
ODCINEK PIERWSZY
„Odporność stada„
OSOBY:
COCO
RICO
(para klaunów na wycugu)
Coco i Rico siedzą na ławeczce przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.
COCO: Dlaczego jesteś smutny, Rico?
RICO: Myślę o śmierci, Coco.
COCO: O jakiejś konkretnej czy tak ogólnie?
RICO: A jest jakaś inna niż konkretna? (pokazuje kawałek starej gazety) Zobacz, ta biedna dziewczynka przeżyła zaledwie czternaście lat.
COCO: Mój Boże…
RICO: Taka zdolna i kochana, tak świetnie się zapowiadała.
COCO: I co się stało?
RICO: Umarła, Coco.
COCO: Umarła. (po chwili) Nie ona jedna, jeśli to cię jakoś pocieszy.
RICO: Właściwie, jakby się temu przyjrzeć tak na serio…
COCO: To co, Rico?
RICO: To powinniśmy wyłącznie opłakiwać umarłych.
COCO: Nie starczyłoby łez.
RICO: Można płakać bez łez. Na sucho.
COCO: Za to z porządnym zawodzeniem.
RICO: Tak, zawodzenie jest ważne.
COCO: Jak śpiew.
RICO: Właśnie, Coco. Jak śpiew. A pamiętasz jak…
COCO: Co, Rico?
RICO: Nic, znowu włączają mi się wspomnienia. A przecież milion razy obiecywałem sobie, że nigdy więcej.
COCO: Lepiej niczego nie obiecywać. Ani sobie, ani nikomu.
RICO: Chyba masz rację.
COCO: Więc – pamiętam jak co?
RICO: Kiedy właśnie już zapomniałem. (po chwili) A nie, oczywiście że nie zapomniałem, bo takich rzeczy się nie da zapomnieć.
COCO: Mówże wreszcie!
RICO: Nasz popisowy numer… W Niedzielę Palmową…
COCO: O tak, pamiętam jak dziś! To była piękna Niedziela Palmowa. Ciepło, pachniało wiosną.
RICO: Dość przykry zapach jeśli mam być szczery.
COCO: Tobie zawsze coś nie pasuje. Pachniało wiosną, świeżym kwieciem, trawą, ziemią…
RICO: I gównem, Coco! Pachniało też gównem, które wylazło spod śniegu!
COCO: Och, nie psuj wszystkiego!
RICO: To nie ja, to ono, znaczy…
COCO: Dość! Nasz popisowy numer już zawsze będzie mi się kojarzył z pięknem wiosny. Pięknem, do cholery!!!
RICO: Dobrze, Coco, dobrze… Nie chciałem cię zdenerwować, tylko podkreślić udział elementu naturalistycznego…
COCO: Naturalizm jest ostatnią rzeczą, jakiej dziś potrzebuję.
RICO: Nasz numer… Boże, publika siedziała bez ruchu, z otwartymi buziami. Tylko raz w życiu widziałem takie skupienie, takie…
COCO: Zjednoczenie nas i widzów?
RICO: Raczej oczekiwanie.
COCO: Aż jedno z nas albo oboje skręcimy sobie kark.
RICO: Wypatrywanie śmierci. Na ich oczach. Nic nie może się z tym równać. Daliśmy im tę… nadzieję. W zamian mogliśmy zrobić z nimi wszystko.
COCO: Ale to było tylko raz, bo potem patrzyli na nas już z lekkim znużeniem.
RICO: Nie przypominam sobie.
COCO: A ja tak. Nasz numer mieliśmy opanowany do takiej perfekcji, że nie daliśmy publice najmniejszych szans na spełnienie.
RICO: Wiesz, Coco… czasem, kiedy wisieliśmy wysoko nad areną, nieoddzieleni od niej żadną asekuracją i zdani tylko na nasz refleks… czasem przychodziło mi do głowy, żeby celowo popełnić jakiś błąd. Nawet starałem się opóźniać o ułamki sekund moje reakcje, żeby sprowokować los.
COCO: Myślisz, że nie wiem? Czułam to, dlatego pracowałam za nas dwoje. Nie mogłam dać im tej satysfakcji.
RICO: W gruncie rzeczy nigdy nie lubiłaś publicznych popisów.
COCO: Robiłam to dla ciebie. Wiedziałam, że to całe twoje życie.
RICO: Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?
COCO: Bo to by niczego nie zmieniło. A poza tym…
RICO: Poza tym co, Coco?
COCO: Domyśl się, Rico.
RICO: Ale jako para klaunów zrobiliśmy kolosalną karierę!
COCO: Bez dwóch zdań. Coco i Rico, niebezpieczny duet, oglądasz na własną odpowiedzialność, bo rozbawią cię tak, że umrzesz ze śmiechu.
RICO: Piękne dni.
COCO: Szczęśliwe dni.
RICO: I noce.
COCO: A pamiętasz jak…
RICO: Cicho!
COCO: Co?
RICO: Słyszysz?
COCO: Nie.
RICO: No właśnie. Ta cisza.
COCO: Tu zawsze panuje cisza.
RICO: Ale dziś panuje jakby absolutniej.
COCO: A wiesz dlaczego?
RICO: Nie muszę, bo ty wiesz.
COCO: Ludzie nabierają odporności stada.
RICO: To brzmi dość dziwnie, Coco.
COCO: Jeden od drugiego łapią tego piekielnego bakcyla właśnie po to, żeby jako stado stać na niego odpornymi.
RICO: Nic nie rozumiem, ale na pewno masz rację.
COCO: Jednostka i stado, stado a jednostka. Czego tu nie rozumieć. Nawet jak bakcyl wygubi połowę albo i większą połowę stada, to stado jest ważniejsze niż jednostka, Rico!
RICO: A pasterz?
COCO: Co „pasterz”? Jaki „pasterz”?
RICO: Nic, stara historia. Ledwo pamiętam. Było sto owiec, jedna uciekła, pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć i szuka tej jednej. I jak ją w końcu znajduje, to…
COCO: Daj spokój ze starymi historiami, nikomu dziś niepotrzebne. Tak jak my.
RICO: Ale ta jedna owieczka jest dla niego ważniejsza niż dziewięćdziesiąt dziewięć, co nie uciekły. I on świętuje, bo znalazł tę jedną!
COCO: To o nas?
RICO: My tylko pilnujemy pustego namiotu.
COCO: Kiedyś tu wrócą.
RICO: Zajmą miejsca, orkiestra zagra tusz i na arenę wkroczy niezrównany duet. Coco i Rico, dwie perły w koronie cyrku „Mundi”! (pauza) Coś tak posmutniała, Coco?
COCO: Wydaje ci się, Rico.
RICO (patrząc w niebo): Która to może być godzina?…
COCO: Właściwa, Rico.
RICO: No to – do dzieła!
Coco i Rico zrywają się z ławeczki i rozpoczynają codzienny trening kuglarski. Wyciągają z przepastnych kieszeni kolorowe piłeczki i rzucają je sobie, systematycznie dodając kolejne. Piłeczki wędrują od Coco do Rico i od Rico do Coco jak po niewidzialnych niteczkach.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
CDN