Artur Grabowski / W NOCY LEPIEJ WIDAĆ GŁOSY (moralitet audio-video)

Artur Grabowski

Obraz z ekranu komputera: dziennikarz (w wieku późno średnim, ale przecież mógłby uchodzić za młodszego) siedzi (jeszcze „prywatnie”) w studiu radiowym, na głowie słuchawki i okulary, na stole, częściowo ukryta za kadrem, maseczka jednorazowa. Zaczyna się audycja, dziennikarz przybiera „profesjonalną” pozę i minę.

No i znowu godzina 22.22., punktualnie co do minuty spotykamy się w studiu przy ulicy Słonecznej, żeby porozmawiać o tym, co się państwu dziś, i nie tylko dziś, zdarzyło, i żeby posłuchać muzyki. Muzyki przede wszystkim. Bo muzyka po prostu jest, nie musi nikogo do siebie przekonywać, niczego się nie domaga, ona daje z siebie wszystko, a nasze uszy chłoną ją niczym źródlaną wodę w dzień upalny. A w nocy muzyka ma moc szczególną. Dociera do nas jakby znikąd, jakby z zaświatów. Już nie tylko zaspokaja pragnienia, ale uspakaja, leczy urazy i koi skołatane nerwy; kołysze, kołysze, kołysze. Chociaż mam nadzieję, że jeszcze nie do snu, że jeszcze co najmniej przez kilkadziesiąt minut zostaniecie państwo z nami w przytomności umysłu. Ale kołysać będziemy was i tak, obiecuję to osobiście i w imieniu ekipy przygotowującej nasz program. A wieczór to będzie nietypowy. Bo dzisiaj wyjątkowo pokazujemy wam to, co dotychczas mogliście tylko usłyszeć. Zapowiadałem tę rewolucyjną zmianę w poprzednim programie, ale teraz przypominam wszystkim słuchaczom, że mogą – co ja mówię: powinni! – oglądać nas online na youtubowym kanale Radia Razem. Czasy są wyjątkowe, i ta wyjątkowa sytuacja została na nas niejako wymuszona. Ale skorzystajmy z niej! Czy to nie cudowne, że nasza radiowa rodzina, bo przecież po czterdziestu trzech odcinkach mogę tak już powiedzieć, która spotykała się jakby anonimowo, nagle rozpozna się jak na wspólnym zjeździe po latach? Tak, drodzy państwo, dziś jest noc cudów! Tej nocy możemy się wszyscy spotkać twarzą w twarz… Ja się pokazuję pierwszy. Oto ja, wasz głos we własnej osobie! Kłaniam się więc państwu pięknie z cudownie odsłoniętego przed słuchaczami studia radiowego. Tej nocy zaiste nie mamy przed wami nic do ukrycia. Nawet piosenki będzie można sobie pooglądać. Muzyka, rzec by można, wyjdzie na jaw! Jak zwykle będzie to stary dobry rock, bo nic tak nie trafia do serca jak rytm gitary, choćby i elektrycznej, rytm, w którym wyczuwamy jakby dotyk czyjegoś ciała, a śpiew strun trącanych ręką zakochanego zaprasza do wspólnego śpiewania… Teraz sobie pomyślałem, że chyba dlatego tak lubię duety wokalne. Jest coś magicznego w tym, że możemy usłyszeć, jak rodzi się miłość między dwojgiem, jak harmonizują się ich głosy; a w tle jeszcze ten wysoko zawodzący chórek. Pamiętacie? Niektórzy pamiętają, inni mogą tylko powiedzieć, że „obciach”, ale to przecież znaczy, że zżera ich zazdrość. Kicz jest brzydki, kicz jest zły, ale czepia się każdego, więc nie odtrącajmy go brutalnie, bo jest ludzki. Tak, drodzy państwo, zakochani będą z nami tej nocy, bo przypominam, że niezmiennie wiodącym tematem wszystkich audycji w Radiu Razem jest miłość. Miłość, rzecz jasna nie tylko ta romantycznie zmysłowa, czy może raczej klasycznie erotyczna; miłość więc nie tylko między kochankami, lecz również miłość nasza wzajemna, której doświadczamy, albo za nią tęsknimy na co dzień. Miłość opiekuńcza, miłość wspierająca, miłość, jednym słowem, potrzebna jak pokarm, a więc warta wysiłku. Bo kochanie, jak wspólną kolację, trzeba sobie najpierw wspólnie upichcić, z darów Bożych co prawda, ale jednak własną inwencją. Kochajmy się zatem, i mówmy o tym, sobie wzajemnie. Kochajmy się – powiedział poeta, nie pamiętam który, ale przecież mógł to powiedzieć każdy. I wy też na pewno macie coś do powiedzenia. I, oczywiście, wszyscy słuchamy się nawzajem. Jak to w rodzinie, jak to w rodzinie.

Wchodzi piosenka Robert Plant & Alison Krauss „Please Read The Letter”; ale na krótko, urywa się przed zakończeniem.

Nie wiem, czy zauważyliście państwo, że często przerywam piosenkę tuż przed jej zakończeniem. Przyznam, że robię to z brutalną premedytacją. Zazdroszczę bowiem trochę wokalistom, że mogą ofiarować wam tę aurę liryzmu, której moje komentarze są z konieczności pozbawione. Można by powiedzieć, nie boję się tego powiedzieć, że zazdrosny jestem o to, że oni mogą dać wam coś więcej niż słowa, słowa, słowa. Ja mogę tylko je mnożyć, oni nasycają je mocą… No, ale ta audycja jest przede wszystkim dla was, drodzy słuchacze. Proszę zatem o wypowiedź. Mówcie o tym, co się odzywa w waszych sercach.

Cisza.

Prosimy kierować głosy do mikrofonu,

żebyśmy dobrze się słyszeli.

Cisza.

Tak, wzajemnie, wzajemnie!

Najlepiej będzie przeprowadzić wcześniej próbę na sobie.

Patrzymy w kamery.

Tak, żebyśmy wszyscy mogli widzieć się

nawzajem

na ekranach.

Słucham?

Tak, tak, nawzajem.

Słucham?

Tak, każdy na swoim, oczywiście.

Jeżeli widzą się państwo na ekranie, to znaczy, że was widać.

Cisza.

Możemy zaczynać?

Tak?

Nie słyszę.

O, teraz nareszcie kogoś widzę!

W narożnym okienku ekranu pojawia się zamazana twarz kobiety.

Dzień dobry!

Nie słychać?

Cisza.

Przepraszam, chciałem zapytać, kto słyszy.

Bo nie widzę, żeby ktoś potwierdzał.

Że słyszy, oczywiście.

Osoba w rogu ekranu znika, zastępuje ją litera M.

O, widzę! Dziękuję!

Proszę osobę, którą widzę, żeby się odezwała.

– Jestem!

– Świetnie! Jest jedna pani!

Dzień dobry.

Jak pani ma na imię?

– Maria.

– Dzień dobry, Pani Mario!

– Dzień dobry.

– Jak się pani dzisiaj miewa?

– Dzisiaj?

– W taki dzień jak dzisiaj, trudno czuć się dobrze, prawda?

– Dobrze.

– Jaka pogoda u pani?

– Dobra.

– Słoneczko zawitało dziś do pani?

– Teraz?

– Teraz mamy noc, ale przecież minął jakiś dzień.

– Nie wiem.

– No tak, wszyscy patrzymy w ekran.

Cisza.

Ale trzeba od czasu do czasu wyjrzeć przez okno.

Cisza.

Pani Mario, jest pani?

– Jestem.

– Czy jest jeszcze ktoś z nami?

Cisza.

Pani Mario, niech pani wyjrzy przez…

– Ja jestem.

– O, proszę! Ktoś jeszcze jest.

Dzień dobry.

Nie widzę pana.

W narożnym okienku pokazuje się słabo oświetlona twarz długowłosego mężczyzny.

Dzień dobry. Gdzie pan jest?

– W domu.

– Wolność Tomku w swoim domku!

Wiecie państwo, tak się zastanawiam,

czy nagle nie okazało się, że człowiek ma w domu mniej wolności.

Mniej niż gdziekolwiek indziej.

Horyzont naszych ścian. Czyż to nie piękna metafora?

– Tak.

– Słucham? Kto mówi?

– Tak, mówię! Potwierdzam.

– Jak pan ma na imię?

– Jezus.

Cisza.

– Skąd pan pochodzi?

– Z Palestyny.

– Jest pan Palestyńczykiem?

– Jestem Żydem.

Cisza.

– Ale z Palestyny?

– Z Betlejem.

– Tam się pan urodził?

– Tak.

– Skąd takie dziwne imię?

– Jakie?

– Jezus.

– Myślałem, że to znane imię.

– No tak. Ale dziwne, że ktoś dzisiaj ma na imię Jezus.

Osobę w narożniku zastępuje napis: IHR.

– Ja mam tak na imię. Od zawsze. Co w tym dziwnego?

– Nic, broń Boże!

Cisza.

Może pan się pokazać?

– Mogę.

Cisza.

– I co?

– Z czym?

– Pokaże się pan?

– Nie.

– Ale może pan?

– Mogę.

– Nie chce pan się pokazać naszym słuchaczom?

– Chcę.

Cisza.

– No, dobrze… Czy ktoś jeszcze, chciałby się pokazać?

Albo coś powiedzieć?

Do kamery, rzecz jasna.

Cisza.

Czekamy. Tym czasem stary dobry John!

Słychać piosenkę „Imagine” w wykonaniu chóru gwiazd, na ekranie pojawia się fotografia Lennona, potem znany teledysk z Yoko, ten łóżkowy. Niewyłączony mikrofon nagrywa głosy z tła; nakładają się na ambient piosenki, mają różne natężenie, przemieszczają się.

– Odezwał się jakiś Jezus.

– Jezus?

– Wyobraź sobie.

– Widziałeś go?

– Nie.

– Nie pokazał się?

– Nie chciał.

– No pewnie, na jego miejscu też bym się nie pokazywała.

– Świr jakiś.

– Mówił coś?

– Odezwał się. Ale nie chciał nic powiedzieć.

– I co?

– Nic, wyłączyłem go, dałem Lennona.

– Imagine?

– Tak.

– Nie mógłbyś czasem dać coś innego?

– Mógłbym.

– Trzeba było go zatrzymać.

– Jezusa?

– A miałeś jeszcze kogoś?

– Nie. Tylko on.

– Ludzie nie dzwonią?

– Nie słuchają.

– Puściłeś na fejsa?

– Tak, ale tam tylko piszą.

– No tak, kto dzisiaj słucha radia.

– Maria.

– Maria?

– Pani Maria się połączyła.

– Ta, co zawsze?

– Nie wiem. Pewnie ta sama.

– No, to masz wierną słuchaczkę.

– Świrnięta. Zadzwoniła zanim zaczął się program.

– Trzeba było nie odbierać.

– A skąd miałem wiedzieć, kto to?

– Z doświadczenia.

– Nie mam doświadczenia, bo za wcześnie się ożeniłem.

– Dobre, zapisz.

– Zapisałem sobie wcześniej.

– Cytujesz samego siebie?

– Przynajmniej wiem, co mówię.

– Poproś ją, żeby kogoś zaprosiła.

– Myślisz?

– Może nie jest sama w domu.

– Ona nie ma rodziny.

– Skąd wiesz?

– Ciągle dzwoni i opowiada o sobie.

– To niech do kogoś zadzwoni.

– Skarży się, że nawet syn do niej nie dzwoni.

– Jezus?

– Weź przestań. Muszę z kimś rozmawiać, bo mi siądzie audycja.

– Kończy ci się. Została minuta.

– Jezu, patrz, znowu pani Maria!

– Zapytaj jakie lubi piosenki.

– Kolędy.

– Kolędy? Przecież mamy wiosnę.

– Ale ona zawsze mówi, że ze wszystkich piosenek najbardziej lubi kolędy.

– Nieźle świrnięta.

Dziennikarz pojawia się na ekranie. Piosenka cichnie.

– Mamy deszczowy maj w tym roku.

Deszczowy maj po słonecznym kwietniu to, przyznacie państwo, nie jest wesoła nowina.

Cisza.

Czy ktoś mnie słyszy?

– Tak.

– Pani Maria! Widzę, że wciąż jest pani z nami.

– Słyszałam, co pan mówił.

– Bardzo się cieszę. To znaczy, że jesteśmy w kontakcie.

Cisza.

Zapraszam wszystkich, żeby się pokazali.

– Nie jestem świrnięta.

– Słucham?

– Nie jestem świrnięta.

– O, widzę, że ktoś próbuje się z nami połączyć.

Pokazuje się niewyraźna sylwetka długowłosego mężczyzny.

Czy ktoś jeszcze chciałby się pokazać?

– Ja też słyszałem.

– No i o to chodzi. Jeżeli się słyszymy, to znaczy, że jesteśmy razem.

– To, co powiedziałeś nie jest do słuchania, ale skoro już powiedziałeś, to ja ci mówię…

– Tak, tak, nasza audycja jest również po to, żeby słuchacze mogli rozmawiać ze sobą. Pan Jezus z Panią Marią, i jeszcze ci wszyscy, którzy nas odwiedzą.

– On niczego nie słyszy.

– To od czego ma uszy?

– Drodzy państwo, jeżeli mnie słyszycie, to proszę mówić do kamery.

– Chyba do mówienia.

– Trzeba mu dać trochę czasu.

– Chyba tak. Jak zacznie główkować, to może usłyszy.

– Usłyszy to, co ma w głowie.

– Jak mówiłem, dzisiaj mówimy o miłości. Może ktoś dziś wyzna komuś miłość w naszej audycji?

Zapraszam do wypowiedzi.

Proszę się podzielić ze słuchaczami.

Żebyśmy znowu, po raz czterdziesty czwarty, byli razem.

Bo w Radiu Razem jesteśmy radiową rodziną.

Cisza.

I proszę pamiętać, że tej nocy można się pokazać.

Wystarczy odwiedzić nas w internecie.

Cisza.

Jeżeli nie, to stary dobry rock.

Wchodzi „The Wall” Pink Floyd. Na ekranie pojawia się kronika filmowa z czasów PRLu: obraz murarzy kładących cegły. Mikrofon w studiu wciąż nie wyłączony…

No, i co ja mam zrobić?

– Trzeba do kogoś zadzwonić, żeby do ciebie zadzwonił.

– Może ty! Mamy dzwonić sami do siebie?

– Nie ja. Zaraz do kogoś zadzwonię.

– To powiedz jeszcze, żeby się pokazał.

– Dobra, czekaj, sprawdzę, kogo tu mam w komórce.

– Tylko nie jakiegoś świra.

– Józek. Ale on nie jest specjalnie rozmowny.

– Dawaj. Jakoś go rozruszam. Tylko, żeby chciał się pokazać.

– No tak, on nie lubi być na widoku.

– Kolejny świr.

– To może Adam?

– Kto?

– Nie znasz Adama?

– Same świry. Brakuje nam jeszcze Abrahama i Siostry Faustyny.

– Ewa.

– Weź przestań! To nie jest śmieszne.

– Dlaczego? To właśnie jest zabawne!

Wybieranie numeru. Sygnał telefonu.

Halo! Adam?

Cisza.

Adam?

– Tak. Jestem na działce.

– Pierwsza majówka w tym roku?

– Trzeba było trochę skopać. Zasiedziałem się.

– Masz ze sobą internet?

– Mam w komórce.

– To weź połącz się na audycję u mnie w radiu.

– Po co?

– Potrzebujemy kogoś, kto zadzwoni i pokaże się na czacie.

– Dlaczego ja?

– No spróbuj. Później ci wyjaśnię.

– Musiałbym się rozłączyć.

– Ok, to czekam.

– I co?

– Zaraz będzie. Jest na działce.

– Ale to nie jakiś świr?

– Zadzwonię jeszcze do Ewy.

– To jakiś absurd!

Sygnał telefonu.

– Ewa?

– A kto!?

– Słuchaj, Ewa. Czy mogłabyś zadzwonić do mnie na audycję?

– Prowadzisz teraz audycję?

– Nie ja, kolega.

– Kolega?

– No tak, wyszłam za kolegę z pracy.

– Znam go?

– Byłaś świadkiem na naszym ślubie!

– To ty ciągle z nim jesteś?

– Ciągniemy to jakoś.

– I węzeł się zaciska…

– Pogadamy o tym kiedyś, teraz chodzi o to…

– Mówiłam ci, że ten facet…

– Mówiłaś, mówiłaś! Ale teraz trzeba coś powiedzieć do ludzi.

– Co?

– Coś śmiesznego.

– Przecież ja umiem tylko narzekać.

– Możesz narzekać. Ludzie się ucieszą, że ktoś ma gorzej.

– Uwielbiam spełniać dobre uczynki!

– No to zadzwoń tak jak do mnie na radio i pogadaj z nim. Jesteśmy na czacie.

– Mówiłaś, że w radiu.

– No, ale na podglądzie.

– To nie jest audycja?

– Audycja! Ale widać nas online.

Więc byłoby dobrze, gdybyś się też pokazała.

– Jezu!

– Co?

– Mówię, że mam brudne włosy.

– Tego nie widać.

– Jak to, nie widać?

– To nie jest taka dobra jakość, żeby było widać.

– Słuchaj muszę już iść, bo się kończy piosenka.

– Zaczekaj chwilę!

– Czekam, ale muszę iść.

– No to może się pokażę.

– Ewa będzie. Zaraz zadzwoni Adam.

– Chyba już dzwoni.

Słychać pikanie, oznaczające drugą rozmowę na linii.

– Odbiorę. A ty masz, weź mój telefon.

– Ewa? Jesteś tam?

– Jestem.

– Gdzie jesteś?

– Na działce.

– Z Adamem?

– Z jakim Adamem?

– Nie ważne. Masz tam internet?

– Nie wiem.

– To sprawdź.

– Jak coś, to mam w telefonie.

– Więc możesz się połączyć, tak?

– Nie wiem.

– Słuchaj, sprawdź, czy możesz się pokazać na czacie.

– Musiałabym się rozłączyć.

– Ok, to do usłyszenia.

Pikanie oznaczające zawieszenie rozmowy, trochę dłużej niż zwykle.

– Musiałabym umyć głowę.

W studiu pojawia się dziennikarz. Piosenka cichnie.

– Stare dobre kroniki filmowe. Czy zauważyli państwo, jak to się teraz ogląda?

Jak jakiś przedwojenny film, prawda?

Z dokumentu zrobiła nam się fikcja.

Cisza.

O, widzę, że mamy jakiegoś słuchacza.

Hallo! Dzień dobry.

– Dzień dobry.

– Kto mówi?

– Adam.

– Panie Adamie, czy wie pan, że mamy dziś telefony od samych postaci biblijnych?

– Nie wiedziałem.

– Pan też, panie Adamie, dzwoni do nas jakby z dawnych czasów.

– Jestem na działce.

– Słoneczko pana dziś odwiedziło?

– Nie wiem.

– Musi pan mieć gęste drzewa.

– Dlaczego?

– No, bo zasłaniają panu słońce.

– Mam tylko pomidory.

– Dorodne?

– Jeszcze zielone.

– Zielone smażone pomidory.

Cisza.

Widział pan ten film?

– Nie.

– A jaki film oglądał pan ostatnio?

– Leśniczówka.

– Serial?

– Tak.

– Ale ja pytam o film.

– W telewizji oglądałem.

– Czy może pan się pokazać naszym słuchaczom?

– Mogę.

– To proszę się pokazać.

Pokazuje się łysy półnagi mężczyzna w podeszłym wieku.

Pan Adam?

Cisza.

Widzę, że mamy jeszcze kogoś na linii.

Witam. Kto jest z nami?

– Jezus.

– Ach, pan Jezus. Czy chciałby pan się pokazać?

– Słyszałem, co pan mówił.

– Ale słuchacze chcieliby pana zobaczyć.

– Ja też się nie wyłączyłam.

– Pani Maria?

– Słyszałam, co pan powiedział o mnie i o Jezusie.

– O, widzę, że mamy kogoś na linii! Robi się gorąco! Hallo!

– Hallo.

– Dzień dobry. Kto do nas dzwoni?

– Ewa.

– Pani Ewa skąd?

– Jestem na działce.

– Wszyscy wróciliśmy na działki! Zdaje się, że wraca miniona epoka.

– Halo, słychać mnie?

– Jeszcze jeden głos! Witamy. Skąd pani do nas dzwoni?

– Jestem u siostry.

– To może moglibyśmy ją włączyć?

– Faustynę?

– Pani siostra ma na imię Faustyna?

– Tak.

– To niesamowite!

– Dlaczego?

– Bo… Bo to niezwykłe imię.

– Od Goethego.

– Od kogo?

– Od Fausta.

– Ach, więc pani siostra ma imię z dramatu Goethego. Skąd taki pomysł?

– Z Goethego.

– No tak, ale dlaczego rodzice dali siostrze takie imię?

– Nasz ojciec kochał Goethego.

– Czy może nam pani opowiedzieć coś o swoim ojcu?

– Umarł.

– Był pisarzem?

– Nie.

– Tak sobie pomyślałem, bo z tym Goethem…

– Kochał go.

– Tak, Goethe to wspaniały pisarz. Pani ojciec fascynował się postacią Fausta?

– Kochał go.

– Fausta?

– Goethego.

– Ale jednak jako imię dla córki wydaje się dziwne.

– Ona sama tak się nazwała.

– Ach tak!

– W klasztorze.

– Ach tak! Pani siostra wstąpiła do klasztoru?

Cisza.

– Chciała zrobić przyjemność ojcu.

– I dlatego została zakonnicą?

– Dlatego to imię. Od Fausta. Miał go ze sobą w obozie.

– Ojciec czytał Goethego w obozie? Fascynująca historia!

– Miał tylko jego.

– W obozie?

– Tak.

– Jak to się stało? Proszę nam coś o tym opowiedzieć.

– Pożyczył od komendanta, który też go kochał.

– Komendant obozu pożycza egzemplarz Fausta więźniowi! Fascynująca historia!

– Ojciec tam pracował.

– W obozie?

– Tak.

– To był obóz pracy?

– Powołali go.

– Trafił do transportu? Kiedy to było?

– W wojnę.

– No tak. Jak się tam dostał?

– Dostał rozkaz.

– Rozkaz?

– Rozkaz przeniesienia z frontu do obozu.

Cisza.

Był ranny. Kulał na lewą nogę. Miał sztywne kolano.

– Ach tak.

– Wtedy nie robili protez tak jak dzisiaj.

– Więc pani ojciec… Co właściwie robił w tym obozie?

– Siedział.

– No, oczywiście.

– Nie mógł dużo chodzić, więc komendant postarał się o to, żeby siedział.

– Rozumiem.

– W biurze ewidencji transportów.

– W takim biurze ma się czas na czytanie.

– Umiał całego prawie na pamięć.

– Fausta?

– Fausta.

– Jak się coś ma w pamięci to trudno się od tego uwolnić.

– W domu mówił nam tego Fausta zamiast kołysanek. Mnie i siostrze.

– No właśnie, zapomnieliśmy o siostrze! Pani Faustyno, chcielibyśmy panią zobaczyć.

Cisza.

Czy pani może się pokazać?

– Faustyna?

– Bardzo prosimy.

– Jest włączona.

– Pani Faustyno, czy pani nas słyszy?

Cisza.

– Słyszy.

– Dzień dobry, pani Faustyno.

– Ona nie rozumie po polsku.

– Nie szkodzi. Let’s speak in English!

– Po angielsku też nie.

– Pani Faustyno, niech pani coś powie naszym słuchaczom w swoim języku.

Cisza.

W jakim języku może pani coś powiedzieć?

– Mogłaby po hebrajsku.

– Jest z Izraela?

– Jest w Jerozolimie.

– Może się pani pokazać?

– Ja?

– Czy to pani Faustyna?

– Nie, to ja.

– Czy pani Faustyna mogłaby się pokazać słuchaczom?

– Zaraz.

Słychać trzaski przenoszonego laptopa. Po chwili na ekranie pokazują się ręce, które kładą na stole laptopa, na jego ekranie widać niewyraźną sylwetkę kobiety w kapturze zakonnicy.

– Ach, więc pani Faustyna łączy się z nami online!

– Ona nie rozumie.

– Dzień dobry, pani Faustyno.

– Ale wszystko widzi.

– Widzi nas pani, pani Faustyno?

– Ona nie rozumie.

– No tak, zapomniałem, przepraszam.

Cisza.

Proszę państwa, mamy połączenie z Izraelem. Czy to nie cudowne?

– Dzień dobry, Faustyno.

– Pan Jezus jest z nami?

– Nie rozłączyłem się. Przepraszam.

– Ja też jestem.

– Pani Maria?

– I ja.

– Pan Adam?

– Ja też.

– No proszę, i pani Ewa jest! To naprawdę niesamowite.

Dzięki naszej audycji wszyscy możemy się spotkać!

Jeżeli ktoś jeszcze chciałby do nas dołączyć to zapraszamy.

A teraz czas na specjalną piosenkę.

Wchodzi: Led Zeppelin „Stairway to Heaven”. Mikrofon wciąż nie wyłączony…

Słyszałaś?

– Super!

– Co super, co super! Jak ja to teraz ogarnę?

– Co się przejmujesz, masz świetną audycję.

– Ale, o czym ja mam z nimi gadać?

– Nie wiem, wyciągnij ich na jakieś zwierzenia.

– Zaczną mi pieprzyć coś Radiem Maryja i co ja zrobię?

– To, co zawsze. Zagadaj ich czymś, zmień temat. Przecież nie raz to robiłeś.

– To fanatycy. Co za kraj!

– Kraju nie zmienisz. Spróbuj ich gdzieś skierować.

– Chyba do diabła.

– Najlepiej na jakiś aktualny temat.

– Wybory?

– Nie, to ryzykowne. Najlepiej jakaś klęska żywiołowa. Mamy jakąś klęskę teraz?

– No przecież mamy! To dlatego robimy te idiotyczne video-audycje.

– Ta klęska już się wszystkim znudziła. Ludzie mają dość gadania o tym.

– To co?

– Coś weselszego.

– Jak mam rozmawiać o klęsce, żeby było wesoło?

– Musisz się zdystansować.

– Zdystansować? To, kurwa, idzie na żywca!

– Udawaj, że ci zależy.

– Zależy mi.

– Na nich.

– Łatwo ci mówić. Siedzisz sobie na zapleczu, a ja się tam wystawiam.

– Każdy ma swoją robotę.

– Pracujemy razem, tak?

– Tak.

– No właśnie… Co to niby ma być z tym dystansem?

– Uśmiechnij się do siebie.

– Nie jestem śmieszny.

– Dlatego dzwonią do ciebie same poważne świry.

– Mam im się śmiać w gębę?

Kiedy mi opowiadają o tych żydowskich siostrach i niemieckich tatusiach?

– Nawet w obozach ludzie się z czegoś śmiali.

– Co ty mi tu z tymi obozami! Słyszałaś tę esesmańską zakonnicę?

– Nie.

– Jak, nie? Przecież ta cholerna Faustyna to jakiś szkopski pomiot.

– Może spróbowałbyś ich trochę polubić?

– Za co? Zaszyła się w klasztorze, i to w Izraelu, żeby tatuś miał mocne alibi.

– Na wszystko masz teorię. Przecież nie odezwała się ani słowem.

– No właśnie. Nawet się nie odezwała!

– To skąd wiesz, jak było?

– Z historii.

– Może ona ma swoją historię?

– Ona nie mówi w żadnym języku.

– W jakimś musi mówić. Zapytaj ją.

– Nie rozumie.

– To niech jej siostra tłumaczy.

– Wiesz, że to może być nawet niezłe.

Tak wszystko na dystans, a mówi się o sprawach intymnych.

– No widzisz. Podkręć to jakoś.

– Przecież miało być śmiesznie.

– Nie powiedziałam, że śmiesznie, tylko absurdalnie.

– Nie powiedziałaś: absurdalnie.

– Może i nie powiedziałam. Ale wiesz, o co mi chodzi.

– Może i wiem, ale nie powtarzaj tego, czego nie powiedziałaś.

– No, przecież to naprawdę brzmi absurdalnie. Wykorzystaj to.

– Chcesz zrobić Becketta z Siostry Faustyny?

– A czemu nie?

– Weź, przestań. To nie jest śmieszne.

– Właśnie. Bo ty nie umiesz się śmiać z siebie.

– Mogłabyś teraz nie serwować mi tych swoich mądrości?

– Mógłbyś przestać mi powtarzać, że jestem głupia?

– Nie jesteś głupia, tylko powtarzasz głupoty.

– Do ciebie i tak nic nie dociera.

– Całe szczęście, nie wszystko.

– Dlaczego tak ci zależy, żebym była głupia?

– Dlaczego tak mi zależy na tobie?

– No, właśnie tego nie rozumiem.

– Miłość. Tego się nie rozumie, kochanie.

– Nie mów do mnie „kochanie”.

– Poprawiam atmosferę.

– Zatruwasz.

– Słuchaj, robimy audycję, tak?

– Ty robisz, a ja nic nie robię.

– Więc mogłabyś nie robić mi awantur? Porozmawiamy o tym…

– Ja ci robię awanturę? To ty się miotasz.

– No właśnie, a powinienem się uspokoić.

– Widocznie masz coś na sumieniu.

– Ja nie mam sumienia. Mam ciebie, i to mi wystarczy.

– Od dawna mnie już nie masz.

– To może wróci mi sumienie.

– Będzie cudownie odmłodzone i rodzaju żeńskiego.

– Słuchaj, nie musisz mnie już kochać, ale współpracuj.

– Współpracuję.

– Bo jesteśmy w pracy, rozumiesz?

– Rozumienie nie pomaga.

– I musimy ciągnąć tę cholerna audycję.

– Nie radzisz sobie z ludźmi i potem przenosisz to na mnie.

– Dobra, skończmy.

– Po prostu pozwól ludziom mówić.

– Mówta co chceta, rodacy!

– Nie wyciągaj ich na zwierzenia, tylko pociągnij temat we właściwym kierunku.

– To jest według ciebie wolność wypowiedzi?

– Chcesz znowu zacząć?

– Nie, z tobą nie ma sensu rozmawiać.

Cisza.

– Kończy ci się piosenka.

– Dobra, idę. Weź coś wykombinuj, żeby tym świrom się chciało gadać.

– Nie wyłączyłeś mikrofonu.

– Co?

– Słyszą nas, popatrz.

– Jezus Maria, kurwa!

– Teraz jest wyłączony.

– Na pewno?

– Widać.

– Boże, co za dzień!

– Noc.

– Jaka noc?

– Ciemna. Dzień będzie za jakieś siedem godzin.

– Taki sam. Aż do wieczora.

– Idź już.

Dziennikarz w studiu pokazuje się na ekranie. Piosenka cichnie.

– Witam wszystkich ponownie. Czy mamy kogoś na linii?

– Wszystko słyszałam.

– Siostra pani Faustyny? Wciąż jest pani z nami? To cudownie…

– Ona też. Przetłumaczyłam jej.

– Pozwólmy jeszcze innym naszym słuchaczom połączyć się z nami.

Słychać trzaski, szurania.

Słyszę, że ktoś próbuje się pokazać.

Proszę ustawić ekran na wysokości twarzy.

Wtedy będzie dobrze słychać.

Tak, i najlepiej tyłem do okna.

Jakieś problemy na łączach?

– Przepraszam, ale nie zdążyłam nawet umyć włosów.

– Pani Ewa! Czy ma pani nam coś do powiedzenia?

– Wiem, że to idzie na żywo, nie chciałam się spóźnić, dlatego nic ze sobą nie zrobiłam.

– Proszę się pokazać. Na pewno wygląda pani znakomicie.

– Widać?

Manipulacje obrazem; w końcu zbliżenie kobiecej twarzy, niemal zasłoniętej włosami.

– Cudownie! Mamy panią Ewę na podglądzie.

Co nam pani chciała powiedzieć, pani Ewo?

– No, nie wiem.

– Coś o sobie?

– Co?

– Na przykład, dokąd pani wybiera się na wakacje.

– Do siostry.

– Do Izraela?

– Tak.

– No proszę, zgadłem!

W lecie tam jest strasznie gorąco. Lubi pani upał?

– Nie zawsze. Często są burze.

– Pan Adam był w Izraelu?

– Nie, ale syn mi mówił.

– To pan też ma rodzinę w Izraelu?

– Daleką.

– Syna?

– Syna? A nie, kuzynka żony.

Syn był na jej pogrzebie. Dużo zdjęć przywiózł.

– Zna pan więc pewnie całą Ziemię Obiecaną!

– Mam jechać w przyszłym roku.

– Ziemia Święta to marzenie milionów, ale też miliony pielgrzymów zdołała już przyjąć. Stolica trzech religii monoteistycznych. Można powiedzieć, że tam wszyscy jesteśmy razem.

– Słychać was cały czas.

– Tak, tak, pan Jezus ma rację. Jesteśmy wszędzie tam, gdzie ktoś chce nas słuchać.

– Tam jest pusto.

– Tak, panie Adamie, tłum to rodzaj pustki.

– Na pustyni.

– Pustynia jest jak świątynia. Zgodzą się państwo ze mną?

Świątynia na miarę współczesnego człowieka… Dom nieobecnego Boga…

– Mam czekać?

– Pani Ewo, oczywiście, proszę się z nami nie rozłączać.

– Nie możecie tak… Ja mówiłam…

– Pustynia to zaiste niezwykle miejsce. Nieograniczona przestrzeń i w niej człowiek sam ze sobą… Czy ktoś z państwa był na pustyni Judzkiej?

Może ktoś z naszych słuchaczy mógłby nam o tym opowiedzieć?

– Ja też słyszałam. Powinien pan ją przeprosić.

– Ach, pani Maria! Pani urodziła się w Izraelu, prawda?

– Ona próbuje panu pomóc, ale pan nie chce słuchać.

– Izrael to typowo wakacyjny kraj. Tłumy turystów.

Podobno do Grobu Pańskiego stoi się kilka godzin w kolejce.

Ja sam, przyznam, nigdy nie byłem w Jerozolimie,

chociaż zawsze chciałem, bo przeraziły mnie te tłumy.

– Najlepiej pojechać na pustynię.

– Pan Adam był na pustyni?

– Nie, ale słyszałem.

– Na pustyni faktycznie może być lepiej z tymi tłumami.

– Nikogo nie ma.

– Coś czuję, że pojadę zwiedzać izraelską pustynię!

– W lecie jest strasznie gorąco.

– Gdzie dokładnie pani się urodziła, pani Mario?

– W szpitalu.

– Oczywiście! Wszyscy rodzimy się w tym samym miejscu.

– Między nogami.

– No, panie Adamie, widzę, że nie opuszcza pana dobry humor.

– Przepraszam, tak mi się powiedziało.

– Ma pan rację.

– No proszę, pani Maria potwierdza, że humor sprawdza się w każdej sytuacji.

– Mówi pan jak nasz ojciec.

– Pani siostra Faustyny? Ojciec pań dużo się śmiał?

– Nigdy. Ale zawsze cenił poczucie humoru.

– Kto z państwa był na pustyni?

Cisza.

Czekamy na głosy od słuchaczy. Tym czasem piosenka…

O, widzę, że jednak ktoś ma coś do powiedzenia. Hallo!

Kto jest z nami?

– Ja.

– Pan Jezus? Witamy ponownie!

– Nie rozłączyłem się.

– Był pan z nami cały czas?

– Tak.

– Czy, ma pan jakieś doświadczenia związane z pustynią?

– Wszystko słyszałem.

– No właśnie, więc wie pan, że rozmawiamy o pustyni.

Czy to nie fascynujący temat?

Na pustyni człowiek nabiera dystansu do siebie. Zgadza się pan ze mną?

– Niech pan jej wybaczy i nadstawi policzek.

– Słucham?

– Tak, niech pan nadstawi policzek.

– Pani Mario, pani przecież urodziła się prawie na pustyni, prawda?

– Ona pana pocałuje i po krzyku.

– Pan Adam, jak zwykle, ma dobrą radę na każdą okazję.

– Wiem, że pan myśli o rozwodzie, ale niech pan nie podejmuje pochopnych decyzji.

– Panie Adamie, czy pan zajmuje się poradnictwem rodzinnym?

– Jezus ma rację, powinniście się do siebie zbliżyć.

– Pani Mario, dzięki za macierzyńskie wsparcie.

– Kup jej coś.

– Ewa! Nareszcie jakieś konkrety!

Nasza audycja, drodzy państwo, zamienia się w radioterapię.

– Czy ja jeszcze jestem potrzebna?

– Ależ, pani Ewo, proszę nas nie opuszczać.

– Dobrze, to ja poczekam.

– Czekanie na Godota nigdy się nie kończy!

Znacie państwo Becketta?

Cisza.

Niby klasyk, a mam wrażenie, że moda na absurd już się skończyła.

Cisza.

Nie sądzicie państwo?

Cisza.

Proszę wybaczyć, próbuję was jakoś zdystansować do zaistniałej sytuacji.

Żyjemy w niecodziennych warunkach…

– Noc zarazy.

– Słucham?

– Codziennie noc zarazy.

– To jakiś tytuł?

– Chciałam nawiązać do tego, co pan powiedział.

– Ach tak: noc zarazy! Pięknie powiedziane, pani…

Właśnie, jak ma na imię siostra pani Faustyny?

Cisza.

Słyszy mnie pani?

– Tak.

– Jak pani właściwie ma na imię?

– Właściwie? Albert.

– Albertyna?

– Nie, Albert.

– To chyba męskie imię?

– Tak.

– Męskie imię dla dziewczynki?

– W szpitalu pomylili mi płeć i zapisali imię Albert.

– Niesamowita historia!

– Potem kazali zmienić płeć, ale ojciec nie chciał już zmieniać imienia.

– Jak to, nie chciał?

– Miał szacunek do tego, co zapisane. Tak mówił.

– I zostawił pani męskie imię?

– Tak.

– Jak się pani z tym czuła?

– Nie czułam.

– Nie czuła pani, że ludzie mylą panią z kimś innym?

– Z siostrą.

– Z siostrą?

– Jesteśmy bliźniaczkami.

– No proszę! Można by powiedzieć: jesteście jak brat i siostra!

– Czy ja mam czekać?

– Pani Ewo, może pani też ma jakąś ciekawą historię?

– Ja mam nieciekawe życie.

– Każde życie jest ciekawe.

– W duecie.

– Oczywiście, panie Adamie: w duecie!

– A zatem, czas na piosenkę, a potem oddaję państwu głos.

Wchodzi piosenka: Tina Turner & David Bowie “Tonight”.

– Wyłączyłeś mikrofon?

– Chyba tak.

– Wygląda na wyłączony.

– Oni wszystko słyszeli.

– Co „wszystko”?

– No z nami.

– Przynajmniej mają o czym mówić.

– No wreszcie będą o tobie mówić!

– Pieprzona radiowa rodzinka! Zaraz mnie tu zaczną rozbierać do nagiej duszy.

– Ludzie lubią sobie na kimś poużywać.

– Mam dość tej roboty. Za dużo mnie to kosztuje.

Przyszedłem do radia, żebym nie musiał się pokazywać. Miałem ofertę z telewizji.

– To masz, czego chciałeś.

– Wiesz, ja myślę, że to się skończy…

– Mamy 4321 podglądów!

– Teraz?

– Teraz 4333.

– To chyba dużo, nie?

– Dużo. Ale właściwie nie. Jak na internet to nie tak dużo.

– Przynajmniej wiem, że ktoś nas słucha.

– Już prawie pięć tysięcy. Jakoś szybko rośnie.

– Trolle?

– Kto?

– Jakieś trolle się podłączyły?

– Nie ma komentarzy.

– Nie ma?

– Nic.

– Myślałem, że ludzie tylko po to włażą do sieci, żeby sobie pohejtować.

– Masz już pięć tysięcy.

– Stado rośnie.

– I potrzebuje pasterza?

– Na pewno nie potrzebują ironicznych intelektualistek w średnim wieku.

– Masz rację, nikt mnie nie potrzebuje.

– Czasem trzeba ludziom coś zabrać, żeby znowu chcieli chcieć.

– Nie łudź się, że to twoja zasługa.

– Tym lepiej. Stałem się narzędziem przeznaczenia.

– Kończy ci się piosenka.

– Już?

– Może jeszcze nie, ale trzeba podtrzymać temperaturę.

– Dobra, wracam.

Speaker siada za stołem, nakłada słuchawki, słucha, poddaje się rytmowi.

– Aż chciałoby się, żeby taka noc nie miała końca.

Podśpiewuje razem z wykonawcami.

– Piękna piosenka. O tym, że wszystko musi się dobrze skończyć. Każdy dzień ma swoją noc, która gasi światło… Światło przytomności.

Słucha jeszcze przez chwilę, po czym wyłącza piosenkę przed zakończeniem.

– A więc, drodzy państwo, okazuje się, że nie taka pustynia, jak ją w nocy malują.

– W nocy jest zimno, nawet w lecie.

– Pan Jezus chciałby nam coś opowiedzieć?

– Tego się nie da opowiedzieć.

– Ja też byłam w nocy na pustyni.

– Pani siostra Faustyny? Czy pani siostra ma dla nas jakieś wspomnienia?

– Nie ma. Ale można kupić jej obraz.

– Ach, więc pani Faustyna jest artystką! Co to za obraz?

– Winnica nad jeziorem.

– Możemy go zobaczyć?

– Chyba nie.

– Dlaczego?

– Bo ona mówi, że nosi go w sercu.

– W sercu?

– Ale mamy kopię. Kazała zrobić kopię.

– A więc mamy dwa bliźniacze obrazy.

– Tak jakby jeden.

– Zróbmy licytację w ciemno.

– Pan Adam ma doskonały pomysł!

Co państwo na to? Kto pierwszy?

– Ja nie chcę, ale mogę zacząć.

– Odważna pani Ewa!

– Ja nie mam pieniędzy.

– Nie szkodzi, panie Jezus. Nie jest pan już sam na tym świecie!

Czy wiecie państwo, że mamy już ponad… (zagląda gdzieś)

O, kto by pomyślał! Ponad piętnaście tysięcy podglądaczy.

– Ja niczego nie potrzebuję.

– Może ktoś jeszcze poza panią Marią do nas dołączy?

– Albert.

– Kto?

– Albert. Nie pamięta pan? Siostra Faustyny.

– Ach, pani Albert! Oczywiście poznaję.

– Mogę kupić.

– Obraz siostry?

– Tak, znam go.

– Podoba się pani?

– Obraz?

– Czy to duży obraz?

– Zależy skąd się patrzy.

– Wszystko zależy od punktu widzenia.

– Pan Adam jak zawsze wie wszystko.

– Z samolotu widać najlepiej.

– Jest taki ogromny?

– Obraz? Mały. Ale winnica to będzie ponad sto hektarów.

– Ta nad jeziorem?

– Jest tylko jedna na zachód od pustyni.

– Jednym słowem: zostanie w rodzinie.

– Rodzina jest święta.

– Pani Mario, proszę zrobić miejsce dla nowych słuchaczy.

Zapraszamy do mikrofonu!

I przed ekran, oczywiście.

Cisza.

– Mamy… (zagląda) dwadzieścia siedem tysięcy!

I ciągle przybywa. Zachęcam, zachęcam!

Cisza.

Dlaczego trzydzieści tysięcy ludzi tylko słucha, a nikt nie chce się pokazać?

Cisza.

Może ktoś by się odezwał!
– Wróć do niej, to się uspokoisz.

– I niech to nie będzie znowu pani Maria!

– Moglibyśmy wspólnie pomilczeć.

– Ani pan Jezus!

Bez zapowiedzi wchodzi: Queen „Radio Ga Ga”. Na tym tle wciąż słychać głosy.

– Zwariowałeś? Nie wolno się tak odzywać do ludzi.

– Zwariowałem. Kiedyś to się musiało stać.

– Ludzie też zwariowali. Po tym twoim wyskoku wzrasta nam tysiąc na minutę.

– No widzisz. Oni uwielbiają takie rzeczy.

– Jakie rzeczy? Jacy oni?

– Ci, co lubią podsłuchiwać, jak sobie ktoś flaki rozpruwa.

– Idiota.

– Idiota ma przynajmniej święty spokój. A ja mam od nich nerwicę.

– Tego masz akurat tyle, ile sam sobie nagadasz.

– To nie jest moje gadanie.

– Moje tym bardziej.

– Jestem zarażony, rozumiesz? Zarażony ich życiem!

– Od słuchania jeszcze nikt się nie zaraził.

– Noc zarazy. Nic nie widać, a to wyłazi.

– Ludzie słyszą, że na nich nie zwracasz uwagi.

– Jak wirus, nie wiadomo skąd.

– Wirusy przechodzą z człowieka na człowieka.

– Głosy też.

– Właśnie. Dla ciebie to nie ludzie, tylko „słuchacze”.

– Głosy ludzi, którzy nie mówią, rozumiesz?

Oni słuchają mnie, bo chcą się wy-po-wie-dzieć.

Wypróżnić się chcą.

– Wyłączyłeś mikrofon?

– Najlepiej komuś do ucha.

– Wygląda na głuchy.

– A przez ucho do mózgu.

Żeby wlać truciznę.

– To ty ich zatruwasz.

– Zarażam! Dlatego rośnie nam liczba słuchaczy.

– Żerujesz! Nie umiesz żyć bez tego słyszenia siebie.

– Te twoje chore interpretacje!

Zawsze są tylko pretekstem do oskarżeń.

Nie chcesz zauważyć tego, że ja daję się ludziom wygadać.

To jakby dawać im drugie życie.

– Zauważam. Ale dla ciebie to są jakieś wirusy.

– Oni chcą być czymś więcej niż ludźmi. Chcą zaistnieć.

– Ja też.

– Co?

– Nie ważne. Ja się nie liczę.

– Kocham cię za to, że kochasz te wszystkie żyjątka. Kochaj je, bo zaraz znikną.

– Znikną z twoich słuchawek. Ale każdy z nich wróci do swojego życia.

– Jakby nigdy nic.

– Dla ciebie nic.

Bo twój czas dzieli się na czterdzieści cztery minuty udawania i całą resztę niczego.

– To oni mogą mnie włączyć albo wyłączyć, zadzwonić albo nie zadzwonić. To ja na nich czekam. Zmuszam ich, proszę, zachęcam, modlę się do nich.

– Mówił chłop do obrazu.

– Bluźnierstwo należy do kultu.

– To sobie też zapisałeś?

– To wiem z doświadczenia.

– I kto tu jest fanatykiem.

– To jest kult wzajemności, rozumiesz?

– Religii się nie rozumie.

– Dajemy sobie nawzajem życie jak zarazę, bo bez tego syfa każdy zachorowałby na życie własne.

A na to nie ma lekarstwa.

– Chcesz każdego uratować przed jego własnym życiem?

– A może przed samotnością w ciasnej celi?

– Uważaj, bo wywołasz kolejnego świętego.

– To ja nim jestem. Ja siedzę za każdego w tej… W tej głowie.

– Bluźnisz.

– Leczę. Przechorowuję za nich ich choroby.

– Święty terapeuta! Rehabilitacja aksamitnym głosem!

– Każdy się boi, że będzie umierał sam na sam ze sobą.

– A ty oferujesz im swoje towarzystwo?

– Kochaj bliźniego jak siebie obcego.

– Kaznodzieja.

– Wyszłaś za księdza, zapomniałem ci powiedzieć.

– Tobie, tylko tobie, za kilka minut skończy się życie. A oni wrócą do życia.

– Do rycia. Rypania, tyrania i innych rytualnych czynności.

– Każdy do swojej nory, do własnego brudu i smrodu. Do tego, w czym warto umierać.

– Może to jest nihilizm, ale przynajmniej daję im wybór.

– Może to jest wegetacja, ale nie ma innego życia niż własne.

– Jest. Tyle, że ono trwa krótko, kończy się i wraca.

– To jest fikcja.

– To jest sztuka. To jest muzyka. To jest liturgia.

Czas nie płynie, odlicza się tylko. Jak w starych zegarach: Ty? Tak. Ty? Tak. Ty? Tak.

Miedzy głupio wesołymi piosenkami trochę nudnego gadania, trochę rozpaczy i trochę absurdu.

– Trochę?

– To „trochę” to jest więcej.

– Nieskończoność?

Każdy z nich ma coś własnego i nie potrzebuje twojego „więcej”. Dajesz im złudzenie wspólnoty, żeby ich okradać. Bo sam od dawna jesteś pusty.

– Powinnaś do nich dołączyć z tą swoją mądrością.

– Może tak byłoby lepiej… Ale jestem po twojej stronie.

– Nikt tu nie jest sam, bo nikt nie musi być sobą.

– Straszne.

– Nie ma się czego bać. Wszyscy żyjemy na niby. Wiesz, jak w Holloween: gumowe maski na twarzach i dance macabre!

– Noc zarazy.

– Dobry tytuł na komedię.

– Małżeńską.

– Spróbuj czasem pomyśleć o czymś innym niż to twoje „nasze życie”.

– Ty chcesz mnie uczyć słuchania innych?

– A ty chcesz mnie przekonać, że oni mają coś do powiedzenia?

– Każdy ma coś do powiedzenia.

– Dlatego muszą powtarzać te wszystkie pieprzone mądrości życiowe, przykazania, morały i przekleństwa, którymi zatruwają się od dnia stworzenia?

Żeby przypadkiem nie usłyszeć tego głosu, który przemówił do nich w młodości.

– I co im powiedział?

– Nie pamiętasz?

– Nie miałam młodości, bo za wcześnie wyszłam za mąż.

– Dobre. Zapiszę.

– Ty pamiętasz?

– To się nie da wyłączyć.

– Co?

Cisza.

Co?

Cisza.

– Zapomniałaś.

– Daj sobie spokój z tym pretensjonalnym dramatyzmem.

– Każdy zapomina. Prawie każdy.

– Ty jesteś inny, oczywiście.

– Zapomniałaś chcieć.

Chcieć życia naprawdę własnego.

Żeby mieć jedyny, niepowtarzalny los.

Bez powtarzania tych starych mitów.

– W nic nie wierzyć?

– Nikogo nie udawać. Wymyślić coś, czego nigdy nie było. Siebie całkiem własnego.

– Jak Bóg?

– Jak bóg. Dziki stworzyciel. Nieopisany przez poetów.

– Gdybyśmy tak mogli…, to nie moglibyśmy żyć razem.

– Sama mówiłaś, że trzeba się czasem dystansować.

– Do siebie.

– Na jedno wychodzi, jeżeli wszyscy jesteśmy jakoś zbliźniaczeni.

– Czasem, to nie znaczy zawsze.

– Ale może warto. Może to jest w nas? Skoro ciągle na nowo do tego tęsknimy, to może to jest ten ktoś, kim powinniśmy być, ale nie mamy odwagi oderwać się od innych.

– Bo nie chcemy oderwać im kawałka żywego mięsa.

– Bo nie potrafimy znieść samych siebie.

Bo człowiek jest za mały na tę pustynię, która go otacza,

dlatego stawia sobie zagrody.

Żeby mieć za granicą sąsiadów.

– Jak na działkach.

– Ogródek przy ogródku! Raj przy Raju! Paradiso Perfecto! Eden & Company!

– Kończy ci się piosenka.

– Można komuś napluć do ogródka, nasikać w nocy, a rano podać rękę przez płot.

– Spóźnisz się.

– Byle trzymać dystans, wtedy może uda się być razem.

Cisza. Wcześniej wygasła piosenka. Przez chwilę widzimy puste studio. Dziennikarz wpada, zakłada słuchawki.

Jestem, jestem.

Wiem, że czekacie. Jest nas już (zagląda) ponad dwa miliony!

Liczba słuchaczy rośnie w lawinowym tempie! To niesamowite! Noc cudów!

Mam wrażenie, że ostatnio czas płynie inaczej. Proszę wybaczyć… O, widzę, że niektórzy wiernie czekali!

– Faustyna mówi, że chciałaby coś powiedzieć.

– Pani Faustyna? Proszę mówić. Wszyscy czekamy na pani głos.

– Ona mówi, że tego się nie da wyłączyć.

– Czego?

– Podsłuchu.

– Coś się zepsuło.

– To może pan wie, jak to naprawić, panie Adamie?

– Zepsuło się na samym początku.

– Adam ma rację. Mówiłam ci, żebyś się z nią…

– Ewa, daj spokój, to są nasze prywatne sprawy.

– Prywatne? To, po co wzywaliście mnie na świadka?

– Taki jest zwyczaj.

– Trzeba ciągle coś zmieniać, żeby było jak zawsze.

– Ma pan żonę, panie Jezus?

Cisza.

No, co, Jezus! Co ty możesz wiedzieć o małżeństwie?

Cisza.

Teraz udajesz, że cię nie ma?

– Pan Jezus się wyłączył.

– A pani Maria trwa na posterunku!

– Wiem, że pan mnie nie lubi, ale ja tu nie jestem tylko dla pana.

– Jasne, wszyscy jesteście dzięki mnie.

– Powinien pan teraz coś włączyć. Tak mówi Faustyna.

– Coś ostrego? Jakiś zardzewiały kawałek z młodości emerytów?

Wchodzi teledysk: Black Sabbath „Hole in the Sky”.

Słyszałaś?

– Słyszałam.

– Cokolwiek powiesz, będzie użyte przeciwko tobie.

– Tobie też.

– Wszyscy są przeciw nam.

– Oni próbują nam pomóc.

– Dziękujemy państwu za szybką interwencję w nasze życie!

– Trzeba z tym skończyć. Nie można żyć tak…, tak na widoku.

– Tylko publicznie jestem sobą. Taki zawód.

– Osobisty okłamywacz na telefon.

– Prawda? To nikogo nie interesuje. Handlujemy treścią.

– Trzeba skończyć audycję.

– Musimy się trzymać ramówki.

– Widziałeś wyniki oglądalności?

– Pokaż. Niemożliwe!

– To jest więcej niż całe miasto.

– Jeszcze chwila i będzie cały kraj!

– Myślisz, że coś się zepsuło?

– Ten licznik?

– Licznik i mikrofon. Wszystko.

– Lepiej wrócę do studia. Tam przynajmniej jest jakiś odzew.

– Poczekaj.

– Co?

– Daj im trochę czasu. Niech sobie pobędą sam na sam z tym hałasem.

– Co ty…

– Dopóki nas słyszą, to nas nie widzą.

– Dobre. Zapiszę.

– Możemy do siebie pisać, to nie będą nas też słyszeć.

Cisza.

– No coś ty! Tutaj?

– Taka sytuacja się nie powtórzy.

– A jeżeli wizja też się popsuła?

– Mam to gdzieś.

– Czekaj, dam trochę głośniej, na wszelki wypadek.

Muzyka bardzo głośno. Zmienia się na: Europe „The Final Countdown”. Po dłuższej chwili dziennikarz pojawia się w studiu w nieco rozchełstanej koszuli.

To był, drodzy państwo, ostatni kawałek na dzisiaj. Mocny, prawda?

Nasza audycja osiągnęła rekordową oglądalność. Mówię do milionów. To niewątpliwie z powodu tej niecodziennej sytuacji. Noc zarazy, jak ujął to jeden z naszych słuchaczy. Widocznie w nocy lepiej widać głosy.

Cisza.

Człowiek się sili na błyskotliwość, ale gasi go milczenie tłumów.

– Ja cię słyszę.

– Jezus? Pan nie ma poczucia humoru.

– Ja też.

– Pani Maria po prostu nie może się wyłączyć.

– Widać mnie?

– Ewa? Widać twoją twarz zasłoniętą włosami.

– Chciałabym zobaczyć panią Faustynę.

Pokazuje się wyraźnie zakonnica, ale z maseczką na twarzy.

– Tak myślałam. Jesteś piękna.

– Ja też chcę.

– Pan Adam też się pokaże?

Pokazuje się młody mężczyzna, łysy, dobrze zbudowany, bez koszulki.

– Widać?

– Myślałem, że pan jest starszy, panie Adamie?

– Staram się trzymać kondycję.

– Ja nie wiem, czy powinnam.

– Dalej, pani Mario, jak wszyscy to wszyscy!

Pokazuje się młoda, ruda, długowłosa, wyraźnie naga, ale widać tylko od szyi w górę.

– Pani Maria, niesamowite!

– Nie daj się zwieść pozorom. Mogłabym być twoją babcią.

– Brakuje tylko Alberta.

– Jak ja powinnam wyglądać?

– Niech pani niczego nie ukrywa.

Pokazuje się kobieta o zdecydowanie męskich rysach, ubrana w mundur.

– No, to jesteśmy w komplecie.

Czy wiecie, że widzi was (zagląda) już prawie czterdzieści milionów słuchaczy?

(wszyscy chórem) Wiemy.

(wyskakuje okienko z Adamem) Byliśmy z tobą od pierwszej audycji.

(okienko z Jezusem) Próbowałem ci to jakoś dać do zrozumienia.

(okienko z Marią) A ja byłam zawsze na linii. Chociaż nie chciałeś.

(okienko z Albertem) Faustyna mi o tobie powiedziała. Dołączyłam, żeby być z nią.

Pokazuje się okienko z Żoną.

– I ty, Brutusie?

– Oni wszyscy przyszli, żeby cię obronić.

– Bronić?

– Tak, wszyscy. Od początku świata.

– Przed czym?

– Sam wiesz najlepiej.

– Jedyne, co mi grozi to kompletna cisza.

– Zawsze możesz puścić sobie muzykę.

– Ale dlaczego właśnie oni?

– To są zwyczajne ludzkie imiona.

– Nie wierzę. Ktoś musiał ich…

– … dopuścić do głosu?

– Ty?

– Ja tylko naciskam guziki.

– Gdzie znalazłaś tych wszystkich… Takich dziwaków?

– Wystarczyło pomyśleć.

– Nie wierzę.

– Nie musisz.

– To my wierzymy w ciebie.

– Nie mówiłbyś tak, gdybyś nie miał na imię Jezus.

– Ale tak mam na imię.

– Zwyczajne ludzkie imię?

– To nie ma nic wspólnego z tym, co myślisz.

– Wcale tak nie myślę.

– Myślisz. Ale mylisz się. Jestem tylko sobą.

(okienko Adama) W ogóle, lepiej nie myśleć.

(okienko Marii) Od myślenia się głuchnie.

(dziennikarz w okienku) I wtedy człowiek zaczyna tyle gadać, że nadaje się już tylko do radia.

(okienko dzieli się, obok Dziennikarza pokazuje się Żona) Zawsze uważałam, że świetnie nadajesz się do tej roboty.

– Naprawdę?

– Szczerze.

– Bez ciebie by się nie udało.

– Nie musisz tego mówić.

– Wiem, że wiesz. Ale nie jesteśmy sami.

– Zapomniałam. Dobrze, że im powiedziałeś.

– To jakby brać ślub w obecności świadków.

– Mówiłam, że nam pomogą.

– Nikt nie może nam pomóc. Nawet ci… nieprawdziwi.

– Udają zwyczajnych ludzi. Jak każdy.

– Chyba dlatego ich nie zauważyłem.

– Mówią prosto z serca.

– Z serca? A gdzie to jest?

– Gdzieś w środku. Gdzieś między…

– Zawsze miałem poczucie, że te głosy idą znikąd.

– Ze słuchania. Odbijają się od horyzontu.

Piosenka na moment głośniej, dominuje, potem cichnie. Całują się, ale wciąż dzielą ich okienka. Zwracają się do widzów.

– Tak jest tylko na ekranie.

– Tutaj jest inaczej.

– Nie musicie wierzyć.

– Nie wierzyć też nie musicie.

Całują się znowu.

(okienko Jezusa) Możesz kończyć.

– Więc ta audycja się kończy?

(okienko Marii) A, co myślałeś, że jesteśmy nieśmiertelni?

– A nie jesteście?

(okienko Adama) Jesteśmy tylko „do końca”.

– I to jest właśnie koniec? Teraz?

(okienko Faustyny) Jeszcze nie tym razem.

(okienko Alberta) To tylko jeszcze jedno… zakończenie.

(okienko Marii) Gra się toczy…,

(okienko Jezusa) …więc końcówki muszą się powtarzać.

Cisza.

– I co teraz?

(okienko Jezusa) Teraz? Nasze „teraz” nie są jednakowe.

– Daj sobie spokój z tą filozofią. Pytam, co ze mną.

(okienko Marii) Naprawdę się nie domyślasz?

– Po takich jak wy, nie spodziewam się prawdy.

(okienko Ewy) Jeżeli z góry nam nie wierzysz, to dlaczego pytasz?

– Bo w tej sytuacji nic innego nie przychodzi mi do głowy.

(okienko Adama) No to jeszcze trochę pogłówkuj.

(okienko Ewy) Poczekaj.

(okienko Marii) Twój czas minie. Nie trzeba się wysilać.

(okienko Jezusa) W końcu wszystko zrobi się jasne.

– Jasne?

– Jasne.

– Tak jakby… się wylogować?

(okienko ich dwojga, Żona do Męża) Tak jakby.

– Tak?

Czarny ekran.