
Miał na imię Posęp i był olbrzymem. Nie jakimś bardzo dużym. Takim, wielkości wiatraka. Lis spotykał go na skraju pola pszenicy nieopodal lasu. Posęp siedział skulony wśród zboża i płakał. Robił to od tak dawna, że zlał się z krajobrazem. Coś jak płacząca wierzba, tyle, że olbrzym. Któregoś razu Lis postanowił zapytać Posępa o powód jego smutku.
– Tęsknię! – odpowiedział i zaniósł się szlochem nie wiadomo dokąd. Gdy stamtąd wrócił, kontynuował – Tak bardzo mi go brakuje! Choć chciał mnie zabić, nie mogę bez niego żyć! Widzę go wszędzie. Rozpoznaję w każdej napotkanej twarzy, sylwetce. Zaczepiam je. Sylwetki i twarze. Pytam, czy mnie kojarzą. Przekonuję, że znamy się od lat, lecz one patrzą na mnie zdziwione, o ile są twarzami. A nieruchomieją w zdumieniu, jeśli to sylwetki. Niezrażony, bo to nie jest najlepszym moment, żeby się obrażać, tłumaczę im, że jakkolwiek nasz czas się skończył, to możemy się jeszcze uratować. To znaczy: zginąć, ale polec. Umrzeć pięknie, szlachetnie, tak jak trzeba. Nie tylko na coś lub przez coś, lecz także i przede wszystkim za coś, w imię czegoś. Słysząc to, twarze wykrzywiają się w pogardzie, a sylwetki odwracają i odchodzą ode mnie czym prędzej. Czy ja jestem nienormalny, czy one?
Olbrzym chlipałby tak zapewne dalej w najlepsze, a raczej, gwoli ścisłości, w najgorsze, gdyby nagle jego wzroku nie przykuł ruch na polu. Lekki powiew wiatru zakołysał zbożem. Spomiędzy łagodnie falujących kłosów wyłonił się kontur człowieka.
– To on! – krzyknął Posęp i gwałtownie zerwał się do biegu przez łany. Nie zastanawiał się nad pierwszymi słowami przywitania, którymi zwróci się do Przyjaciela. Przez lata rozłąki rozmyślał nad nimi w niepoliczalnej ilości wariantów, nieskończenie wiele razy wybierał jedne, odrzucał drugie, by po jakimś czasie odrzucić jedne, a wybrać drugie, co nie trwało długo, bowiem po okresie jako takiego spokoju w tej kwestii znowu wybierał jedne, odrzucał drugie i tak w kółko, aż doszedł w końcu do przekonania, że najlepiej będzie zacząć od uprzejmego, acz niezobowiązującego: „Witaj”. Poza tym ważniejsza była dalsza część przemowy. Ją również miał przygotowaną.
„Witaj. Jak się masz, kochany?” – powtarzał sobie tekst w galopie – „Ile to już lat? Będzie z pięćset. Pozmieniało się tu przez ten czas, stary druhu. Jest lepiej, a jednak gorzej. Sprawiedliwiej, a wciąż bandycko. Świat rozrósł się, rozwinął, a jednocześnie skurczył, skarlał, właściwie zniknął. Od środka, bo z zewnątrz wygląda świetnie. Je lepiej niż kiedykolwiek, ale bez apetytu. Bawi się jak nigdy, lecz bez entuzjazmu. Jest zdrowy, w pełni sił nagromadzonych w bezprecedensowym nadmiarze, a przecież zdycha… Ożeż ty w mordę!”.
Ostatnie zdanie, niepasujące swą dosadnością do poprzednich, nie było, rzecz jasna, częścią przemowy. Dostało się do niej przypadkiem, niejako samorzutnie, gdy olbrzym potknął się o głaz i po kilkumetrowym locie, podczas którego miał okazję dość szpetnie się wyrazić, zarył twarzą w ziemię. Plując jej gródkami, biegł dalej.
„Przestał wierzyć, kretyn” – kontynuował wyimaginowane powitanie, zbliżając się o obolałej nodze do Przyjaciela – „Świat przestał wierzyć, dlatego przyjemność nie sprawia mu przyjemności, a zdrowie nie daje życia. Po co mu one? Świat nie wie, bo nie wierzy. Że ma cel, że mimo wszystko powinien być lepszy niż gorszy, że jego istnienie warte jest zachodu, chociaż Zachód bardzo się stara, aby nie być wartym istnienia”.
Posęp właśnie dotarł w kulawym kłusie do Przyjaciela. Zatrzymał się przed nim zdyszany i rozpoczął swoje powitanie od wyszlifowanego pół tysiącem lat wytężonej obróbki intelektualnej:
– Witaj.
Potem jednak, zmuszony okolicznościami, przeredagował dalszą część swojego wystąpienia.
– Poczekaj, kochany – rzekł – Skończę mówić do ciebie w myślach i zaraz z Tobą pomówię.
„Dziś teraźniejszość pragnie jak najszybciej minąć, najlepiej nie zostawiając po sobie żadnego śladu, by nie opóźniać nadejścia przyszłości” – rzekł Posęp Przyjacielowi w wyobraźni, gdy prawdziwego Przyjaciela zabawiał rozmową w ciszy i wciąż jeszcze urozmaicanej sapaniem oraz, to wiadomość z ostatniej chwili, wywołaną nagłym dotlenieniem organizmu przez kilkusetmetrowy bieg, czkawką. Z tego względu to nawet lepiej, że przysłuchujemy się jego wewnętrznemu monologowi, bo wypowiedzi udzielane na zewnątrz wyglądały mniej więcej tak, jak ta, do której zmusił go ruch Przyjaciela. Posęp przestraszył się, bo zdało mu się, że oznaczał on pierwszy krok ku odejściu. Zbyt wiele naoglądał się ich przez ostatnie pięćset lat, żeby nie zareagować.
– Zostań… ogh… przepraszam… ogh… mój miły! Za chwilę… ogh…. ogh… powiem ci, co mówię, cierp… ogh… liwości, proszę… ogh!
Przyjaciel pozostał na swoim miejscu. Uspokoiło to czkającego olbrzyma. Lis tymczasem powoli się do nich zbliżał. Teraz żałował, że zapytał Posępa o powód jego smutku, tak jak wcześniej żałował, że go o to nie pytał.
„Nasza teraźniejszość” – to dalsza część przemowy Posępa – „bardziej chciała stać się przeszłością niż przyszłością. Przyszłości nigdy nie ma, kiedy jest potrzebna. To przeszłość zawsze jest pod ręką. To dlatego kiedyś świat pamiętał, by mieć nadzieję. Dziś ma już tylko nadzieję, że zapomni. Zapomina więc. Ciebie, mnie, samego siebie. Plwajmy na niego, kochany!”.
– Dlaczego nie… ogh… plwasz, ko… ogh… chany? – Posęp zapytał Przyjaciela nieświadomy, że ten nie mógł słyszeć pytania. Dla zachęty, korzystając z przerwy pomiędzy napadami czkawki, olbrzym charknął dwa razy gęstą, lepką, ciężką flegmą. W założeniu na świat, ale gdy bliżej się temu przyjrzeć, to na znajdującego się na nim, lisiemu bogu lisiego ducha winnego Lisa.
– To może was sobie… ogh… przedstawię – zaproponował olbrzym, gdy zorientował się w popełnionej przez siebie niezręczności. Chociaż, trzeba to podkreślić, jakkolwiek Posęp nigdy tego nie przeczyta, jest niewątpliwą sztuką trafić plwociną w średniej wielkości czworonoga, pozostawiając rozciągający się wokół niego świat nietkniętym. I to dwukrotnie! Jest też sporym poświęceniem z jego strony, że zrezygnował z kontynuowania w myślach mowy powitalnej dla Przyjaciela. A miał mu jeszcze trochę do powiedzenia.
„Jesteśmy tylko bajką, kochany” – oznajmiłby w swojej fantazji Przyjacielowi, gdyby w rzeczywistości nie zwrócił się doń tymi słowami:
– Mój drogi, oto… ogh… Lis.
„Nigdy nie istnieliśmy. Lecz dawniej istniał świat, w którym nas nie było. Teraz i tego świata nie ma. Został zapomniany” – snułby dalej myśl w myślach olbrzym, ale zamiast tego rzekł do Lisa:
– Li… ogh… sie, a to… – lecz Lis mu gwałtownie przerwał.
– Dobrze wiem, kto to jest!
„Stwórzmy go więc teraz, tak jak on stworzył kiedyś nas. Rzućmy się na siebie, podejmijmy na nowo odwieczną walkę, a wszystko, co za nią stało, cała wieczność odwieczności, zostanie wskrzeszona. Przypomnimy ją, stając naprzeciwko siebie do śmiertelnego pojedynku. Zblazowana, przejedzona, zgorzkniała współczesność wstrzyma oddech, bo jej tępy, zdekonstruowany, krytyczny, społecznie zaangażowany, polityczny łeb nigdy nie wpadł na to, że mogą być sprawy, dla których warto oddać życie. I my je oddamy, kochany! Nawet jeśli nas wyśmieją. A wyśmieją nas na pewno, bo nie będą potrafili zrozumieć, bo pokażemy im ich własną nicość, małość, nijakość. Skoro jednak gotowi jesteśmy polec w boju, to z tym większą chęcią staniemy się pośmiewiskiem! Niech naszym requiem będzie chichot. Nie dlatego, że nie zasługujemy na więcej! Lecz dlatego, że świat nie zasługuje na to, żeby więcej nam dać!” – kończyłby imaginowaną mowę do Przyjaciela, ale w szarej jak codzienność i jak suka burej rzeczywistości wdał się w pyskówkę z Lisem, której nie mógł przerwać.
– Nic nie wiesz, Posępie! I pozbądź się wreszcie tej czkawki!
– Ogh… ogh…!?
Jakim cudem Lis zrozumiał, że Posęp w narzeczu czkawki pyta: „ale jak?!”, pozostanie nierozwikłaną tajemnicą z pogranicza translatoryki i magii. Grunt, że zrozumiał. Nie tracąc ani chwili, wskoczył olbrzymowi do gardła i ciasno obwiązał się wokół niego całym ciałem.
– Przyduszę cię i czkawka przejdzie – poinformował cokolwiek zdezorientowanego Posępa.
– Mmmm… Mmmm… Mmmm… Mmmm…. Mmmm!
Pogranicze translatoryki i magii jest snadź obszarem urodzajnym w cuda, bo Lis ponownie zrozumiał olbrzyma, który powiedział: „Przecież sam mogę wstrzymać oddech!”.
– Sam to sobie możesz.
– Mmm?
– Jajco – odpowiedział Lis i jeszcze mocniej zacisnął się na pysku Posępa. Po kilku chwilach poczuł, że dłużej nie da rady się utrzymać. Lecąc na ziemię z Posępowego gardła, krzyknął, wskazawszy na Przyjaciela:
– To strach na wróble!
I tak już blady od przyduszania olbrzym, zbladł jeszcze bardziej. Ale za to przeszła mu czkawka. Jeśli zatem drżał mu głos, to nie od niej, lecz ze strachu, wzruszenia i przeczuwanej rozpaczy.
– Czy to prawda, Don Kichocie?
Nie jest dobrze, gdy rycerze są błędni. Ale gdy błędne zaczynają być olbrzymy, jest już bardzo źle. Trudno orzec, czy lepiej wziąć wiatrak za potwora, czy byle jak z gałganów skleconą kukłę za bohatera. W jednym i drugim przypadku coś się kończy, coś pęka. Może to mózg, który podsuwa choremu szaleńcze wizje, a może serce, które potrafi bić już tylko w ich rytmie? Wynikają z tego śmieszne nieporozumienia. Prostytutki bierze się za damy, stada owiec za wrogie armie, zło za coś, czemu należy się przeciwstawić, a dobro za coś, za co warto oddać życie. Qui pro quo! Wiele smutku jest jednak w tej komedii. I tęsknoty za powagą. Za wzniosłością, patosem, męstwem, wiernością, szlachetnością, honorem i co tam jeszcze zbierali rycerze na bój. Nie żeby życie robiło się od tego łatwiejsze, jest wręcz przeciwnie, ale przynajmniej wie się wtedy i czuje, że żyje się z jakiegoś powodu i dla jakiegoś celu, nie na marne, że nie zostało się w nie wrzuconym jak śmieć, ale że ma się na nim swoje zadanie do wykonania, jest się za nie odpowiedzialnym i nie można spocząć, dokąd się go nie wypełni.
Zagaduje więc Posęp od czasu do czasu do stracha na wróble. Ponura maszkara mówi olbrzymowi, a w każdym razie tak mu się zdaje, o blaskach i cieniach rycerskiego żywota, mrożących krew w żyłach przygodach, miłości do pięknej Dulcynei z Toboso, użeraniu się z Sancho Pansą i o nijakim Alonso Quijano, który pewnego razu wszystko to jej opowiedział. Kukła drze łacha ze starego wariata aż szwy jej na szmatach pękają, a Posęp, wysłuchawszy tych historii, wraca na swoje miejsce na skraju pola, siada i płacze.
Lis już o nic go nie pyta. Mija w milczeniu, idzie do lasu.