
15 grudnia 1935 r., „Express Wileński”, dbając o dobry humor mieszkańców grodu nad Wilią, zamieścił notatkę o treści następującej:
„W sowieckim komisariacie kultury odbyła się ostatnio wielka konferencja, mająca na celu 'moralną i socjalną rehabilitację’ Szekspira, któremu w 1906 r. Tołstoj zarzucił nadmierną sympatię dla osób bogatych i wysoko postawionych. Po trzydniowych naradach sowieccy spece od literatury orzekli triumfalnie, że autor Hamleta 'nie jest pisarzem klasowym’ i że 'byłby na pewno bolszewikiem, gdyby bolszewizm egzystował w XVI wieku’. Jaka szkoda, że towarzysz Szekspir nie może niestety przybyć do Moskwy po odbiór legitymacji partyjnej!”.
Łatwo było ironizować w wolnej Rzeczypospolitej, gdzie Shakespeare był znany, ceniony i grywany bez konieczności ideologicznej rehabilitacji przez grono „uczonych” podczas pseudonaukowych konferencji. Kilkanaście lat później postrzeganie Mistrza Williama jako ideowego „poputczika” (ideowego sojusznika) przodującego ustroju („socjalizmu” budującego komunizm) stało się oficjalnie obowiązujące także w okupowanej przez Sowietów Polsce. Już przy okazji zorganizowanego w 1947 r. ogólnopolskiego Konkursu Szekspirowskiego pojawiły się w komentarzach i recenzjach „jedynie słuszne” akcenty. Wystarczająco wymowny był zresztą – zaakceptowany przez wszechwładną cenzurę – konkursowy repertuar: zdominowany przez komedie, bez Makbeta i kronik królewskich. Bo przecież nie wszystkie Szekspirowskie utwory zostały w Moskwie „zrehabilitowane”. A w czasie, gdy trwała festiwalowa feta, jeden z najwybitniejszych polskich szekspirologów, Władysław Tarnawski, siedział na Rakowieckiej, aresztowany za działalność w Komitecie Ziem Wschodnich. Skazany na 10 lat, zmarł w mokotowskim więzieniu w 1951 r., a dzieło jego życia, kompletne tłumaczenie dramatów Shakespeare’a, sporządzone podczas wojny we Lwowie, w większości przepadło.
Prasa pierwszej dekady „Polski ludowej” obficie informowała o szekspirowskim dorobku scen sowieckich. Usilnie podkreślano zwłaszcza upowszechnienie dzieł Stratfordczyka wśród „stu narodów” Kraju Rad (tak pieszczotliwie nazywało się wówczas Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, słowo „sowiecki” było kategorycznie zakazane). Stąd liczne doniesienia w rodzaju: „Król Lear w języku tatarskim w Kazaniu” („Odrodzenie” 1945 nr 27); „Gruzińscy chłopi grają Szekspira” (Teatr” 1950 nr 7); „w Stalinabadzie zorganizowano wystawę fotografii z przedstawień szekspirowskich Teatru Tadżyckiego” („Teatr” 1954 nr 12); „Otello Szekspira przetłumaczony został na język jakucki” („Teatr” 1955 nr 7). Prowadziło to do konstatacji, że „Związek Radziecki bywa nazywany drugą ojczyzną Szekspira, ze względu na ogromne zainteresowanie, jakim w teatrach radzieckich cieszą się jego utwory” („Teatr” 1954 nr 16).
Oczywiście bardzo to pięknie, tyle że w warunkach ścisłej ideologicznej kontroli istotę rzeczy stanowiło nie co, ale w jaki sposób było prezentowane. I tu zapał polskiej prasy, zwłaszcza tzw. kulturalnej, do szczegółowego referowania interpretacyjnych osiągnięć Kraju Rad, wyraźnie spadał – bo nawet w najgorszych czasach trudno było liczyć na pozytywną reakcję czytelników. Stąd ogólniki w rodzaju: „Najczęściej grywany jest na scenach radzieckich Otello” („Teatr” 1953 nr 13). I nic dziwnego, zważywszy, jak wiele miejsca w sowieckiej propagandzie antyamerykańskiej zajmował nurt: „a u was Murzynów biją”1, Otella zaś prezentowano z reguły jako sztukę antyrasistowską. Obłąkańcza zazdrość weneckiego Maura (a może Afrocypryjczyka?) wedle postępowej interpretacji miała zatem wynikać z prześladowania go przez białych.
Z kolei „Listy z Teatru” (1949 nr 32) w notatce o występach w Moskwie zespołu z Mińska, stolicy sowieckiej Białorusi, informowały: „Jak stwierdził recenzent „Prawdy”, teatr […] podkreślił aktualność Romea i Julii, a w szczególności walkę z barbarzyństwem feudalnym, uwydatniając przeciwne sporowi Kapuletów i Montecchich postacie ks. Eskala i Wawrzyńca”. Czyli lewą ręką za prawe ucho, w dodatku jak na „socjalistyczne” przekonania dosyć dziwnie. Pozytywny książę jeszcze ujdzie, bywali różnego autoramentu „czerwoni książęta” albo i hrabiowie (jak wspomniany wyżej Lew Tołstoj), ale podstępny klecha, czyli ojciec Laurenty wydaje się postępowi wręcz przeciwny. Z drugiej jednak strony, gdy chodzi o Romea i Julię, dziś nas już nic nie zadziwi…
Problemy szczególne stwarzał Hamlet. Tendencja do rezygnacji z tzw. „hamletyzowania” na rzecz niezłomnej, świadomej postawy bohatera, walczącego o lepsze jutro, nawet w samym Związku Sowieckim budziła zastrzeżenia, jako zbyt upraszczająca. Pogląd taki wyrażał cytowany na łamach „Teatru” (1947 nr 10–11) wybitny krytyk Józef Juzowski:
„hamletyzm pozostać winien w Hamlecie […] dlatego, że bez tego motywu nie przybierze realnych kształtów idea, jaką pragniemy uwydatnić. […] Ideały dobra, prawdy, piękna, sprawiedliwości zawsze żyły w sercu ludzkości, choć czas ziszczenia ich jeszcze nie nadszedł. Hamlet jest wyrazicielem tego wiecznego marzenia, dlatego sam jest wieczny. Ludzkość […[ wypowiedziała ustami Hamleta, że pragnęła tych ideałów i nie miała sił wcielić ich w życie. […] Hamlet czuje w sobie krok historii, która nie osiągnęła jeszcze swego punktu kulminacyjnego. To miało nastąpić później”.
Juzowski źle na tym wyszedł – dwa lata później stracił pracę, oskarżony o hołdowanie burżuazyjnej estetyce – choć „kulminacyjny punkt historii” wskazał przecież w sposób nietrudny wówczas do odgadnięcia. Dziś o „październikowej rewolucji” roku 1917 czyli bolszewickim puczu Lenina mało kto już pamięta. Ale tak sobie niekiedy myślę, że jej dorobek chyba nie przepadł ze szczętem…
Jarosław Komorowski
1 Był taki żarcik, opowiadany rzecz jasna po cichu: „Na konferencji prasowej w ONZ amerykański dziennikarz zapytał towarzysza Chruszczowa: Czy w Związku Radzieckim jest wolność słowa? – A u was Murzynów biją!”.