
Podczas przepełnionego wydarzeniami roku 2016 we Wrocławiu zobaczyć można było m.in. Muzeum marzeń. To performatywne przedsięwzięcie przygotowane w ramach programu Europejskiej Stolicy Kultury, a rozgrywane w salach Muzeum Narodowego, zespoliło dzieła plastyczne i performatywne, odświeżając znaczenie sformułowania ut pictura poesis. Ciekawy w koncepcji i znakomity w wykonaniu projekt mógł się wydawać hermetyczny, skierowany do wąskiej grupy widzów, którzy nie tylko bywają w muzeach, ale w dodatku chodzą do teatru. Jednak pokazy przyciągnęły tłumy poszukiwaczy marzeń – niezrażonych pozorną ekskluzywnością projektu i ledwie mieszczące się w muzealnych przestrzeniach.
Współcześnie teatry obok produkcji przedstawień proponują najrozmaitsze warsztaty, czytania, spotkania z artystami, projekcje filmów itd. Podobnie muzea przestają być wyłącznie miejscami ekspozycji Wybitnych Dzieł Wielkich Twórców. Wrocławski oddział Muzeum Narodowego, po sukcesie eksperymentalnego Muzeum marzeń, powołał do istnienia Teatr Czterech. Zespół działa przy Pawilonie Czterech Kopuł, najnowszej przestrzeni muzealnej miasta, zlokalizowanej w bezpośrednim sąsiedztwie Hali Stulecia. Zadaniem Teatru Czterech jest konfrontowanie siebie (i widzów) z pracami prezentowanymi w Muzeum, a konfrontacja ta ma stanowić rodzaj artystycznego dialogu z dziełami plastycznymi, performatywnej odpowiedzi na (dorozumiane?) pytania stawiane przez dzieła. Pawilon Czterech Kopuł gości obecnie wystawę Willmann. Opus magnum, poświęconą twórczości „śląskiego Rembrandta” Michaela Willmanna. Teatr Czterech w walentynkowe popołudnie zaprosił do odwiedzenia wystawy umieszczając ją w kontekście święta zakochanych. Tego dnia zespół zaproponował czytanie Jakimś cudem, na które złożyły się fragmenty Pieśni nad pieśniami i monologu z Łaknąć Sarah Kane.
Prowadzeni w korowodzie/pochodzie/szeregu uformowanym przez wykonawców wędrowaliśmy przez kilka sal z dziełami Willmanna. Marszowi pomagał rytm wygrywany na bongosie i śpiewany fragment Pieśni nad pieśniami „pożyczony” od Siewców Lednicy, grupy muzycznej towarzyszącej dorocznym spotkaniom chrześcijan nad Jeziorem Lednickim. W końcu dotarliśmy do niewielkiego pomieszczenia, gdzie siedliśmy w otoczeniu malowideł zdjętych ze stropów pałacu opatów lubiąskich w Moczydlnicy Klasztornej.
Marsz od wejścia do przestrzeni docelowej z samym czytaniem połączył zaskakujący, przemocowy performans władzy: do odwróconej tyłem kobiety podszedł mężczyzna, ten sam, który jeszcze przed chwilą śpiewem zachęcał „wstań przyjaciółko moja, pójdź piękna moja”, po czym brutalnie, bez wprawy, obciął jej garść włosów. Następnie kobieta i mężczyzna zeszli ze sceny pozostawiając na niej obcięte pukle. Rozpoczęło się czytanie.
Biblijny poemat miłosny docierał z różnych miejsc: wykonawcy siedzieli między widzami. W adaptacji tekstu podział na Oblubienicę, Oblubieńca i chór jest zatarty, ponieważ poszczególne partie utworu zostały rozdzielone między kilkoro wykonawców. Wysłuchaliśmy w zasadzie nie tyle dialogu zakochanych czy rozpaczliwej narracji Sulamitki błądzącej w ciemności, co szeregu lirycznych opisów urody i powabu ciał. Podobny zabieg towarzyszył lekturze monologu Kane. Rosnąca fala emocjonalna, wpisana w ten tekst, została rozproszona przez prosty zabieg, jakim było czytanie jego fragmentów przez różnych wykonawców. W tle towarzyszyło im szeptane „To się musi skończyć”, niepokojące memento zaczerpnięte z tego samego dramatu. Finałowa fraza poetyckiego solilokwium, „jakimś cudem, jakimś cudem opowiedzieć ci o (…) miłości, jaką do ciebie czuję”, inaczej niż w dramatopisarskim zamyśle, nie zabrzmiała jak obezwładniające przemożnością wyznanie, była po prostu jeszcze jednym elementem falującej struktury całości. Po około czterdziestu minutach czytanie zakończyło się wyjściem wykonawców.
Odrestaurowane stropy z Moczydlnicy Klasztornej z motywami zakochanej pary potraktowano jako pretekst łączący dzień zakochanych oraz wystawę – ale nie ograno ich, ani w żaden sposób nie odwoływano się do nich w trakcie performansu. Owszem, mogliśmy je oglądać, jednak nie ze wszystkich miejsc na sali było to możliwe ze względu choćby na światło. Szkoda, bo potencjał prac Willmanna jest olbrzymi, i można było mocniej zakotwiczyć w nich walentynkowe wydarzenie. Bez tego rozproszone impulsy sugerowały pewne zagubienie zespołu. Nie sposób znaleźć też wspólnego mianownika dla tak różnych kontekstów, jak charakterystyczna fraza lednickiej pieśni, obcinanie włosów czy zabieg adaptacyjny – niekonsekwencja w trzymaniu się płci podmiotów lirycznych. W samej narracji teatralnej tempo i dramaturgia wydarzenia mogłyby zostać potraktowane z nieco większą pieczołowitością. Należy się ona również artystom, tak wykonawcom i twórcom czytania, jak i autorom wykorzystanych tłumaczeń (nazwisk nie ma nigdzie, nawet w opisie wydarzenia na stronie Muzeum). Mimo usterek inicjatywa Muzeum zasługuje jednak na docenienie, bo wprowadza odświeżającą jakość w obszar korespondencji sztuk.
Teatr Czterech uruchomiła i prowadzi Justyna Oleksy, edukatorka pracująca w Pawilonie Czterech Kopuł. Ten udany mariaż działań performatywnych i sztuki plastycznej, międzypokoleniowe przedsięwzięcie twórcze, umożliwia wielopoziomową komunikację z dziełami sztuki, otwiera wyobraźnię i pozwala jej swobodnie błądzić. Działania Teatru towarzyszą zazwyczaj finisażom wystaw, są ostatnim akordem, po którym nastaje moment „pożegnania z tytułem”. Teatr Czterech tym razem pokusił się o performatywną interwencję w tkankę wystawy, która wciąż jest otwarta dla zwiedzających. Warto ją zobaczyć z frazami Pieśni nad pieśniami w uchu czy monologiem Kane pobrzmiewającym z tyłu głowy – a nawet i bez tych kontekstów.
Jakimś cudem, czytanie fragmentów Pieśni nad pieśniami i monologu z Łaknąć Sarah Kane, opieka artystyczna Justyna Oleksy, Teatr Czterech, Pawilon Czterech Kopuł – Muzeum Narodowe we Wrocławiu, 14 lutego 2020
Ilość wpisów archiwalnych: 72