Jarosław Jakubowski / „CIRCUS MUNDI (W STANIE KWARANTANNY)” – odcinek XII: „Róże”

rys. Miriam H. Spalinski

OSOBY:

COCO

RICO

(para klaunów na wycugu)

Część dwunasta

Róże

Coco i Rico przed opustoszałym, tu i ówdzie nadszarpniętym przez czas i wiatr namiotem Cyrku „Mundi”. Oboje ubrani w pstrokate, podniszczone i w wielu miejscach zacerowane stroje klaunów. Gdzieś obok cyrkowa buda na sflaczałych kołach. Poza tym – pustka.

Rico energicznie, z rękoma założonymi do tyłu, chodzi w tę i z powrotem, rozmyślając nad czymś intensywnie. Coco widząc to zaczyna naśladować ruchy Rico bezszelestnie niczym mim. Rico pogrążony w myślach nie dostrzega i nie słyszy jej. Chodzą tak jakiś czas. Nagle Rico zatrzymuje się i odwraca, to samo robi Coco.

RICO: Co robisz, Coco?

COCO: Co robisz, Rico?

RICO: Chodzę i myślę.

COCO: A o czym myślisz?

RICO: Co robić.

COCO: Wymyśliłeś coś?

RICO: Nie, bo mi przeszkodziłaś.

COCO: Tak jakoś chodziłeś, że nie mogłam się powstrzymać.

RICO: Nudzimy się, co, Coco?

COCO: Ustaliliśmy już, że nigdy się nie nudzimy, Rico.

RICO: Nudzimy się, a tam dzieją się rzeczy…

COCO: Jakie rzeczy?

RICO: O których nam się nie śniło.

COCO: To chyba dobrze, że się nie śniło.

RICO: My tu sobie dziurawego namiotu pilnujemy, grządki podlewamy, sztuczki ten tego sobie a muzom, a tam ludzie walczą, Coco! Na prawdziwe słowa i pięści prawdziwe!

COCO: Co ty mówisz, Rico?

RICO: I nikt jeńców nie bierze!

COCO: To straszne! A gdzie to tak walczą?

RICO: A widzisz, nie interesujesz się, pomaluśku sobie dłubiesz w swoich kwiatkach, rabatkach, robótkach, a wystarczy wytknąć głowę z banieczki swojej i chwilę poczekać.

COCO: Poczekać – na co?

RICO: Aż się zwali to wszystko na łeb! Wszystko na raz! Cały ten zgiełk bitewny!

COCO: Jak to dobrze, że nas w tym nie ma.

RICO: O, właśnie! Tak mówią typowi dekownicy!

COCO: Deko? Co?

RICO: Nie co, tylko kto! Tacy, co wolą z boczku albo na tyłach, rączek sobie nie uwalają, ale obserwują, obserwują, obserwują! Ze śliną na ustach!

COCO: Jesteś pobudzony, Rico. Zaraz ci naparzę meliski.

RICO: Nie chcę żadnej meliski. Nie jestem pobudzony, tylko – świadomy, a to różnica.

COCO: Staram się nadążać za tobą, doceń to. Czego jesteś świadomy?

RICO: Że to nasze tutaj… coś… jest jakieś takie… mało poważne, takie cyrkowe, takie na niby… Wygłupiamy się, a trzeba na serio… Trzeba wziąć udział!

COCO: W czym?

RICO: Jasne, lepiej udawać że to tutaj to wszystko i nie ma nic poza!

COCO: Nie mam ochoty słuchać twoich krzyków. Muszę podwiązać krzaczki róży.

RICO: Podwiązuj, dziubaj sobie w swoim ogródeczku, ale nie zdziw się, kiedy cię zapytają, co zrobiłaś w chwili wielkiej próby.

COCO: Jakiej próby? Co tobie się w tej główce znowu urodziło?

RICO: Przerwałaś mi rozmyślania, ale może i lepiej, bo dzięki tobie zobaczyłem jasno… zobaczyłem w całej jasności, co trzeba zrobić!

COCO: A więc oświeć mnie, maluczką.

RICO: Przystąpić, uczestniczyć, zająć stanowisko, mieć opinię i bronić jej, bronić tak jak… jak nie wiem czego!

COCO: Nigdy tego nie robiliśmy. Czasem posprzeczaliśmy się o to, że masz guzik oberwany albo kto ma pierwszy wejść, a pamiętasz jak się pokłóciliśmy i nie zauważyliśmy, że już jesteśmy na arenie? Publika wyła ze śmiechu.

RICO: Potem to opracowaliśmy i graliśmy parę ładnych latek.

COCO: To były nasze stanowiska i opinie.

RICO: A prawdziwe życie działo się gdzie indziej.

COCO: Chcesz powiedzieć, że… co ty właściwie chcesz powiedzieć?

RICO: Jesteśmy niepotrzebni nikomu. Nikt nie zauważyłby naszego zniknięcia.

COCO: Jesteśmy klaunami, tak?

RICO: No tak.

COCO: Rozśmieszamy ludzi, tak?

RICO: Nie. Jesteśmy klaunami, którzy nikogo nie bawią.

COCO: No dobrze, ale cały czas to potrafimy. Potrafimy to, Rico.

RICO: Co z tego, że potrafimy? Nas nie ma, Coco. Świat sobie popędził dalej, a my zostaliśmy w miejscu. Co to w ogóle za miejsce?

COCO: Nasze miejsce.

RICO: Nasze to są tu co najwyżej kwiatki, które posadziłaś. Jesteśmy stróżami dziurawego namiotu i starej budy. Oto nasz dorobek!

COCO: Co cię znowu napadło? Znalazłeś gazetę. Przyznaj się. Znalazłeś?

RICO: Wiatr przywiał.

COCO: Zawsze to samo, wiatr przywiewa gazetę, Rico zaczyna mieć poglądy.

RICO: W dziale „Historia” piszą o Canettim.

COCO: Pokaż.

RICO: Nie mam, puściłem dalej z wiatrem.

COCO: Musiałeś zachować wycinek o nim.

RICO: Dlaczego tak myślisz?

COCO: Bo nie potrafisz żyć bez punktu oparcia.

RICO: „Największy mag w historii cyrku.” Tak piszą. „Daleko w tyle pozostawił za sobą innych, choć wielu próbowało powtórzyć jego słynne „Zniknięcie”. Za każdym razem okazywało się fałszem. W przypadku Canettiego do dziś nie ma pewności. I to jest jego największe zwycięstwo.” Pamiętam każde słowo.

COCO: Opętał cię.

RICO: O nie, Coco. On po prostu wzniósł się ponad poglądy i filozofie. Nawet jeśli tak zwana prawda była inna.

COCO: Tak zwana prawda? Więc przyjmujesz, że nie zniknął w błękicie?

RICO: Nie wiem. I to jest najgorsze. Czasem czuję, jak od sprzecznych myśli pęka mi czaszka.

COCO: To ciśnienie. Nie powinieneś pić tyle kawy.

RICO: Papieros bez kawy?

COCO: Papierosy też rzuć.

RICO: Rzucę. Obiecuję. (po chwili) Nigdy nie będę jak on.

COCO: Te przeklęte gazety. Zapełniają je małymi czarnymi literkami i mówią: „innego świata nie ma”. A przecież jest. Zobacz, jak bardzo jest.

RICO: Ale tam…

COCO: Tam jest tak jak tu, tylko że tam. Myślisz, że ci co biorą udział nie zazdroszczą nam udziału niebrania?

RICO: Może powinniśmy powalczyć.

COCO: O co?

RICO: Choćby o angaż.

COCO: Nie przejdziemy castingu. Nie pasujemy.

Przelatujący samolot odrzutowy.

RICO: Coco…

COCO: Tak, Rico?

RICO: Czy mogę cię pocałować?

COCO: Możesz.

RICO: Dziękuję.

COCO: Pocałujesz w końcu?

RICO: Trochę już zapomniałem…

COCO: Mam ci przypomnieć?

Rico nieśmiało całuje Coco.

RICO: Pachniesz jak róża.

COCO: Och, Rico.

RICO: Myślisz, że moglibyśmy…

COCO: Teraz?

Rico bierze Coco na ręce.

COCO: Co robisz wariacie?!

RICO: Innego teraz nie będzie!

Rico z Coco na rękach wchodzi po schodkach do starej budy. Zatrzaskują się drzwi. Przelatuje odrzutowiec.

KONIEC CZĘŚCI DWUNASTEJ