Kalina Zalewska / PO REWOLUCJI

Wolny Chór, fot. K. Jabłońska

Siódmy Festiwal Filmów Białoruskich „Bulbamovie” odbył się w listopadowy weekend 2021 w warszawskim kinie „Iluzjon”, poniekąd w zastępstwie mińskiego festiwalu „Listopad”, który w tym roku prezentował kinematografię rosyjską zamiast białoruskiej. Warszawski przegląd natomiast obejmował pokazy filmowe, koncerty i dyskusje o sytuacji tej kultury, a obecni na nim byli zarówno goście z Mińska, jak i emigranci z kraju Aleksandra Łukaszenki, próbujący ułożyć sobie życie w Polsce albo na Ukrainie.

Białoruskie przemiany przypominają polski rok 1980 i następującą po nim dekadę. Mury wylansowane przez Jacka Kaczmarskiego, symbol tamtych czasów, powracały w prezentowanych filmach. Hiszpańska pieśń, pisana jako ostrzeżenie przed konsekwencjami buntu, spełniła i… najwyraźniej spełnia rolę odwrotną. Mimo tych podobieństw, jasno też widać różnice. Podkreślana jest rola kobiet, które stały się twarzą białoruskiej rewolucji, przede wszystkim dzięki Swietłanie Cichanouskiej. W prezentowanym obrazie Białoruś. Początek Fiodora Bogomołowa, opowiadającym o kandydatce na prezydenta, młode kobiety kroczą na czele manifestacji i demonstrując dobrą wolę, obdarowują kwiatami funkcjonariuszy OMON-u. Znaczenie ich postawy jest eksponowane, inaczej niż czterdzieści lat temu. Innym novum jest rola Internetu, który stał się symbolem oporu, najwyraźniej w zastępstwie podziemnych wydawnictw (reżim Łukaszenki zamknął stronę tut.by, która miała kilka milionów czytelników). Jest to też młoda rewolucja – robią ją przede wszystkim ludzie przed czterdziestką, choć podziały przebiegają ze względu na poglądy, a nie na wiek.

Maksim Szwed, fot. K. Jabłońska

Widać je dobrze w obrazie Trasa zmieniona Maksima Szweda, który opowiada o Białorusi w przeddzień prezydenckich wyborów 2020, filmując klientów dwojga taksówkarzy – mężczyzny, który jest przeciwnikiem Łukaszenki i kobiety będącej jego zwolenniczką. Reżyser pozwala mówić bohaterom, prowokowanym przez swoich szoferów, prezentując paletę społecznych postaw. Pokazuje oblicze społeczeństwa, które wykształciło rozmaite formy wykładni dziejów, by pogodzić dramatyczny rozziew między tym, co się komunikuje oficjalnie, a tym, co się dzieje faktycznie, ale i tych, którzy całkowicie odrzucili państwową propagandę. Podczas sierpniowych manifestacji, w których uczestniczy taksówkarz, Maksim Szwed filmuje młodych żołnierzy OMON-u, którzy widząc kamerę zasłaniają twarze, co też jest przejawem podwójności standardów.

Znakiem firmowym tego reżysera jest lekkość podania tematu, dystans i poczucie humoru. Taki charakter ma także jego drugi film, Czysta sztuka. Obserwujemy tu młodego malarza Zahara Kudzina, podróżującego przez Mińsk z własnym płótnem. Zahar ustawia je w rozmaitych punktach miasta i z zapałem maluje kolorowe prostokąty, powołując się na Kazimierza Malewicza i prowokując reakcje obserwatorów. Równolegle reżyser pokazuje kobiety ze służb porządkowych, zamalowujące niepożądane hasła pojawiające się na murach miasta, w wyniku czego powstają inne prostokąty.

Zahar Kudzin, fot. TV Biełsat

Czysta sztuka to zatem zapis swoistego street artu, tyle że Kudzin maluje z potrzeby ducha, a kobiety z polecenia. Klimat filmu kojarzyć się może nad Wisłą z etiudą Romana Polańskiego Dwaj ludzie z szafą, delikatnie obśmiewającą rzeczywistość PRL. Wędrując przez Mińsk oglądamy bowiem dialog władzy ze społeczeństwem: monstrualne hasła propagandowe i potężne siedziby państwowych instytucji, wyglądających jak twierdze oraz zamalowywane hasła, wyrażające nadzieje ludzi zamieszkujących szeregi identycznych mrówkowców. Życie dopisało do filmu tragiczną puentę – z końcem 2020 roku Zahar Kudzin popełnił samobójstwo. Czysta sztuka to dziś także dokument o nim. O pełnym życia młodym malarzu, z burzą jasnych włosów, który pewnego dnia skoczył z wieżowca.

Atrakcją festiwalu był, wyprodukowany w tym roku, film Andreia Kutsily Gdy kwiaty nie milczą, który niecały miesiąc wcześniej zdążył wygrać Warszawski Festiwal Filmowy. Jego bohaterkami są dwie kobiety. Jedna pielęgnuje męża, który został ostrzelany i porusza się na wózku, a ich samochód nosi ślady tych kul. Mężczyzna wyjeżdża z kraju, by ratować zdrowie, ona zostaje z małymi dziećmi w jednym z wieżowców Mińska, popadając w rodzaj odrętwienia. Rodzi się bowiem pytanie co dalej. Inna młoda kobieta, pobita na manifestacji, któregoś dnia postanawia wziąć udział w następnej, a kamera pokazuje jej twarz, kiedy przełamuje strach i przyłącza się do innych. Kutsila jest blisko swoich bohaterek, stara się zajrzeć im w oczy, kiedy przekraczają rozmaite granice, zobaczyć ile je to kosztuje. Żadna z nich nie jest zawodową aktorką, obie odegrały przed kamerą własny los. I obie w ślad za reżyserem zdecydowały się na emigrację. O wadze filmu decyduje talent Kutsily, który w tym, co wspólne doskonale odnalazł osobisty ton, prezentując prywatne oblicze białoruskiej rewolucji. Jego film jest polską produkcją, powstałą pod egidą TV Biełsat.

Bohaterką innego obrazu Kutsily, Uścisków twoich mi potrzeba, jest sparaliżowana kobieta, którą opiekuje się niedołężna matka, sama wymagająca pomocy. Obie żyją na zapadłej wsi, a uroki natury i wiersze bohaterki, która, pokonując ogromne trudności, zrealizowała swoje marzenie i została poetką, odgrywają tu sporą rolę. To opowieść o triumfie ducha nad materią. O losie, który był dla kobiety okrutny, ale nie złamał jej charakteru. Właściciel gospodarstwa żyjący wśród przyrody, pojawia się także w Paradzie planet Zoi Kotowicz. Reżyserka opowiada, jak białoruska rewolucja dociera na wieś, a bohater uznaje ją za własną.

Epitafium Wiktara Aśliuka, najbardziej uznanego białoruskiego dokumentalisty, niemal w całości rozgrywa się na zaniedbanym cmentarzu. To jedyny obraz, który tak wyraźnie akcentuje rolę pamięci i przeszłości. Kamera pokazuje twarze na nagrobnych medalionach, jakby chciała odgadnąć ich los. Nawet te, specyficzne przecież, zdjęcia zdradzają jakiś inny świat, w którym żyli zmarli. Zapomnianą przeszłość? Nieznane korzenie? W końcowych kadrach widzimy, jak w oddali zapalają się światła miasta, a porosły zielskiem cmentarz okazuje się leżeć na jego skraju. Nagrobne lampki zlewają się ze światłem miejskich bloków. Następuje przedziwna komunia: zmarli są blisko, należą do tego samego świata, co żywi. Film Aśliuka ma podobny sens, co scena ze Snu o Bezgrzesznej Jerzego Jarockiego (1979). Aktorzy Starego Teatru w Krakowie prezentowali wówczas widzom zdjęcia swych przodków i należące do nich przedmioty, by opowiadać widzom o pamięci i przeszłości, tej najbliższej, rodzinnej, od której zaczyna się także wszelka inna.

Na festiwalu zaprezentowano także II Wlady Senkowej, a w jednej z debat brała udział Mara Tamkowicz, która kręci obecnie film w Polsce (białoruskimi artystami, oprócz Biełsatu, opiekują się Szkoła Wajdy i Gdyńska Szkoła Filmowa). Obraz Senkowej to przede wszystkim dobrze wymyślona i napisana historia. O licealistce, która staje w obronie homoseksualisty, prześladowanego przez szkolnych kolegów, a następująca fala wydarzeń odsłania rzeczywiste intencje uczniów, nauczycieli i rodziców. Stosunek do geja jest tu jednym z wielu problemów; film jest odważny, ale unika sztampy i politycznej poprawności. Rozegrany w dobrym tempie, z dobrze prowadzonymi i grającymi aktorami, zaskakuje poziomem wypowiedzi.

Od lewej: Dzmitry Dziadok, Mara Tamkowicz, Wlada Senkowa, Mikałaj Laureniuk, fot. K. Jabłońska.

Ciekawą osobowością jest Dzmitry Dziadok, młody reżyser dwóch etiud fabularnych Szczere spojrzenie i Dima. Pierwsza opowiada o stanie białoruskiej kinematografii – jej inspiracjach (Andriej Tarkowski) i jej realnych możliwościach (siedziba młodych filmowców znajduje się w piwnicy, poszukują kostiumów na śmietniku, a podczas zdjęć na reżysera i aktorów pada deszcz). Można uznać, że to sztubacki żart, można, że ironiczny komentarz do sytuacji artystów. Dima z kolei prezentuje prostego, ubogiego złodzieja, który przekonuje o swojej uczciwości. Spowiedź odsłania jednak jego powinowactwa ze złem, a zarazem jasną świadomość istnienia Boga. Jak u bohaterów Dostojewskiego.

Białoruska kinematografia wypowiada się poprzez dokumenty, filmowcy właśnie w ten sposób towarzyszą społeczeństwu (na festiwalu fabułę reprezentował film Senkowej i obie etiudy Dziadoka). To odróżnia białoruskie kino od naszego (choć po Sierpniu w kinach masowo oglądano dokument Robotnicy’80, a fabularny Człowiek z żelaza w pewnym sensie ilustrował przełomowe wydarzenia). Jednak bez względu na formę – problematyka poruszana w tych i tamtych filmach i spektaklach bywa podobna. Najistotniejszą zmianą, jak zaszła w ostatnim roku, jest pojawienie się artystów-emigrantów, którzy próbują realizować się poza Białorusią (zjawisko znane nam z lat osiemdziesiątych, by wspomnieć los Ryszarda Bugajskiego). Jedną z nich jest Anastazja Szpakouskaja, osiadła w Kijowie, która dała koncert własnych piosenek. Akompaniujący jej Aleksiej Worsoba mieszka w Warszawie. Także Wolny Chór śpiewający w maskach, bo większość wykonawczyń wracała do ojczyzny – to duże przeżycie. Być może ci, którzy wracają, i ci, którzy wybrali emigrację, będą spotykać się w Warszawie na „Bulbamovie”. Festiwal Janusza Gawryluka wrócił do stolicy po pięcioletniej przerwie i oby tu pozostał, bo właśnie teraz ma do spełnienia ważną rolę.

Od lewej: Irena Kociałowicz, Piotr Dudanowicz (zastępca dyr. Festiwalu) i Maksim Szwed, fot. K. Jabłońska.