Antoni Winch / BLAGA

Jak pamiętamy Paul Johnson interesował się dziećmi Jeana-Jacquesa Rousseau bardziej od ich ojca. Jean-Jacques był atoli dla Brytyjczyka nie tyle wzorem nowoczesnego rodzica, co intelektualisty. Historyk szukał jego potomków wśród twórców późniejszych Wyznań, Umów społecznych i innych Rozpraw o naukach i sztukach. Jednym z nich był Jean-Paul Sartre.

Johnson połączył następującą wypowiedź tego „kozła z krzywym okiem”, jak nazywało się francuskiego filozofa i pisarza Kasi w Królu Mięsopuście Jarosława Marka Rymkiewicza – „dla mnie zasadniczym problemem jest odrzucenie teorii, według której lewica nie powinna odpowiadać przemocą na przemoc” – ze zbrodniami komunistycznego reżimu w Kambodży. Może przesadził. Faktem jest jednak, iż ścisłe kierownictwo Czerwonych Khmerów składało się z ludzi, którzy bez wyjątku, na czele z samym Salothem Sarem, znanym szerzej jako Pol Pot, studiowali we Francji, kiedy Sartre dzielił się swoimi poglądami na temat kształtu debaty między stronnictwami politycznymi. Można je streścić w ten sposób, że „piekło to inni”, gdy nas biją, jeżeli natomiast to my bijemy, wszystko jest w porządku. Jak w praktyce zastosowali tę koncepcję kambodżańscy żacy, raczej wiadomo.

„Raczej”, bo w postmodernizmie zawsze możemy trafić na mędrka, który rzuci na sprawę takie światło, że fakty przy nim zbledną, prawda oślepnie, a człowiek zgłupieje. Tak zrobił w roku 1977 Noam Chomsky. Według niego, o czym informuje nas Francis Wheen w książce Jak brednie podbiły świat, uchodźcy z Kambodży wyolbrzymiają zbrodnie swoich prześladowców, bo „przesłuchiwani przez ludzi z Zachodu albo Tajlandczyków mają interes w opowiadaniu o potwornościach, jakich dopuszczają się kambodżańscy rewolucjoniści”. Po prawie ćwierćwieczu Chomsky nie wyszedł z formy. Doszedł do wniosku, że zamach na World Trade Center „pod względem moralnym” nie był tak zły, jak omyłkowe zbombardowanie fabryki leków w Sudanie, jakiego trzy lata wcześniej dokonała armia amerykańska na rozkaz Billa Clintona. Masakrę z 11 września 2001 roku przeprowadzono w dodatku nie na tych ludziach, co trzeba. „Jeśli sprawcy chcieli uderzyć w Busha” – głośno myślał reżyser filmowy Michel Moore – „to zabili przy okazji tysiące ludzi, którzy na Busha NIE GŁOSOWALI! Boston, Nowy Jork i miasta w Kalifornii, do których leciały te samoloty, głosowały PRZECIWKO Bushowi!”.

W związku z powyższym trochę dziwi, że intelektualiści nie wystosowali listu otwartego do islamskich terrorystów z apelem, aby ci w przyszłości wyrzynali właściwy elektorat. „Łatwo narzekać na rządy tłumów i wołać, że trzeba nam rządów arystokracji intelektualnej. Problem w tym, że każda taka arystokracja okazuje się doszczętnie pozbawiona intelektu” – pisał Gilbert Keith Chesterton i zaraz dodawał – „czego nikt nie zdołałby przewidzieć, czego nie wymyślilibyśmy w najgorszym koszmarze, czego nie spłodziłaby najbardziej chora wyobraźnia – to błędy ludzi wysoce wykształconych”.

Błędy-srędy. Grunt, żeby były dwie pozytywne recenzje i impact factor się zgadzał. Cytującym cytowanych i cytowanym cytujących, dzisiejszym, tak zwanym, intelektualistom, dobrego samopoczucia nie psuje nawet istnienie takich stron internetowych, jak www.elsewhere.org. Znajduje się na niej generator tekstów. Wytwarzane są one zgodnie z manierą postmodernistycznych humanistów. Sztuczna inteligencja, przynajmniej pod względem produkowania bredni opatrzonych aparatem naukowym, dorównuje ludzkiej, a w każdym razie profesorskiej. Obu powinno być z tego powodu głupio. Żadna z nich nie potrafi jednak doświadczać tego typu emocji. Pierwsza jeszcze, druga już.

Nie od razu można rozpoznać, która z nich opracowała ten wzór: „–1, daje nam: s = ”. Wbrew pozorom nie jest to dzieło komputerowego kreatora jakichkolwiek równań wyglądających na matematyczne. Żaden procesor nie wpadłby na to, że kiedy „organ erekcyjny zaczyna symbolizować miejsce rozkoszy, nie jako on sam, ani nawet nie jako obraz, lecz jako brakująca część pożądanego obrazu”, to najzwyczajniej w świecie „można przyrównać go do znaczenia uzyskanego powyżej, do rozkoszy, którą mnożnik wygłoszenia przywraca funkcji braku signifiant, wynoszącego (–1)”.

Przez to i inne twierdzenia Jacquesa Lacana, a także wybrane wywody licznych tuzów współczesnej humanistyki, przebrnęli amerykański fizyk i matematyk Alan Sokal oraz belgijski fizyk Jean Bricmont. Owocem tych lektur była wydana w roku 1997 książka pod dość wymownym tytułem – Modne bzdury. Jakkolwiek dostarcza ona dość sporej dozy rozrywki, gdy demaskuje blagę badaczy literatury, języka, sztuki, kultury i tym podobnych dyscyplin, w których algebra nie była dotąd używana, bez najmniejszego pojęcia posługujących się terminami z zakresu nauk ścisłych, to jej wymowa nie nastraja optymistycznie. Praktyki stosowane przez postmodernistycznych akademików niosą wielkie zagrożenie dla nauki jako takiej. Albowiem „jeśli z naukowego dyskursu można odczytać wszystko, lub niemal wszystko, czego się tylko zapragnie, to czemu ktokolwiek miałby traktować naukę poważnie jako obiektywny opis świata?” – pytają Sokal z Bricmontem – „I na odwrót. Jeśli ktoś przyjmuje relatywistyczną filozofię, to dowolne komentarze na temat teorii naukowych są uprawnione”.

To prawda. Ale co z tego? Roger Scruton nazwał postmodernizm „kulturą odrzucenia”. O wartości konkretnych tez wysuwanych w ramach dyskusji uniwersyteckich decyduje w niej, zdaniem filozofa, nie „dyscyplina intelektualna”, lecz „agenda polityczna”. Inny Brytyjczyk, Douglas Murray, w zakończeniu swojej książki z 2019 roku Szaleństwo tłumów stwierdził, iż znajdujemy się „w czasach bez celu i we wszechświecie bez wyraźnego sensu” i wobec tego polityka stanowi dla nas jedyny wyznacznik wartości, a upolitycznianie absolutnie każdej sfery naszej egzystencji pozwala nam jako tako się w niej odnaleźć i uznać za godną przeżycia. Tymczasem niezależnie od partyjnych przepychanek, ulicznych demonstracji, medialnych fatw potępiających niewiernych z drugiej strony ideologicznej barykady, „brzask to wciąż takie samo piękno; zrywanie się rankiem z łóżka to wciąż taka sama życiowa plaga; jedzenie i przyjaciele są zawsze mile widziani; […] ptaki śpią chętnie, a dzieci nie chcą iść spać; i tak dzień po dniu, aż po ostatni wieczór”, jak mądrze i z wdziękiem pisał Chesterton.

Nadawanie najprozaiczniejszym czynnościom wymiaru manifestu światopoglądowego o rewolucyjnym charakterze zatruwa radość z prostych przyjemności i z życia jako takiego, zamienia każdy dzień w wojnę, ludzi o odmiennych przekonaniach w śmiertelnych wrogów, mózg w zindoktrynowaną papkę, a duszę w kamień.

Budząc się co rano na środku pola walki, nie dzieli się włosa na czworo. Jeżeli wyjdzie na jaw, że jednemu z naszych generałów twierdziło się w młodości, iż „życiu literackiemu na Zachodzie nie zaszkodziłoby rozwiązanie kwestii żydowskiej, polegające na stworzeniu żydowskiej kolonii odizolowanej od Europy. Literatura straciłaby najwyżej kilka miernot”, to dla dobra sprawy należy napisać, że te ewidentnie antysemickie tyrady „to swego rodzaju ukryte odrzucenie antysemityzmu”. Tak, według Wheena, odwrócił kota ogonem Jacques Derrida, gdy okazało się, że Paul de Man, „guru dekonstrukcjonizmu”, w rozbiórkowym fachu wprawiał się na Żydach u niemieckich nazi-majstrów. „Ich system prawdy różni się od naszego […]. Często się zdarza, że ludzie mówią coś, co na poziomie faktów nie jest prawdziwe, ale odnosi się do innego, głębszego znaczenia, którego nie da się przyswoić w kategoriach precyzji i obserwacji”, odparł Michel Foucault na zdawałoby się dość proste pytanie o to, co sądzi o prześladowaniach irańskiej opozycji przez ajatollaha Chomeiniego.

Skoro prawda to takie dziwne coś, czego „nie da się przyswoić w kategoriach precyzji i obserwacji” i co na poziomie jakichś tam faktów nie jest prawdziwe, to „zamiarem filozofii” – jak pisał Santiago Zabala, analizując myśl Richarda Rorty’ego i Gianniego Vattimo – „nie jest już dowodzenie prawd, lecz jedynie sprzyjanie możliwości osiągnięcia konsensusu, który można by uznawać za prawdę”.

Bywa jednak, że rzeczywistość rozsadza nawet najlepszy kompromis. Uczyniła to, na przykład, w roku 2014. Wtedy, o czym przeczytamy u Murraya, społeczność Wellesley College w stanie Massachusetts, żeńskiej uczelni wyższej – jej absolwentkami są, między innymi, Hillary Clinton i Madeleine Albright – dowiedziała się, że jedna ze świeżo przyjętych studentek identyfikuje się jako „«mężczyzna genderu centroqueerowego», ma na imię «Timothy» i chce, żeby zwracać się do niej w rodzaju męskim”. W tym punkcie, w którym okazało się, iż w placówce kształcącej wyłącznie kobiety będzie uczył się mężczyzna, konsensus dotyczący tego, co można by uznać za prawdę, nie został złamany. Kłopoty zaczęły się, gdy Timothy zapragnął zostać „koordynatorem do spraw multikulturalnych”, odpowiedzialnym za „promocję na kampusie «kultury różnorodności»”. Na wieść o jego kandydaturze koleżanki doszły do skądinąd logicznego wniosku, że zajęcie przezeń tak ważnego stanowiska „utrwaliłoby w szkole patriarchat”. Jedna z nich zwróciła ponadto uwagę, iż nie wypada, aby multikulturalnością zajmował się biały mężczyzna.

Z innym rodzajem aneksu do umowy ustalającej to, co z braku laku można by uznać za prawdę, musiały się zapoznać, i to na własnej skórze, kobiety z zakładu karnego New Hall we Flockton w północnej Anglii. We wrześniu 2017 roku trafiła tam Karen White. Poniekąd za zbrodnie Davida Thompsona (de domo Stephen Wood). Jego historię przedstawił Murray. Jeszcze do Szaleństwa tłumów wrócimy, tymczasem sięgnijmy do artykułu Karen White: how 'manipulative’ transgender inmate attacked again. Autorką tekstu jest Nazia Parveen.

Przeczytamy w nim, że David Thompson w 2001 roku, kiedy nazywał się jeszcze Stephen Wood, stanął przed sądem pod zarzutem „czynu lubieżnego i obrazy moralności” (indecent assault and gross indecency) , jakich dopuścił się wobec dziecka w wieku szkolnym. Skazano go za to na osiemnaście miesięcy więzienia. W tym czasie postanowił pozbyć się starej tożsamości. Już jako Thompson zrozumiał jednak, że jego problem nie polegał na byciu Woodem, lecz na byciu mężczyzną. Mniej więcej od 2012 roku zaczął się przeistaczać w Karen White. Wszedł do społeczności osób transpłciowych, gdzie został zapamiętany z powodu porywczości, drażliwości i nieumiejętności panowania nad gniewem. Te opinię o Thompsonie-Woodzie-White potwierdzają jej sąsiedzi z Mytholmroyd. Przyznali, że terroryzowała pozostałych mieszkańców, znęcała się nad nimi fizycznie i werbalnie, zmuszając kilku z nich do przeprowadzki. We wspomnianym już roku 2017 Karen wtargnęła do mieszkania starszego mężczyzny i kilkukrotnie ugodziła go nożem za to że, jak twierdziła, napastował ją seksualnie. Sąd nie dał temu wiary. White – chociaż nigdy nie wystąpiła o oficjalne uznanie jej za kobietę, w związku z tym z formalnego punktu widzenia dalej była mężczyzną – trafiła do New Hall. Stało się tak, ponieważ brytyjskie ministerstwo sprawiedliwości rozluźniło w tym czasie zasady kwalifikowania więźniów jako osoby transpłciowe. Wcześniej konieczne było posiadanie Certyfikatu Uznania Płci (Gender Recognition Certificate) bądź medycznego orzeczenia stwierdzającego dysforię płciową. Teraz wystarczyło być Davidem Thompsonem. Posługująca się jego ciałem Karen White w ciągu trzech miesięcy od umieszczenia w zakładzie dokonała dwóch napaści seksualnych na współosadzonych. Tyle ich było według Parveen, bo Murray pisze o czterech.

Wobec tej rozbieżności wypadałoby znaleźć jeszcze inne źródła informacji o więziennych wyczynach Davida. Skoro jednak mamy osiągnąć konsensus, który można by uznać za prawdę, zgódźmy się, że mężczyzna zaatakował trzy kobiety. Ta liczba to most łączący dwójkę z czwórką, jak się ją obróci o 90 stopni w prawo przypomina kobiece piersi i męskie genitalia jednocześnie. Co więcej, choć wciąż tyle samo, trzech było króli, trzech muszkieterów i trzech pancernych, o ile odjąć jednego i psa. Ostatecznie zostało dowiedzione, iż „–1, daje nam: s = ”. Prawda?

Literatura przedmiotu do Literatury podmiotu:

  1. Gilbert Keith Chesterton, O dobrym świecie, [w:] G. K. Chesterton, Obrona rozumu. Wybór publicystki (1930-1936 oraz wydania późniejsze), przeł. J. Rydzewska, Fronda, Warszawa 2014.
  2. Gilbert Keith Chesterton, Zwyczajny człowiek, [w:] G. K. Chesterton, Obrona rozumu. Wybór publicystki (1930-1936 oraz wydania późniejsze), przeł. J. Rydzewska, Fronda, Warszawa 2014.
  3. Douglas Murray, Szaleństwo tłumów. Gender. Rasa. Tożsamość, przeł. J. Spólny, Zysk i S-ka. Poznań 2020.
  4. Nazia Parveen, Karen White: how 'manipulative’ transgender inmate attacked again, https://www.theguardian.com/society/2018/oct/11/karen-white-how-manipulative-and-controlling-offender-attacked-again-transgender-prison.
  5. Roger Scruton, Kultura jest ważna. Wiara i uczucie w osaczonym świecie, tłum. T. Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 2010.
  6. Alan Sokal, Jean Bricmont, Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów, przeł. P. Amsterdamski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2004.
  7. Francis Wheen, Jak brednie podbiły świat. Krótka historia współczesnych urojeń, przeł. H. Jankowska, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2005.
  8. Santiago Zabala, Religia poza teizmem i ateizmem, [w:] R. Rorty, G. Vattimo, Przyszłość religii, red. S. Zabala, przeł. S. Królak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2010.