Kamil Bujny / PĘKNIĘCIA

Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, reżyseria Norbert Rakowski, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu.

Nie wiem, czy jest drugi taki zespół dramatyczny w Polsce, w którym tak często angażuje się do udziału w przedstawieniach publiczność, jak w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Nie tak dawno Patrycja Wysokińska przygotowała Kordiana; na motywach dramatu Juliusza Słowackiego z opolską młodzieżą w rolach głównych, a teraz dyrektor Norbert Rakowski zrealizował Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, spektakl, w którym pojawia się aż kilkunastu wyłonionych drogą warsztatów performerów.

Jak opowiedzieć o rutynie? Chyba najlepiej ją pokazać. Cztery dobre powody… rozpoczynają się więc od długiego obrazu monotonii. Na scenie widzimy Romę, graną przez pięćdziesięcioletnią łódzką aktorkę Milenę Lisiecką, która w Opolu występuje gościnnie. Bohaterka od wielu lat pracuje w muzeum sztuki współczesnej, gdzie pilnuje porządku na wystawach. Codziennie rano otwiera placówkę, włącza światła, sprawdza, czy można zaprosić widzów do oglądania ekspozycji. Gdy wszystko jest gotowe, a w krętych muzealnych korytarzach pojawi się zniecierpliwiona publiczność, Roma zasiądzie na swoim wysłużonym krześle i przez kolejne kilka godzin stanie się dla innych niewidzialna. Będzie nieruchomo siedziała w rogu dużego pomieszczenia, uważnie obserwując gości muzeum – czy aby na pewno każdy przestrzega znanego przez nią na pamięć regulaminu. Jeśli zajdzie taka potrzeba, bohaterka zwróci komuś uwagę (upomni rozmawiających przez telefon i biegających pomiędzy eksponatami) lub pogawędzi chwilę ze współpracownikiem Bogusiem (Jakub Klimaszewski), ale w trakcie zmiany nic nie powinno jej raczej zaskoczyć – tak jak nie zaskakiwało dotąd od kilkudziesięciu lat.

Świadkami takich zupełnie zwyczajnych wydarzeń stajemy się na początku spektaklu, gdy nieśpiesznie przyglądamy się Romie – widzimy, jak wygląda jej codzienność, czym się zajmuje, a co ją denerwuje; przez długie kwadranse oglądamy statyczne sceny wykonywania pracy, zastanawiając się, czy w życiu bohaterki (a wobec tego – w przedstawieniu) cokolwiek się wydarzy. Jesteśmy obserwatorami zdarzeń absolutnie powszechnych, zupełnie nieciekawych: kobieta przychodzi do pracy, jest w pracy, wychodzi z pracy. I tak w kółko. Nic zaskakującego. Wprawdzie wokół niej ludzie obcują ze sztuką, oglądają obrazy i rozmawiają o nich, niekiedy też przeżywają prawdziwe życiowe dramaty (jak kłócący się, grani przez Karolinę Kuklińską i Konrada Wosika, kochankowie), jednak sama bohaterka wydaje się wyzuta z emocji i pozbawiona życia wewnętrznego. Jakiś czas żywimy jeszcze nadzieję na to, że w przedstawieniu coś się odmieni i Roma okaże się mieć jakieś pęknięcie, jednak ostatecznie nic – nawet tłum ludzi, który obok niej każdego dnia się przetacza – jej nie zmienia. Od początku do końca mamy więc postać wypaloną, zrezygnowaną, jakby umarłą w środku; robi to, co do niej należy, czyli pilnuje porządku na wystawie, ale niewiele poza tym – zupełnie tak, jakby sama była jednym z obiektów, których uparcie strzeże.

Rakowskiego interesuje uprawianie dużego, społecznie zaangażowanego teatru, nie tylko włączającego się w ważne dla wspólnoty tematy, lecz także zapraszającego do udziału lokalną społeczność. Już w Badaniach ściśle tajnych Iwana Wyrypajewa oglądaliśmy w Opolu z rozmachem przygotowane widowisko, w którym – głównie w scenach zespołowych, ruchowych – brało udział kilkunastu aktorów-amatorów, wybranych drogą castingów. Podobnie jest w Czterech dobrych powodach, by rzucić wszystko w cholerę: szóstce aktorów (poza Lisiecką, Klimaszewskim, Kuklińską i Wosikiem – Magdalena Maścianica i Bartosz Woźny) towarzyszą performerzy-amatorzy. Tym razem, w przeciwieństwie do przywołanych Badań…, twórcy zdecydowali się na poszerzony zespół nie po to, by budować wielkie, monumentalne sceny ruchowe, lecz po to, by podkreślić osamotnienie głównej bohaterki: przebywa ona cały czas wśród ludzi, a mimo to pozostaje sama. Z własnej woli? Przez przypadek? Spektakl stawia wiele podobnych i innych pytań, ale nie przynosi odpowiedzi. Zwodzi obietnicą dobrej zabawy i sugestią, że pozwoli zrozumieć motywacje bohaterów, jednak ostatecznie zostawia widza z poczuciem pustki – i nie dlatego, że reżyser nie wie, co chce pokazać, lecz dlatego, że prawdy, o których pragnie opowiadać, nie pozwalają się streszczać, zamykać w krótkich sentencjach. Z tego też powodu stawką Czterech dobrych powodów…. jest nie zrozumienie, lecz nieśpieszna kontemplacja, spokojne uczestniczenie w codzienności bohaterów. Chciałoby się, próbując przejrzeć osobowość Romy, więcej – emocjonujących, dramatycznych dialogów, odsłaniających ukryte prawdy o naturze człowieka i wyciągających na światło dzienne dawne zdarzenia. W przedstawieniu Rakowskiego nic takiego jednak nie następuje. Żadnych psychoanaliz, rachunków sumienia czy spowiedzi. Obserwujemy za to niczym nieudramatyzowaną rzeczywistość Romy, w której niby nic się nie dzieje, ale – jeśli wykażemy się czułością i cierpliwością – zdołamy dostrzec zapowiedź procesu rozpadu psychiki.

Tytułowe cztery powody, by rzucić wszystko w cholerę, jeśli dobrze czytam intencje twórców, to tak naprawdę cztery dni z życia bohaterki, w trakcie których – po latach stałości, braku zmian – dochodzi w postaci do pęknięcia. Co na to wpłynęło? Co wywołało zmianę? Z pozoru nic. Może jakaś rozmowa? Przykre przeżycie? Dni pracy, które jako widzowie obserwujemy, minęły przecież bohaterce tak, jak wszystkie poprzednie – na upominaniu innych, na rozmowach ze współpracownikami, na przyglądaniu się obrazom. A jednak stało się coś, że Roma po wielu, wielu latach pękła i postanowiła – tak jak w tytule – rzucić wszystko w cholerę. Zapowiedzią tego zdarzenia, swoistym omenem, mogłaby być rzeźba, która pojawiła się na wystawie – wielka kamienna, sześcienna bryła z licznymi pęknięciami i rysami, przemawiającymi do wrażliwości Romy. Ale czy to to? Czy kontakt ze sztuką wystarczy, by coś zmienić? Czy właśnie wtedy, przy pierwszej konfrontacji z dziełem, bohaterka postanowiła rzucić wszystko i uciec? Możemy się tylko domyślać. Aktorka, grając bardzo konsekwentnie, nienachalnie i oszczędnie, tworzy tajemniczą postać, której postępowania nie tłumaczy nawet sam scenariusz – pozostawia on wiele niedopowiedzeń co do motywacji bohaterki; wiedzę o kobiecie i jej decyzjach czerpiemy więc raczej z własnych obserwacji, a te – nawet w najlepszych, laboratoryjnych warunkach – potrafią być przecież błędne.

Twórcy, wychodząc na poziomie tytułu od żartu, poprzez nawiązanie do popularnego w Internecie, obecnego w wielu memach i postach, retorycznego pytania „A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?”, zwodzą widza. Początkowo można odnieść wrażenie, że przedstawienie będzie miało komediowy, jeśli nie nawet stand-upowy, charakter, ale szybko okazuje się, że wcale tak nie jest. Przygotowane przez Rakowskiego widowisko to raczej powolne studium rozpadu osobowości, powściągliwie i sugestywnie poprowadzone. To jedno z tych przedstawień, o którym więcej nie wiadomo niż wiadomo, a wszystko przez to, że jest dane odbiorcy bardziej do doświadczenia niż rozumienia. Przestrzeń działań aktorskich, szczegółowo zaprojektowana i przygotowana przez Marię Jankowską, zapewnia wykonawcom pole do prowadzenia postaci niejako w ich naturalnym środowisku – jeśli widzimy muzealnego widza oglądającego wystawę, to dzięki realistycznej, przestrzennej scenografii, na którą rzeczywiście składają się instalacje artystyczne, mamy wrażenie, że naprawdę podziwia on ekspozycję. Naturalność oraz brak wymuszenia w zachowaniu performerów sprawiają, że z zainteresowaniem obserwuje się to, co na scenie, nawet jeśli przez znaczny czas patrzymy na bohaterów, którzy… pilnują innych bohaterów. Po prostu im się wierzy.

Jestem ciekawy, co się stanie z tym spektaklem w przyszłości, po premierze. Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę to przedstawienie wymagające przede wszystkim cierpliwości i czasu, czyli tych rzeczy, których współczesnemu widzowi często brakuje. Rakowski bardziej niż zamkniętą fabularnie opowieść o ustalonych sensach proponuje publiczności swoiste studium przypadku, żywy materiał, operację na otwartym organizmie bohaterki. Jak się ona powiodła? A jak przebiegnie innym razem, w przyszłości? Trudno powiedzieć – skutków operacji nigdy nie sposób dokładnie przewidzieć.

Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, koncept i reżyseria: Norbert Rakowski; choreografia: Janusz Orlik; scenografia: Maria Jankowska; kostiumy: Paula Grocholska; reżyseria światła: Bogumił Palewicz; wideo: Wojciech Kapela. Teatr im. Jana Kochanowskiego (Duża Scena) w Opolu, premiera 28 kwietnia 2023.