fot. Edgar de Poray
Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, reżyseria Norbert Rakowski, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu.
Nie wiem, czy jest drugi taki zespół dramatyczny w Polsce, w którym tak często angażuje się do udziału w przedstawieniach publiczność, jak w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Nie tak dawno Patrycja Wysokińska przygotowała Kordiana; na motywach dramatu Juliusza Słowackiego z opolską młodzieżą w rolach głównych, a teraz dyrektor Norbert Rakowski zrealizował Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, spektakl, w którym pojawia się aż kilkunastu wyłonionych drogą warsztatów performerów.
fot. Edgar de Poray
Jak opowiedzieć o rutynie? Chyba najlepiej ją pokazać. Cztery dobre powody… rozpoczynają się więc od długiego obrazu monotonii. Na scenie widzimy Romę, graną przez pięćdziesięcioletnią łódzką aktorkę Milenę Lisiecką, która w Opolu występuje gościnnie. Bohaterka od wielu lat pracuje w muzeum sztuki współczesnej, gdzie pilnuje porządku na wystawach. Codziennie rano otwiera placówkę, włącza światła, sprawdza, czy można zaprosić widzów do oglądania ekspozycji. Gdy wszystko jest gotowe, a w krętych muzealnych korytarzach pojawi się zniecierpliwiona publiczność, Roma zasiądzie na swoim wysłużonym krześle i przez kolejne kilka godzin stanie się dla innych niewidzialna. Będzie nieruchomo siedziała w rogu dużego pomieszczenia, uważnie obserwując gości muzeum – czy aby na pewno każdy przestrzega znanego przez nią na pamięć regulaminu. Jeśli zajdzie taka potrzeba, bohaterka zwróci komuś uwagę (upomni rozmawiających przez telefon i biegających pomiędzy eksponatami) lub pogawędzi chwilę ze współpracownikiem Bogusiem (Jakub Klimaszewski), ale w trakcie zmiany nic nie powinno jej raczej zaskoczyć – tak jak nie zaskakiwało dotąd od kilkudziesięciu lat.
fot. Edgar de Poray
Świadkami takich zupełnie zwyczajnych wydarzeń stajemy się na początku spektaklu, gdy nieśpiesznie przyglądamy się Romie – widzimy, jak wygląda jej codzienność, czym się zajmuje, a co ją denerwuje; przez długie kwadranse oglądamy statyczne sceny wykonywania pracy, zastanawiając się, czy w życiu bohaterki (a wobec tego – w przedstawieniu) cokolwiek się wydarzy. Jesteśmy obserwatorami zdarzeń absolutnie powszechnych, zupełnie nieciekawych: kobieta przychodzi do pracy, jest w pracy, wychodzi z pracy. I tak w kółko. Nic zaskakującego. Wprawdzie wokół niej ludzie obcują ze sztuką, oglądają obrazy i rozmawiają o nich, niekiedy też przeżywają prawdziwe życiowe dramaty (jak kłócący się, grani przez Karolinę Kuklińską i Konrada Wosika, kochankowie), jednak sama bohaterka wydaje się wyzuta z emocji i pozbawiona życia wewnętrznego. Jakiś czas żywimy jeszcze nadzieję na to, że w przedstawieniu coś się odmieni i Roma okaże się mieć jakieś pęknięcie, jednak ostatecznie nic – nawet tłum ludzi, który obok niej każdego dnia się przetacza – jej nie zmienia. Od początku do końca mamy więc postać wypaloną, zrezygnowaną, jakby umarłą w środku; robi to, co do niej należy, czyli pilnuje porządku na wystawie, ale niewiele poza tym – zupełnie tak, jakby sama była jednym z obiektów, których uparcie strzeże.
fot. Edgar de Poray
Rakowskiego interesuje uprawianie dużego, społecznie zaangażowanego teatru, nie tylko włączającego się w ważne dla wspólnoty tematy, lecz także zapraszającego do udziału lokalną społeczność. Już w Badaniach ściśle tajnych Iwana Wyrypajewa oglądaliśmy w Opolu z rozmachem przygotowane widowisko, w którym – głównie w scenach zespołowych, ruchowych – brało udział kilkunastu aktorów-amatorów, wybranych drogą castingów. Podobnie jest w Czterech dobrych powodach, by rzucić wszystko w cholerę: szóstce aktorów (poza Lisiecką, Klimaszewskim, Kuklińską i Wosikiem – Magdalena Maścianica i Bartosz Woźny) towarzyszą performerzy-amatorzy. Tym razem, w przeciwieństwie do przywołanych Badań…, twórcy zdecydowali się na poszerzony zespół nie po to, by budować wielkie, monumentalne sceny ruchowe, lecz po to, by podkreślić osamotnienie głównej bohaterki: przebywa ona cały czas wśród ludzi, a mimo to pozostaje sama. Z własnej woli? Przez przypadek? Spektakl stawia wiele podobnych i innych pytań, ale nie przynosi odpowiedzi. Zwodzi obietnicą dobrej zabawy i sugestią, że pozwoli zrozumieć motywacje bohaterów, jednak ostatecznie zostawia widza z poczuciem pustki – i nie dlatego, że reżyser nie wie, co chce pokazać, lecz dlatego, że prawdy, o których pragnie opowiadać, nie pozwalają się streszczać, zamykać w krótkich sentencjach. Z tego też powodu stawką Czterech dobrych powodów…. jest nie zrozumienie, lecz nieśpieszna kontemplacja, spokojne uczestniczenie w codzienności bohaterów. Chciałoby się, próbując przejrzeć osobowość Romy, więcej – emocjonujących, dramatycznych dialogów, odsłaniających ukryte prawdy o naturze człowieka i wyciągających na światło dzienne dawne zdarzenia. W przedstawieniu Rakowskiego nic takiego jednak nie następuje. Żadnych psychoanaliz, rachunków sumienia czy spowiedzi. Obserwujemy za to niczym nieudramatyzowaną rzeczywistość Romy, w której niby nic się nie dzieje, ale – jeśli wykażemy się czułością i cierpliwością – zdołamy dostrzec zapowiedź procesu rozpadu psychiki.
fot. Edgar de Poray
Tytułowe cztery powody, by rzucić wszystko w cholerę, jeśli dobrze czytam intencje twórców, to tak naprawdę cztery dni z życia bohaterki, w trakcie których – po latach stałości, braku zmian – dochodzi w postaci do pęknięcia. Co na to wpłynęło? Co wywołało zmianę? Z pozoru nic. Może jakaś rozmowa? Przykre przeżycie? Dni pracy, które jako widzowie obserwujemy, minęły przecież bohaterce tak, jak wszystkie poprzednie – na upominaniu innych, na rozmowach ze współpracownikami, na przyglądaniu się obrazom. A jednak stało się coś, że Roma po wielu, wielu latach pękła i postanowiła – tak jak w tytule – rzucić wszystko w cholerę. Zapowiedzią tego zdarzenia, swoistym omenem, mogłaby być rzeźba, która pojawiła się na wystawie – wielka kamienna, sześcienna bryła z licznymi pęknięciami i rysami, przemawiającymi do wrażliwości Romy. Ale czy to to? Czy kontakt ze sztuką wystarczy, by coś zmienić? Czy właśnie wtedy, przy pierwszej konfrontacji z dziełem, bohaterka postanowiła rzucić wszystko i uciec? Możemy się tylko domyślać. Aktorka, grając bardzo konsekwentnie, nienachalnie i oszczędnie, tworzy tajemniczą postać, której postępowania nie tłumaczy nawet sam scenariusz – pozostawia on wiele niedopowiedzeń co do motywacji bohaterki; wiedzę o kobiecie i jej decyzjach czerpiemy więc raczej z własnych obserwacji, a te – nawet w najlepszych, laboratoryjnych warunkach – potrafią być przecież błędne.
fot. Edgar de Poray
Twórcy, wychodząc na poziomie tytułu od żartu, poprzez nawiązanie do popularnego w Internecie, obecnego w wielu memach i postach, retorycznego pytania „A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?”, zwodzą widza. Początkowo można odnieść wrażenie, że przedstawienie będzie miało komediowy, jeśli nie nawet stand-upowy, charakter, ale szybko okazuje się, że wcale tak nie jest. Przygotowane przez Rakowskiego widowisko to raczej powolne studium rozpadu osobowości, powściągliwie i sugestywnie poprowadzone. To jedno z tych przedstawień, o którym więcej nie wiadomo niż wiadomo, a wszystko przez to, że jest dane odbiorcy bardziej do doświadczenia niż rozumienia. Przestrzeń działań aktorskich, szczegółowo zaprojektowana i przygotowana przez Marię Jankowską, zapewnia wykonawcom pole do prowadzenia postaci niejako w ich naturalnym środowisku – jeśli widzimy muzealnego widza oglądającego wystawę, to dzięki realistycznej, przestrzennej scenografii, na którą rzeczywiście składają się instalacje artystyczne, mamy wrażenie, że naprawdę podziwia on ekspozycję. Naturalność oraz brak wymuszenia w zachowaniu performerów sprawiają, że z zainteresowaniem obserwuje się to, co na scenie, nawet jeśli przez znaczny czas patrzymy na bohaterów, którzy… pilnują innych bohaterów. Po prostu im się wierzy.
fot. Edgar de Poray
Jestem ciekawy, co się stanie z tym spektaklem w przyszłości, po premierze. Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę to przedstawienie wymagające przede wszystkim cierpliwości i czasu, czyli tych rzeczy, których współczesnemu widzowi często brakuje. Rakowski bardziej niż zamkniętą fabularnie opowieść o ustalonych sensach proponuje publiczności swoiste studium przypadku, żywy materiał, operację na otwartym organizmie bohaterki. Jak się ona powiodła? A jak przebiegnie innym razem, w przyszłości? Trudno powiedzieć – skutków operacji nigdy nie sposób dokładnie przewidzieć.
Cztery dobre powody, by rzucić wszystko w cholerę, koncept i reżyseria: Norbert Rakowski; choreografia: Janusz Orlik; scenografia: Maria Jankowska; kostiumy: Paula Grocholska; reżyseria światła: Bogumił Palewicz; wideo: Wojciech Kapela. Teatr im. Jana Kochanowskiego (Duża Scena) w Opolu, premiera 28 kwietnia 2023.