
15 maja w szpitalu w warszawskim Międzylesiu zmarła w wieku dziewięćdziesięciu lat Maria Stangret, malarka związana z Grupą Krakowską. Od 1961 była drugą żoną Tadeusza Kantora. Już jako studentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie zaczęła grać w spektaklach powstających w ramach skupiającego plastyków i aktorów awangardowego zespołu Cricot 2. Zadebiutowała w styczniu 1957, jeszcze w kawiarni Domu Plastyków przy Łobzowskiej, w Studni Kazimierza Mikulskiego. Jako Woltyżerka w obcisłym gorsecie z krótką spódniczką prezentowała swą drobną, ale zgrabną sylwetkę. Przy tym jej okrągła, zazwyczaj roześmiana twarz, z krótko przyciętymi włosami, zachowała rysy dziecięce. W inscenizacji W małym dworku Witkacego z 1961 była więc Zosią Nibekówną wraz z siostrą Anielką zamkniętą w metalowym wózku na śmieci. W Wariacie i zakonnicy z 1963 przy stercie składanych krzeseł usiłowała grać przeoryszę Siostrę Barbarę. W Kurce Wodnej, powstałej w 1967, jako Tadzio usadowiona została na wysokim krześle z odsłoniętymi na podbrzuszu genitaliami chłopca. W Szewcach wystawionych w Paryżu w 1972 po francusku, lecz z udziałem członków Cricot 2, pojawiła się dla odmiany jako La fille emballee – zapakowana dziewczyna, a ściślej „kupa łachów” czy „zrośniętych warstw szmacianych”, wydająca „ze siebie jednostajny, zawodzący dźwięk”. W Nadobnisiach i koczkodanach z 1973 natomiast jako Bestia Domestica krążyła z monstrualną łapką na szczury, aby dokonać egzekucji Pana Domu, czyli Pandeusza.
Niewątpliwie jej największym dokonaniem aktorskim była Kobieta z Mechaniczną Kołyską w Umarłej klasie. Miałem piętnaście lat, gdy w czerwcu 1976 udało mi się nie tylko zdobyć bilet na bodaj pierwszy pokaz Umarłej klasy poza piwnicą krakowskich Krzysztoforów, w gotyckim kościele we Wrocławiu, ale jeszcze zająć miejsce na widowni vis a vis Marii Stangret. Grając uczennicę-prymuskę siedzącą w pierwszej ławce, inicjowała ona działania zbiorowe klasy, począwszy od wzniesienia dwóch palców prawej dłoni w górę dla zademonstrowania gotowości udzielenia odpowiedzi. Ponadto ze znakomitą dykcją i sugestywną intonacją wypowiadała kwestie Rozhulantyny z Tumora Mózgowicza. Przeistaczała się w matkę rodzącą na fotelu ginekologicznym przy akompaniamencie stukotu kul poruszających się rytmicznie w kołysce-trumience. Ale też siedząc na stercie szpargałów w podartej koszuli, opluwana przez innych staruszków-uczniów, wyła jidyszową kołysankę Rozhinkes mit mandeln. Stawała się wówczas Żydówką obłąkaną z powodu Zagłady. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że popadła ona w szaleństwo i zasłużyła na pogardę, gdyż zamordowała własne dziecko jak Rozhulantyna, która w sztuce Witkacego wyrzuciła przez okno swego Izydora w pieluchach. Byłem oszołomiony spektaklem Kantora, ale też poruszyła mnie do głębi gra Marii Stangret.
W Wielopolu, Wielopolu z 1980, oglądanym przeze mnie w Warszawie, Stangret grała aż trzy postacie, prezentując już aktorską wirtuozerię. Na plebanii była Ciotką Mańką, dewotką z drewnianym krzyżem, recytującą wersety z Biblii, przede wszystkim opisy Męki Jezusa z Ewangelii i obrazy końca świata z Apokalipsy św. Jana. Ale Mańka Opętana nie tylko przepowiadała katastrofę, gdyż zmieniała tożsamość i przebierała się najpierw w kata, a potem w ofiarę Zagłady. Wychodziła nagle zza szafy paradnym krokiem wojskowym jako Wiadomo Kto w mundurze, płaszczu i czapce niemieckiego generała w kolorze brunatnym, a z jej gardła wydobywał się szwargot przypominający szczekanie psa. W ten sposób Wielopole nawiedzało groteskowe wcielenie Reichsführera-SS – Heinricha Himmlera. W epilogu wyskakiwała nagle jako Rabinek, w ortodoksyjnym stroju z tałesem i z kręconymi pejsami, śpiewający piosenkę z tingel-tanglu zaczynającą się od słów: „Sza sza sza de rebe gait”. Rabinek był rozstrzeliwany wielokrotnie przez Żołnierzy, bo padał na podłogę i podnosił się z pomocą Księdza oraz samego Kantora. Oglądałem trzy razy Wielopole i zawsze w momencie, gdy żydowskie zawodzenie podrygującego Rabinka, „oj oj oj oj oj”, zagłuszała salwa z karabinu maszynowego, przeszywał mnie dreszcz.
W Niech sczezną artyści z 1985 jako Wiadomo Kto, czyli Józef Piłsudski w szarym mundurze siedzący na szkielecie konia Kasztanki, w kondukcie pogrzebowym przy akompaniamencie melodii pieśni My, pierwsza brygada w otoczeniu swych generałów zmierzała z Belwederu na Wawel, jak Marszałek podczas wielodniowych uroczystości celebrowanych w maju 1935. Była to ostatnia rola Marii Stangret, zarazem niema i nieruchoma. Kantor bowiem związał się ze znacznie młodszą archiwistką Cricot 2, Anną Halczak, która objawiła się w epizodzie bez słów w Nigdy tu już nie powrócę jako Ta Pani. Dopiero po śmierci Kantora Maria Stangret odzyskała swą pozycję wdowy, gdyż sąd orzekł, że tylko ona – obok córki Kantora z pierwszego małżeństwa, Doroty Krakowskiej – jest jego prawowitą spadkobierczynią.
Mniej się orientuję w dorobku plastycznym Marii Stangret. Pod koniec życia stworzyła serię environments, których wspólnym motywem była gwiazda Dawida, poświęconych zaś Annie Frank, Simone Weil albo „pamięci lekarzy z 1953 roku”, czyli Żydów w Związku Sowieckim oskarżonych przez Josifa Stalina o udział w antykomunistycznym spisku. Niedawno na wystawie natknąłem się na dzieło Marii Stangret, powstałe w roku 1991, a zatytułowane Odejście Marszałka. Do obrazu ukazującego rodzimy pejzaż przymocowana była gałąź brzozy, a na niej zawieszona została szara maciejówka z orzełkiem. Dzieło niewątpliwie ewokowało śmierć Piłsudskiego 12 maja 1935. Tak się złożyło, że Piłsudski w jakimś stopniu doprowadził do mojego spotkania z Marią Stangret i Kantorem w ich krakowskim mieszkaniu przy ulicy Urzędniczej.
11 listopada 1978 przyjechałem z dwiema teatromankami do Krakowa na premierę Snu o Bezgrzesznej w Starym Teatrze. Ponieważ została ona odwołana postanowiliśmy przynajmniej wziąć udział w nieoficjalnych obchodach sześćdziesięciolecia odzyskania niepodległości przy trumnie Piłsudskiego w podziemiach Katedry Wawelskiej, w obecności jego ostatnich żyjących legionistów. Uniesieni tą uroczystością niemal prosto od sarkofagu Marszałka pojechaliśmy do Kantorów na Krowodrze. Drzwi otworzyła nam, zaprosiła do pracowni Kantora i poczęstowała kawą Maria Stangret wyraźnie rozbawiona sytuacją, ale też niebywale bezpośrednia. Wyjaśniła, że Kantor w łazience dokonuje porannej ablucji i w południe jadą na umówione spotkanie z Kazimierzem Mikulskim, ale mogą nam poświęcić nieco czasu. Rozmowę, która dość szybko zmieniła się w ilustrowany rysunkami i fotografiami wykład Kantora o jego spektaklach, zainicjowały moje reminiscencje z Umarłej klasy. Kantor nie chciał jednak zdradzić o czym będzie jego kolejny spektakl. Dzisiaj wiem, że przygotowywał cricotage Gdzie są niegdysiejsze śniegi zaprezentowany w styczniu 1979 w Rzymie. Osnuty on był wokół jidyszowej pieśni Mordechaja Gebertiga Unzere sztetl brent, w czasie Zagłady rozbrzmiewającej w gettach. Maria Stangret maszerowała przy dźwiękach melodii Nasze miasteczko płonie w butach z cholewami i wojskowym płaszczu jako Ten Pan Dobrze Nam Znany, nadzorujący likwidację gett w Generalnym Gubernatorstwie. Właśnie ta postać powróciła w Wielopolu jako Wiadomo Kto.