zawładnięcia wyobraźnią. Wszakże, cytując Różę, „słowa mogą produkować obrazy”, a te – wyraziście kreowane – zakotwiczają się w świadomości widza tak dalece, że trudno mu opuścić wyznaczony przez Marciniak krąg pamięci. Bohaterowie spektaklu powracają, by na nowo przywdziać kostiumy i odegrać raz jeszcze tę samą historię. By celebrować własne „kiedyś”, by po raz kolejny „zatrzymać świat siedmioletnia stópką”.
Resztki na motywach Stramera Mikołaja Łozińskiego i Wyjechali W.G. Sebalda. Adaptacja i dramaturgia: Jarosław Murawski; reżyseria: Ewelina Marciniak; scenografia: Grzegorz Layer i Ewelina Marciniak; kostiumy: Natalia Mleczak; muzyka: Wacław Zimpel; choreografia: Dominika Knapik. Teatr Wybrzeże w Gdańsku, premiera 22 października 2021.