
„Na granicy podajemy sobie ręce i, obejmując się przed kamerami, rozmawiamy o współpracy. Tak wyglądają nasze relacje na poziomie oficjalnym. Ale co tak naprawdę o sobie wiemy?” – tymi słowami słowacki pisarz, Ján Púček, zaczął swoją rekomendację mojego projektu dla Funduszu Wyszehradzkiego. Dostrzegł przy tym, że zarówno Polacy jak i Słowacy, nie potrafiliby pewnie wymienić choć kilku pisarzy z drugiego kraju, choć przecież teoretycznie państwa te są sobie bliskie. Wychwalamy to, co wspólne, tyle, że to wspólne, to góry i… góry, bo o niczym więcej nie wiemy. Prawdą jest niestety, że się nie znamy i za bardzo poznać nie chcemy. Mam znajomych, którzy regularnie „żartują” słowami: „Nie istnieje żaden znany Słowak”. A kiedy przed przyjazdem do Bratysławy pytałam ludzi, co ich interesuje w Słowacji, wszyscy odpowiadali zgodnie: „Wiesz, nic”. Jeden pan w słowackiej księgarni powiedział mi kiedyś, że to trochę niewiarygodne, że Polacy i Słowacy są sobie tak bliscy, a tak się wzajemnie ignorują. Prawda?
Mówi się, że Polska i Słowacja, to kraje, które co prawda stoją razem na górskiej grani, ale zwrócone do siebie plecami. Te wszystkie obserwacje, oprócz prywatnej ciekawości, powodowały mną, gdy wymyślałam, że będę pisać o Słowacji, wplatając w teksty słowackich klasyków (oczywiście nie umknęłam „zabawnemu” pytaniu: „To Słowacy w ogóle mają klasyków”?). Myślałam sobie cytatem z Lao Che: „język obcy to wiedza o społeczeństwie”, mając poczucie, że znajomość języka to dopiero początek. Że dopiero teraz mam szansę poznać kraj, ludzi i ich kulturę. A skoro poznać, to może też o tym opowiedzieć.
Pamiętam dzień, w którym postanowiłam nauczyć się języka słowackiego. Nie miałam właściwie żadnego planu ani celu, wiedziałam tylko, że zachwyca mnie jego brzmienie. Kiedy trzy lata później kupiłam sobie książkę po słowacku, czułam tak ogromną dumę, że nie potrafiłam się skupić na czytaniu. Oto ja czytam książki słowackich autorów, napisane w języku, który miał być tylko hobby, z którego nauki wszyscy śmiali się słynnym już dialogiem: – Uczę się słowackiego – Juliusza?
Zachwyt samą sobą minął mi oczywiście dość szybko. Zrozumiałam natomiast, jakie otworzyły się przede mną możliwości! Dokładnie o tym samym powiedział mi kolega Słowak uczący się polskiego. Okazało się, że w czasie, w którym różni ludzie spędzają popołudnia w Instytucie Słowackim w Warszawie – inni spędzają je w Instytucie Polskim w Bratysławie. Kiedy spytałam, dlaczego zaczął się uczyć polskiego powiedział: „Żebym nie był uzależniony od tego, czy ktoś przetłumaczy do słowackiego polskich autorów”. Pewnie są potrzebniejsze języki niż słowacki czy polski. Ale właśnie przez to, że trafiają do nas wzajemnie zaledwie strzępki naszych kultur, tych najbliższych sąsiadów nie mamy jak poznać.
W ciągu kilku tygodni, które spędziłam w Bratysławie, spotkałam się z kilkunastoma osobami, od językoznawców i literaturoznawców, po teatrologów i pisarzy. Dzięki nim wszystkim znalazłam ok. 20 cytatów funkcjonujących w języku słowackim, które pochodzą ze słowackiej literatury. Kilka z nich, to cytaty naprawdę powszechne (Kocúrkovo, Ťapákovcy, hladny ako Čenkovej deti, statky-zmätky, človek milion, dva dni v Chujave). Z tej listy nie napisałam tekstu tylko z użyciem słów statky-zmätky (dobra metarialne – nieporozumienia) – to tytuł sztuki teatralnej Jozefa Gregora Tajovského, którego używa się by skomentować sytuacje konfliktu rodzinnego, wywołanego spadkiem czy innymi sporami o majątek. Pozostałe kilkanaście cytatów, to cytaty, których dość powszechnie używają np. dziennikarze, nie zwykli ludzie, ale kontekst jest dla każdego zrozumiały.

Dzięki tym poszukiwaniom nazwiska słowackich pisarzy nie są mi już tak bardzo obce, a tabliczki z nazwami ulic nieco już mi mówią (swoją drogą ciekawy wydaje mi się pomysł, który widziałam np. w Martinie – nazwy ulic zawierają od razu wytłumaczenie, kim był dany człowiek). Mam nadzieję, że choć trochę przyczyniłam się do tego, że coś na linii (nie)poznania się zmieni.
Nas, poznających z błyskiem w oku Europę Środkową, jest może i mało, ale jesteśmy. „Cieszę się, że żyję w środkowej Europie” – mówi do mnie Ivan – Słowak z korzeniami w zachodnich Czechach, z niemieckim nazwiskiem, zafascynowany Ukrainą. „Rozmawiamy w języku środkowoeuropejskim” – śmiejemy się zawsze z Jankiem, kiedy mnie brakuje słowa po słowacku, a jemu po polsku. „To takie nasze esperanto” – dodaje Viera.
Możliwe, że więcej będzie nas dopiero až naprší a uschnie (gdy napada i wyschnie, czyli potocznie – nigdy, w bardzo odległej przyszłości), ale próbować warto. Mam już swoje małe sukcesy. Znajomych, którzy planują wakacje na Słowacji i pochwalili mi się kupionymi przewodnikami. Koleżankę, która mówi: „Chciałam ci powiedzieć, że jadę do Bratysławy”. Szefa, który zamiast do Chorwacji pojedzie do Bojnic. Ale i kolegę Słowaka, który planuje już, jak połączyć zwiedzenie Nikiszowca, Gliwic i zabrzańskiej kopalni.
Nie mówię, że te nasze sąsiednie kraje, to jedyne miejsca warte odwiedzenia. Ale nie są też tymi niewartymi. Zauważmy się! Odwróćmy się do siebie twarzami.


Cykl powstaje podczas rezydencji literackiej w Bratysławie, dzięki stypendium przyznanemu przez Fundusz Wyszehradzki.
Ilość archiwalnych odsłon: 45