Antoni Winch / NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN

W Temple program wychowawczy Jana Jakuba Rousseau wypróbowano na skórze Ludwika Karola, dowodząc bezsprzecznie, że rewolucji zjada nie tylko własne dzieci.

Sto dwadzieścia pięć lat po ścięciu małżeństwa Capetów, dokonano kolejnej egzekucji w imię wolności, równości i braterstwa, która tym razem na pewno miała uszczęśliwić ludzkość, choćby za mordę. W środku lipcowej nocy 1918 roku, w piwnicy Domu Ipatiewa w Jekaterynburgu, zabito rodzinę Romanowów oraz członków ich dworskiej świty.

Szczegóły tego wydarzenia przedstawia Yuri Slezkine w pierwszym tomie swojej książki Dom władzy. Opowieść o rosyjskiej rewolucji. Plan był prosty – pluton oddaje serię, car z najbliższymi padają martwi, wywozi się ich ciała do pobliskiego lasu, rozbiera je, ćwiartuje, oblewa kwasem, wrzuca do pokopalnianych szybów i – najważniejsze – zapomina. Wszystko wzięło w łeb już na samym początku, kiedy pojedyncza salwa zmieniła się w kanonadę. Kaci strzelali, jak ujął to ich dowódca Michaił Jurowski, „chaotycznie”, „bardzo długo” i nieskutecznie. Palbę przeżyło wcale liczne grono rozstrzeliwanych. „Musiałem ich powystrzelać jedno po drugim” – wspominał rzeczowo Jurowski, dyskretnie wskazując na ogrom pracy, do wykonania której, po raz ostatni zmusili go: carewicz Aleksiej, jego trzy siostry – Tatiana, Olga i Anastazja; a także pokojówka Anna Diemidowa oraz nadworny lekarz Jewgienij Botkin. Od innego mordercy, niewymienionego przez Slezkina z nazwiska, dowiadujemy się, że Diemidowa broniła się przed dobiciem trzymaną w dłoniach poduszeczką, niespełna czternastoletni następca tronu, mimo licznych postrzałów, „bardzo długo dawał oznaki życia”, a udającą martwą najmłodszą z carskich córek, siedemnastoletnią Anastazję, niejaki Jermakow, „zabił […] strzałem w pierś. Stanął na jej ramionach i strzelił jej w pierś”.

Zanim okrutny finał zwieńczył dzieło, pojawił się kolejny problem. Otóż dorzynanie ofiar zaczęło budzić mieszkańców Jekaterynburga i trzeba je było wstrzymać. Rewolucja zabijała w imieniu ludu, ale nie była pewna, czy lud to wie ani jak zareaguje, kiedy się dowie, więc wolała jeszcze nie ujawniać swojej zbrodni. Wydatnie utrudniały jej to psy należące do członków carskiej rodziny. Przestraszone wystrzałami, wyły, sobaki, czym dekonspirowały całą operację. Przerwę w kaźni Romanowów gieroje Jurowskiego wykorzystali na powieszenie trzech z nich. Czwarty, wabiący się Dżek, milczał, dzięki czemu uszedł z życiem. Nie wiadomo wprawdzie na jak długo, jednak zapewne udało mu się zobaczyć, jak „krasnoarmiejec wyniósł pieska Anastazji na bagnet […] i rzucił truchło psa obok zwłok cara”. Może Dżek zaskomlał wtedy ciche requiem, może, jak wcześniej, pisk uwiązł mu w gardle. Sytuację skomentował za niego nadzorca egzekucji, towarzysz Filip Gołoszczekin – „psy zasługują na pieską śmierć”. Dżek mógł na to warknąć, zapewne w myślach, ale musiał przyznać, że jak Gołoszczekin coś powiedział, to powiedział. Człowiek, jak na złość niememu Dżekowi, ze szczekiem w nazwisku, postanowił spuentować wydarzenia tej nocy w jeszcze inny, trwalszy sposób.

Oto bowiem, na obryzganej krwią ścianie piwnicy zostawił następujący napis: „Belsatzar ward in selbiger Nacht/ Von seinen Knechten umgebracht. [«Belsatzar» został owej nocy/ Zabity przez własnych knechtów]”. O co mogło mu chodzić? „Wersy te pochodzą z wiersza Heinricha Heinego Belsazar” – zaczyna swoją odpowiedź Slezkine – „autor napisu […] dodał «t» do «Belsazar», może po to, żeby podkreślić grę słów (tzar – car), a może dlatego, że niemiecki nie był jego ojczystym językiem”. Przyjmijmy pierwszą hipotezę. Druga jej nie wyklucza, z zamierzonej czyni przypadkową, co dla niniejszych rozważań ma mniejsze znaczenie. „Wiersz [Heinego] – czytamy dalej w Domu władzy… – „czerpie z biblijnej historii króla babilońskiego Baltazara, który obraził Boga, pijąc wino ze złotych i srebrnych naczyń zabranych ze świątyni Jerozolimskiej. Ucztę przerwała pozbawiona ciała dłoń, która napisała na ścianie inskrypcję” – mene, mene, tekel ufarsin, czyli obliczono, zważono, podzielono(Dn 5, 25-29) – „wieszczącą zgubę króla i jego kraju. Baltazar został zabity tej samej nocy”.

Nie mieć litości dla rannych, zabijać nawet dzieci, bezcześcić zwłoki, wieszać psy, a potem kreślić poetyckie strofy; przez wybór takiego, a nie innego cytatu, porównać się do wykonawcy woli Boga, będąc przy tym funkcjonariuszem reżimu, którego ideologiczny prawodawca Karol Marks nazwał religię „opium ludu”, zaś przywódca, Włodzimierz Lenin, uznał ją za „jedną z odmian duchowego ucisku” oraz „rodzaj duchowej gorzałki”. Ecce homo.

Nie w wydaniu biblijnym, lecz nowoczesnym, a konkretnie w wariancie pseudonietzscheańskim tegoż. Pseudo, bo Nietzsche pisał wprost: „wolałbym być już raczej satyrem niż świętym”. Tymczasem homo modernus, uważając się zawsze za tego drugiego, nigdy nie był niczym więcej niż pierwszy. Lew Szestow widział w Nietzschem wcielenie „podziemnego człowieka”. Ktoś taki wie, że „tragedii nie usuną z życia żadne społeczne przemiany”, a w swoim myśleniu nie wyznacza „pierwszych miejsc przedstawicielom idealizmu, pozytywizmu, materializmu”. Człowiek nowoczesny robi dokładnie na odwrót. Dlatego, pokładając wielkie nadzieje w przemianie społecznej, wierząc w niepodważalność prawd idealizmu, pozytywizmu i materializmu, przy zetknięciu z komunizmem zwyczajnie głupieje ze szczęścia. Do tego oszołomienia nawiązuje tytuł książki Raymonda Arona z 1955 roku Opium intelektualistów.

Autor, co zrozumiałe, skupił się na ich zachodnich reprezentantach. Analizował fenomen popularności wśród nich ideologii, która, o czym doskonale wiedzieli, była tak samo plugawa jak faszyzm i nazizm, a mimo to nie doczekała się na Zachodzie tak stanowczego potępienia, jak tamte doktryny, a wręcz przeciwnie – hołubiono ją, jej zbrodnie usprawiedliwiano, a przeciwnikom odbierano moralne prawo do krytyki. Pewne światło na to zjawisko rzucają uwagi innego francuskiego badacza, historyka Françoisa Fureta. W Przeszłości pewnego złudzenia stwierdził, że swoje wzięcie u zachodnich tak zwanych elit „rewolucja rosyjska” zawdzięcza temu, iż „zachowała ciągłość ze swą francuską poprzedniczką”. Dokonała zaś tego poprzez świadome nawiązanie do „idei szczególnie podniosłej: idei dokonywania się historii przez wolę ludzi”. Tą wolą, na co wskazuje Aron, kierowało coś, co Roger Scruton nazwał później oikofobią. Miłość zachodnich intelektualistów do komunizmu brała się bowiem z ich nienawiści do świata mieszczańskiego, jego wartości, obyczajów i kultury. Choć darzyli nią go z pasją, to bez wzajemności. Byli przezeń kształceni, utrzymywani, tolerowani, a nieraz też oklaskiwani, co pewnie doprowadzało ich do szału, łagodzonego wszak przez miłe łechtanie w okolicach ego i zapewne jeszcze milszy brzęk monet w portfelach. Można im więc zarzucić co najmniej brak konsekwencji, lecz należy pamiętać, iż nie po to otumaniali się ideologicznym opiatem, aby logicznie myśleć. Wystarczyło im, że myślą inaczej.

U siebie mogli walczyć z pogardzanym systemem, będąc jego częścią – w kulturze. Epatowali tedy burżuja w teatrze, galerii, na odczycie, wszędzie tam, gdzie ten zapłacił im za to, by mogli sponiewierać jego burżujską wrażliwość. Ich dzieła wyrażały bunt wobec społeczeństwa, ustroju, wyzysku i wszystkiego, co moda panująca na salonach i przy kawiarnianych stolikach kazała im postponować. Bezkrytycznie uprawiali sztukę krytyczną. Przewrót bolszewicki był dla nich politycznym odpowiednikiem ich artystycznych rewolucji, a komunizm – wreszcie nie tylko estetycznym izmem. Co więcej, jak zauważa Aron, „sowiecka władza rządzi w imię doktryny wypracowanej przez intelektualistę, […] komentowanej […] przez niezliczonych profesorów. W komunistycznym systemie intelektualiści, raczej sofiści niż filozofowie, są królami”. Albo katorżnikami. Wcale ich to atoli nie zniechęcało. Przeciwnie. „Związek Sowiecki zniewala intelektualistów, poddaje ich czystkom: ale przynajmniej bierze ich poważnie” – wyjaśnia nam tę opioidową dialektykę Aron – „Stany Zjednoczone nie prześladują swoich intelektualistów w stopniu dostatecznym, aby ich przez to mogły uwodzić (bo istnieją uroki terroru). […] Większość z nich pozostawiają w cieniu. Inteligenci lepiej znoszą prześladowanie niż obojętność”.

Bez wątpienia jednak najlepiej znoszą sławę, podziw, bogactwo oraz, na przykład, nadawanie miastom ich imion. W Związku Radzieckim wyróżnienie to spotkało Aleksandra Serafimowicza, właściwie Popowa. Był pisarzem. Autorem, między innymi, powieści Żelazny potok z 1924 roku. Dziś zapomniany. Zapewne z tego samego powodu, to jest jego twórczości, dla którego ongiś go czczono. Uwielbienie to znalazło swój najpełniejszy wyraz w nazwaniu rodzinnej miejscowości artysty przybranym przezeń nazwiskiem. Była położona nad Donem. Mieszkała w niej, jak to w rodzinnych miejscowościach bywa, krewna literata, sędziwa Anna Michajłowna Popowa. Slezkine w drugim tomie Domu władzy… zamieścił część jej korespondencji do Serafimowicza. Był 18 styczeń 1932 roku. Kolektywizacja rolnictwa trwała zaledwie od czterech lat, a staruszka już zrobiła się głodna. „Czasem ktoś mnie dokarmi” – wyznawała Popowa Popowowi – „nie mam już nic na sprzedaż. […] Nie zostało mi nic prócz długów. Czekam, żeby wybawiła mnie śmierć”.

Nie wiedziała, defetystka, jak kurczowo i wbrew wszystkiemu, w tym woli partii, życie potrafi się trzymać skazanych na śmierć, o czym przekonali się kaci Romanowów, ani jakie ominęłoby ją szczęście, gdyby jej prośba została natychmiast spełniona. Dlatego musiała jeszcze wytrzymać. Dzięki temu, po kolejnych czternastu miesiącach nędzy i głodu, mogła pogratulować Aleksandrowi „70. rocznicy urodzin, i krzyża, który otrzymaliście, i przemianowania naszego miasta na waszą cześć jako bojownika o wolność ludu”. Będąc przedstawicielką tegoż, i jak on jakoś nie potrafiąc najeść się radziecką wolnością, błagała: „proszę, zlitujcie się nade mną i przyślijcie trochę sucharów. Czekam na nie cały czas i przesyłam wam życzenia wszystkiego najlepszego i zdrowia. […] Do jedzenia mam korę dębową zmieszaną z plewami. […] Jesteście jedyną osobą, która, mam nadzieję, mnie nie opuści”. Chociaż pisała już z miasteczka Serafimowicz do Aleksandra Serafimowicza, zamieszkałego w Moskwie przy ulicy… Serafimowicza, nadzieja na suchary okazała się płonna. Po dwunastu dniach, 15 marca 1933 roku, Anna Michajłowna mogła już tylko uprzejmie poinformować: „drogi Aleksandrze Serafimowiczu, umieram, błagam was, przyślijcie 70 rubli na mój pochówek, jestem winna 11 rubli Agafii Aleksandrownej [Koźminie] i muszę je oddać. Karmiła mnie najlepiej jak mogła, byłam dla niej ciężarem, ale nigdy mnie nie opuściła […]. To moja ostatnia prośba do was”. Slezkine nie podaje, czy została spełniona.

Takich Popowych były miliony. Zachodni Serafimowicze byli przekonani, a w każdym razie przekonywali, że idea, w imię której je zabito, była słuszna, tylko nie najlepiej realizowana. Poza tym, czyż się nie zrehabilitowała? Stalin pokonał przecież Hitlera. Fakt, że wcześniej zawarł z nim sojusz, umożliwiający wybuch drugiej wojny światowej, dla amatorów użynania się do nieprzytomności ideologicznym laudanum sam się prosił o unieważnienie. A każdy, kto krytykował komunizm po roku 1945, narażony był na zarzut sprzyjania faszyzmowi. Oczywiście nie jak Mołotow, tylko jak Ribbentrop.

Irytacji takim ogłupieniem zachodniej inteligencji, tym parszywszym, że dobrowolnym, nie krył Czesław Miłosz. Pokąsany przez Hegla, opuścił komunistyczną Polskę i znalazł się w Paryżu w roku 1951. Dwa lata później wydał Zniewolony umysł. Opium intelektualistów nadawałoby się na podtytuł jego eseju, natomiast fraza „zniewolony umysł”, mogłaby z powodzeniem funkcjonować jako podtytuł książki Arona, którą zresztą Miłosz przetłumaczył. Francuskiemu badaczowi nie wypadało tak ostro wyrazić się o swoich kolegach, jak zrobił to Polak. „Pisarz [z Europy Wschodniej i Środkowej] z wściekłością myśli o komunistach na Zachodzie” – stwierdzał przyszły autor Ziemi Ulro – „co za błazny. Można im wybaczyć ich deklamacje, jeżeli są potrzebne do propagandy. Ale oni wierzą w znaczną część tego, co głoszą o błogosławionym Centrum [Moskwie] – i to już jest niewybaczalne. Zaiste, nic nie da się porównać z pogardą, jaką czuje dla tych sentymentalnych kabotynów”.

Jeśli chodzi o sentymentalne kabotyństwo i głoszenie niewybaczalnych bredni na marksistowskim haju, to dzisiaj pod tym względem na Zachodzie bez zmian.

Literatura przedmiotu w Literaturze podmiotu:

  1. Raymond Aron, Opium intelektualistów, przeł. Cz. Miłosz, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2000.
  2. François Furet, Przeszłość pewnego złudzenia. Esej o idei komunistycznej w XX wieku, przeł. J. Górnicka-Kalinowska, M. Ochab, PIW, Warszawa 2018.
  3. Czesław Miłosz, Zniewolony umysł, Mediasat Poland, Kraków 2004.
  4. Fryderyk Nietzsche, Ecce homo. Jak się stajemy tym, czym jesteśmy, przeł. G. Sowinski, Wydawnictwo A, Kraków 2002.
  5. Roger Scruton, Zielona filozofia. Jak poważnie myśleć o naszej planecie, przeł. J. Grzegorczyk, R. P. Wierzchosławski, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2017.
  6. Yuri Slezkine, Dom władzy. Opowieść o rosyjskiej rewolucji. [Tom 1:] W drodze, przeł. G. Chodkowski-Gyurics, G. Kulesza, K. Michałowicz, M. Różycki, D. Skotarek, PIW, Warszawa 2019.
  7. Yuri Slezkine, Dom władzy. Opowieść o rosyjskiej rewolucji. [Tom 2:] W domu, przeł. G. Chodkowski-Gyurics, G. Kulesza, K. Michałowicz, M. Różycki, D. Skotarek, PIW, Warszawa 2019.
  8. Lew Szestow, Dostojewski i Nietzsche. Filozofia tragedii, przeł. C. Wodziński, Czytelnik Warszawa 2000.